Gdy Nastanie Ciemność Rozdział 1
Prolog cz.1 - http://www.gdynastanieciemnosc.blogspot.com/2015/01/prolog-cz1.html
Prolog cz.2 - http://www.gdynastanieciemnosc.blogspot.com/2015/01/prolog-cz2_7.html
Ze snu wyrwał mnie piskliwy dzwonek mojego telefonu.Jak ja go nienawidzę, ale mimo tego i tak nie mogę znaleźć chwili by go zmienić.Leniwie otworzyłam oczy, obracając głowę w prawą stronę by spojrzeć na tandetny,motelowy stoliczek na której stał czarny, elektroniczny budzik z wielkimi czerwonymi cyferkami. Była dopiero dwunasta, spałam niecałą godzinę po ostatnim zadaniu które do łatwych nie należało, z resztą jak każde w tej robocie. Mam nadzieję, że ten kto dzwoni ma porządny powód by mnie budzić.Wściekła chwyciłam telefon i przyłożyłam go do ucha, nie siląc się nawet usiąść.
-Alison White w czym mogę pomóc?- zatuszowałam swoją złość pod obojętnym tonem.
-Ali- tylko jedna osoba mnie tak nazywa, a to że dzwoni nie było dobrym znakiem -Zaatakowali...-wyczułam w jego urywanych słowach zmęczenie i nutę strachu co rzadko u niego spotykałam-Nie wiem jak długo jeszcze dam radę...
-Jesteś u siebie w domu?- przerwałam mu, błyskawicznie zeskakując z łóżka i zakładając swoje czarne jeansy.Starałam się by mój głos był spokojny.Choć miałam w tym wprawę to jeśli chodziło o bliską mi osobę sprawiało to lekki problem.Mogłam mieć jedynie nadzieję, że efekt był taki jak chciałam.
- Tak Ali ale...
-Przyjadę jak najszybciej się da, wiesz co robić.
Zdawałam sobie sprawę co chce powiedzieć.Znałam go w końcu od dwudziestu trzech lat. Wiedziałam, że powie bym nie przyjeżdżała, a dzwoni tylko po to by się pożegnać.Cały Thomas, mój starszy braciszek, który nawet w takiej sytuacji troszczy się bardziej o rodzinę niż o siebie. Nie miałam ochoty słuchać potwierdzenia swoich przypuszczeń, więc zakończyłam rozmowę.Założyłam czarną, skórzaną kurtkę na szarawy podkoszulek, wciskając do jej kieszeni telefon.
Chwyciłam torbę leżącą na starym, zakurzonym fotelu, którego obicie już dawno wyblakło.Nie było czasu na oddawanie kluczy do recepcji dlatego zostawiłam je w drzwiach. Robiłam to dość często ze względu na charakter swojej pracy.Zbiegając po schodach, potrąciłam jakiegoś mężczyznę w średnim wieku. Wyzwiska, które na mnie rzucał słyszałam nawet pod drzwiami wyjściowymi. Gdybym się nie spieszyła żeby ratować brata, na pewno oddałabym mu w zamian kilka obelg, ale nie było na to czasu więc puściłam tą zniewagę w niepamięć.
Gdy wyszłam na zewnątrz, uderzył mnie w twarz zimny październikowy wiatr. Jako dziecko uwielbiałam tą porę roku. Kochałam liście zmieniające kolory, wiatr rozwiewający włosy podczas spacerów, chwile spędzone na opustoszałym placu zabaw. Jako jednej z nie licznych nie przeszkadzał mi w zabawie chłód.Z upływem lat sentyment do tego okresu zmniejszał się stopniowo aż zanikł całkowicie. Teraz było mi wszystko jedno czy jest lato czy zima. Nie odczuwałam zbytniej różnicy między nimi.
W kilka sekund znalazłam się przy swoim samochodzie.Rzuciłam torbę na tylne siedzenie a sama zajęłam miejsce kierowcy.Stąd do domu Toma normalnie dojazd zajmuje około dwóch godzin z moimi umiejętnościami byłam wstanie skrócić ten czas o połowę.To za mało.Doskonalę wiedziałam,że jego szanse drastycznie maleją z minuty na minute a co dopiero po godzinie.Skarciłam się w duchu za te myśli i z piskiem opon wyjechałam z parkingu.
Jechałam drogą otoczoną przez las, miałam szczęście, że była mało ruchliwa.Licznik pokazywał 150 km/h. Przyspieszyłam jeszcze bardziej, nie obchodziło mnie teraz czy to szaleństwo czy nie.Jedyna myśl jaka mi towarzyszyła to obraz mojego brata, posyłającego mi uśmiech i patrzącego na mnie swoimi dużymi,zielonymi oczami, pełnymi ciepła i dobroci.Przy nim zawsze czułam się bezpieczna, nikomu tak nie ufałam jak jemu, czasem miałam wrażenie, że nawet sobie.
W pewnym momencie pomyślałam o Ericku.To przyjaciel rodziny, spotkałam go kilka dni temu w pobliskim barze, opowiadał o sprawie, którą aktualnie prowadził.Pełna nadziei wyjęłam telefon z kieszeni i wybrałam jego numer.W myślach modliłam się by odebrał. Pierwszy sygnał...nic po drugim i trzecim również nic. Chciałam już się rozłączyć ale zamiast czwartego piśnięcia usłyszałam męski, zaspany lecz pełen spokoju głos.
-Słucham- Gdybym nie znajdowała się w samochodzie podskoczyłabym z radości.
-Erick- zdałam sobie sprawę ,że mój głos wyraża więcej przerażenia niż chciałam pokazać.Nie należę do osób,które często okazują swoje uczucia a już na pewno nie strach.-Thomas został zaatakowany w swoim domu...
Nie musiałam nic więcej mówić za to go uwielbiałam. Rzadko go o coś prosiłam ale gdy już było to konieczne zawsze się domyślał czego chcę i zgadzał na to bez wahania.
- Będę jak najszybciej dam radę. Nie martw się Tom jest silny.-Jego spokojny, delikatny ale jednocześnie męski głos niósł za sobą pewną ulgę.
-Wiem o tym- szepnęłam ledwo słyszalnym głosem i zakończyłam rozmowę.
Całą drogę pędziłam jak najszybciej mogłam, nie zwracałam uwagi na znaki czy światła.Tak jak myślałam dojazd zajął mi godzinę. Zaparkowałam na podjeździe i pospiesznie wysiadłam z samochodu. Wyjęłam z kieszeni swój sztylet z ręcznie zdobioną rękojeścią i ostrzem z prawdziwego srebra, prezent od ojca na jedenaste urodziny. Dzieci w tym wieku zazwyczaj dostają lalki, misie i słodycze, dzieci łowców były wyjątkiem od najmłodszych lat otrzymywały różnego rodzaju broń. Jedyną osobą, która nie trzymała się tej zasady był mój brat,zawsze w tajemnicy przed ojcem dawał mi coś czego tak naprawdę chciałam. Gdy tata wyruszał na polowanie, Tom zabierał mnie na zakupy, mogłam wybrać to co mi się podobało bez względu na cenę, tak było co roku. Patrząc na to z perspektywy czasu, stwierdziłam, że na jego szczęście nie miałam dużych wymagań.
Dom mojego brata był mały ale przytulny, muszę mu przyznać miał gust. Beżowy tynk połączony z ciemno brązowymi płytkami na schodach i fundamentach, oraz dachem pokrytym dachówką tego samego kolor wyglądał ślicznie.W jego wnętrzu znajdowały się tylko trzy pokoje, kuchnia i łazienka, wszystko dokładnie rozplanowane. Na parterze salon z przejściem do gabinetu, kuchnia w jednym pomieszczeniu z mini jadalnią, a sypialnia i łazienka na piętrze.Jednak gdy patrzyłam na niego w tej chwili ogarniał mnie niepokój, drzwi wejściowe trzymały się w futrynie tylko na dolnym zawiasie, stoliczek w korytarzu był przewrócony, koło niego leżał rozbity wazon z wysypaną ziemią i podeptanym kwiatkiem.
Wyciągnęłam nóż przed siebie, bym mogła go z łatwością użyć, powoli weszłam do salonu. Naprzeciwko mnie, tuż przed kominkiem leżała około dwu metrowa, zielona jaszczurka. Doskonale wiedziałam co to za gatunek.
Pożeracze to bestie, które wykonują posłusznie rozkazy swojego właściciela, nie potrafią na dużą skalę myśleć samodzielnie, jedyne decyzje jakie są wstanie podjąć dotyczą spraw typu, czy iść w prawo czy w lewo, zjeść czy zostawić, zwykle polują w grupach, składających się z dwóch osobników, więc musiał być jeszcze przynajmniej jeden.
Podeszłam powoli do drzwi prowadzących do gabinetu,ostrożnie je otworzyłam i zamarłam. Tom leżał nie ruchomo na ziemi, nad nim pochylał się zielony gad poruszający powoli swoim ogonem. Bezmyślnie skoczyłam mu na plecy, nie myślałam o niczym chciałam tylko go odciągnąć od ukochanego brata. Bestia zaryła, a gdy próbowałam wbić jej nóż w szyję, wyprostowała się , obracając pyskiem w stronę salonu. Z łatwością jednym zamaszystym ruchem, przerzuciła mnie przez swoją głowę. Przeleciałam przez pół pokoju gubiąc sztylet i miękko lądując na kanapie, która pod siłą mojego upadku przewróciła się z hukiem do tyłu. Nim zdążyłam wstać z podłogi, potwór był już przy mnie. Jego pysk wyglądał zupełnie jak te prehistorycznych jaszczurów, żółte oczy ze źrenicami w kształcie rombu, ciało kształtem przypominające muskularnego człowieka było pokryte w całości łuskami. Rozejrzałam się we wszystkie strony szukając czegokolwiek do obrony, niestety nic takiego nie leżało w zasięgu ręki. Pożeracz chwycił mnie, kopnęłam go z całej siły w brzuch co powinno go zaboleć liczyłam na to, że tym zyskam trochę czasu, ale on nawet nie dgrnął. Rzucił mną ponownie,a ja tym razem wylądowałam na twardej ścianie, upadając na ziemię. Jaki on silny, przecież pożeracze należą do poziomu szóstego, jakim cudem on ma aż taką siłę, to niemożliwe.Wstałam podpierając się ręką nie mogłam dać wygrać tej bestii. Od tego zależy życie Toma. Chwyciłam lampę stojącą w rogu i w ataku furii pobiegłam prosto na potwora, zwinnym ruchem uderzyłam go w łeb jak najmocniej potrafiłam, zwykle to wystarczyło by powalić bestię tego typu, jednak to tylko go rozwścieczyło.Nim zdążyłam cokolwiek zrobić przygwoździł mnie do ściany. Zacisnął swoje łapska na mojej szyi, kopnęłam go parę razy lecz to było na nic, co trzeba żeby powalić tego bydlaka? Nagle potwór mnie puścił i obrócił do mnie plecami. Zakaszlałam, łapczywie łapiąc oddech i pocierając rękami obolałe gardło.Gdy spojrzałam w stronę korytarza dostrzegłam pożeracza próbującego zranić wysokiego blondyna z mieczem w ręce. Niestety nawet on miał problem z zranieniem bestii, każdy jego cios ciął powietrze. Muszę znaleźć broń, przypomniałam sobie jak Tom zawsze ukrywał ją w różnych miejscach pokoju motelowego. Przykucnęłam przy stoliczku do kawy, klasyczne miejsce ukrywania takiego sprzętu. Sięgnęłam ręką pod blat. Bingo! Wyjęłam pistolet, na szczęście naładowany nie czekając na nic wymierzyłam w bestię, która tym razem pochylała się nad wierzgającym chłopakiem. Strzeliłam trzy razy, każdy pocisk trafił tam gdzie chciałam czyli w głowę pożeracza.
- Jaki on ciężki!- usłyszałam głos mężczyzny próbującego zrzucić z siebie martwe cielsko.Podbiegłam do niego i pomogłam mu wstać.
-Cieszę się, że jesteś Erick, chodź musimy sprawdzić co z Tomem.- nie oglądając się na niego ruszyłam do gabinetu.
Thomas dalej leżał w tym samym miejscu. Był cały poraniony, takiej ilości krwi dawno nie widziałam. Uklękłam przy nim i chwyciłam jego rękę tuląc ją do siebie.
-Ali- wyszeptał, lekko otwierając oczy.
-Cii... jestem tutaj, Erick za chwilę ci pomoże. Wszystko będzie dobrze...- pogłaskałam go po policzku.
-Nic nie możecie zrobić- wychrypiał
-Nawet tak nie mów- spojrzałam w stronę drzwi. Stał w nich Erick z przerażeniem malującym się na twarzy.-Na co czekasz!On umiera zrób coś!
Blondyn podszedł i przykucnął tuż przy mnie. Ostrożnie odchylił koszulkę mojego brata, a jego mina stała się jeszcze bardziej przerażająca. Wiedziałam co to oznacza.
-Nie, nie, nie! Musisz coś...
-Nic nie można poradzić, rany są głębokie i w dodatku jad...
- Jaki jad? Przecież to były pożeracze- poparzyłam na nich obu.
- Ali- głos przepełniony bólem stawał się coraz słabszy-Obiecaj mi coś- ścisnął moją ręke, a ja tylko przytaknęłam nie mogłam wykrztusić z siebie ani słowa- W sejfie są dokumenty dotyczące pewnej sprawy, nie ufam radzie więc zajmij się nią bez ich wiedzy. Zgoda? To ważne.
-Dobrze, zajmę się tym- łza spłynęła mi po policzku.
-Opiekuj się nią- tym razem słowa skierował do Ericka
-Będę, przysięgam- odpowiedział bez namysłu
- Wiesz, że cie kocham siostrzyczko.- wyszeptał ledwo słyszalnie.
-Ja ciebie też braciszku.
Lekki uśmiech zastygł na jego twarzy.Powieki się zamknęły, a dłoń trzymana w mojej ręce stała się bezwładna. Odszedł.
- Żegnaj-łzy popłynęły strumieniami po moich policzkach.
Tuliłam go do siebie.Pozwalając by emocje wzięły nade mną górę. Nie mogłam uwierzyć w to co się stało. Ten w którym zawsze miałam oparcie, ostatnia osoba z mojej rodziny...nie żyła. Miałam poczucie, że go zawiodłam.
-Gdybym była tu wcześniej- zaszlochałam.
- Wtedy byłabyś martwa jak on. Nic nie mogłaś zrobić.- oznajmił głosem pełnym smutku- Musimy się zbierać, tych bestii może być więcej.
Położyłam Toma na podłodze i ucałowałam go w czoło tak jak on to robił gdy byłam mała tuląc mnie do snu.
Otarłam łzy i podeszłam do obrazu wiszącego za mahoniowym biurkiem. Zdjęłam go i rzuciłam na podłogę. Moim oczom ukazały się metalowe drzwi z panelem do wstukania kodu. Wbiłam datę swoich urodzin, byłam pewna, że to ją ustawił jako hasło. Otworzyłam sejf w jego wnętrzu leżała gruba teczka, a na niej biała koperta. Wzięłam to wszystko i ruszyłam do drzwi. Ciała Thomasa już nie było. Erick musiał wziąć go do samochodu.
- Pojedziemy do najbliższej siedziby.- usłyszałam głos Ericka gdy tylko wyszłam z domu.- Tam go pochowamy.
- Wiesz gdzie to jest?- zapytałam
- Tak niedaleko, dwadzieścia minut drogi stąd. Pojedziesz ze mną nie dam ci w takim stanie prowadzić.Później przyjadę z kimś po twój samochód.- oznajmił tonem,który nie przyjmuje sprzeciwów.
- Dobrze mam tylko prośbę przynieś mi torbę tylnego siedzenia- rzuciłam mu kluczyki.
Usiadłam na przednim siedzeniu i obejrzałam się do tyłu. Erick ułożył Toma na tylnej kanapie. Ten widok przyprawił mnie o mdłości.
- Nie patrz-powiedział podając mi torbę.
Nic nie odpowiedziałam tylko wzięłam ją od niego, a on zamknął drzwi. Schowałam dokumenty na jej dnie, by mieć pewność, że nikt ich nie dostanie w swoje łapy. Całą drogę wpatrywałam się w okno, myśląc o słowach brata. Co jest tak ważnego w tych papierkach? Czy to przez nie zginął? I dlaczego nie ufa radzie? Znajdę odpowiedzi na te pytania, a ten kto stoi za jego śmiercią zapłaci za nią podwójnie. Już ja tego dopilnuję.Jedyne co teraz czułam to wściekłość do wszystkiego w okół siebie.
Komentarze (1)
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania