Gdy odeszłaś

Zajadałam się chwilą rozkosznej ciszy i burzącego się chaosu, gdy w tle upadały mi okruszki obecności i samotności.

Tak wiecznie, w dwie skrajności.

Zbieram je jak drobinki kurzu, te okruszki...

Jednym, szybkim i pewnym ruchem strzepuje ich bezmiar, by tych z samotności nie dać się przytłoczyć.

( Ból i przyjemność )

Inne zbieram jak perły - te, co wspomnieniem są Twojej obecności.

Nalałam sobie do pełna, łapczywie popijam momentami zjednoczenia i rozłąki.

Ponownie, tak dwie skrajności.

Ulało mi się jak dziecku, skapnęlo mi na koszulę, zaplamiło mnie prawdą i nieprawdą -

tą wykrzyczaną i niemą.

Jak w kalejdoskopie, tak ciągle dwie skrajności.

Ściągam koszule i stojąc przed lustrem odsłaniam miejsca znające równie dobrze, dotkliwie i nóż i usta.

Muszę oddychać!!

W lewe płuco wciągam tlen,

w drugie płuco wciągam pył,

tak ciągle lewą karmię dobrem,

tak ciągle prawą karmię złem.

W lewym oku ujrzysz blask,

w prawym oku ujrzysz bladość.

I tak po wszystkim od skrajności, przez skrajność do skrajności...

Muszę żyć!!

Za dnia lubię patrzeć przez okno, na ruch i bezruch,

na ptaka w locie i nie locie, coś się wtedy we mnie wyrywa i zastyga jednocześnie.

Coś się we mnie burzy, trzęsie, huczy i buczy, grzęźnie i suszy i tak do nocy, bo nocą też lubię patrzeć przez okno.

Na gwiazdy wiszące i spadające, chociaż powiem szczerze, że wole te drugie, wyczekane, upolowane, złapane ( te tak bardzo rzadkie ) i wtedy wypowiadam życzenia.

Z wiarą i niewiarą.

Bo przecież wciąż w skrajności.

Te co spełnić się mogą i nie mogą, te realne i nierealne.

Dotykam i nie dotykam, całuje i nie całuje, przyglądam się i uciekam wzrokiem.

Jestem i nie jestem, żyje i nie żyje, oddycham i się duszę.

 

Bo coś mną trzęsie jak ptakiem w locie,

bo mnie suszy jak ptaka w nie locie,

bo coś we mnie buczy jak w starym zamkniętym kutrze,

bo we mnie huczy mocno burzą przy otwartym oknie, aż nagle gotuje się we mnie siła i brak siły- gdy upada gwiazda.

( Bo choć może i życzenie moje spełni, to lotem tym swe życie skończyła )

A ja wtedy jak ta co jeszcze wisi, wzrokiem swym zawisłam.

Na jednej sekundzie i wieczności.

Na tym akcie jednym co wciąż grzęźnie.

Grzęźnie mi w gardle.

Stąd mi się ulewa, stąd mi się kruszy.

A ja wciąż strzepuje i zbieram.

Bo przecież wciąż żyje w skrajności.

I ani ich strzepnąć, ani ich zebrać nie mogę.

Bo przecież zawisłam, już tak dawno a może przed chwilą...

Nad tym jak odchodzisz.

Średnia ocena: 0.0  Głosów: 0

Zaloguj się, aby ocenić

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania