Gdy zastyga czas

On – wycieńczony po wielogodzinnej pracy, z ciałem protestującym przeciwko każdemu ruchowi – siedział na skraju zapadniętego łóżka w ciasnym, chłodnym pokoju motelowym gdzies na końcu świata.

Miejscowa prowincja tonęła w mroku, a ten tani, zapomniany przez boga i ludzi budynek wręcz odrzucał swoją obskurnością. Pożółkła, spękana wzdłuż szwów tapeta odklejała się od ścian niczym płatki starej skóry, a z kąta dobiegał miarowy, drażniący ucho warkot starodawnej lodówki. Powietrze w pomieszczeniu było ciężkie, przesiąknięte stęchłą wilgocią, prochem i ostrym, nieprzyjemnym aromatem tanich detergentów czyszczących, które nieudolnie próbowały zamaskować przeszłość tego miejsca.

Przytłoczony natłokiem chaotycznych myśli, zstąpił o krok głębiej w ten mrok i osunął się w powycierany, skrzypiący fotel. W dłoni ściskał szklaneczkę taniej whisky – bursztynowy płyn falował lekko w rytm drżenia jego zmęczonych palców.

Ostatnie dni nie przypominały niczego, co do tej pory znał. Były niczym senny paraliż połączony z nagłym, niekontrolowanym zachwytem. Wydawało mu się – a może był już tego pewien? – że dotknął krawędzi czegoś niezwykłego.

Poznał tajemniczą obecność, eteryczną postać, która prześlizgiwała się przez jego umysł i poruszała w nim najgłębiej ukryte, najczulsze struny. Sam powoli tracił granicę między twardą rzeczywistością a niebezpiecznie kuszącą grą własnej wyobraźni. Odcinał się od świata zewnętrznego, gasił światła i zamykał drzwi, by w dusznej ciszy tego obskurnego wnętrza zatracać się w iluzji – odkrywać ją, dotykać i pozwalać, by ona bezlitośnie odkrywała jego samego.

Zamknął oczy.

Z każdą sekundą grawitacja traciła na sile, a czas znowu zwalniał, leniwie gęstniejąc, aż niemal zupełnie się zatrzymał. Nikt i nic na zewnątrz już się nie liczyło. Byli tylko oni – splątani w ciasnym, intymnym uścisku stworzonym przez jego tęsknotę.

Ich dłonie splatały się bez słów, ciała tuliły do siebie z niemym pragnieniem, a usta odnajdywały w bezczasie nieskończonego, gorączkowego pocałunku.

W pewnej chwili poczuł to fizycznie – delikatny, nieważki nacisk na ramieniu. Bezbłędnie rozpoznawał ten układ linii papilarnych.

– Hej... – usłyszał znajomy, aksamitny głos, który rozmył chłód nocy.

Podniósł ciężkie powieki. To była ona. Tak porażająco realna, jakby naprawdę materializowała się z mroku, kurzu i brudu tego nędznego pokoju. Z cichym westchnieniem posadził ją sobie na kolanach, przodem do siebie. Ujął jej drżącą, gładką twarz w szorstkie dłonie.

– Jesteś...

Nie pozwoliła mu dokończyć. Położyła mu smukły palec na ustach, a po chwili delikatnie musnęła jego wargi własnymi – ciepłymi, pachnącymi czymś niewyjaśnialnym. Zarzuciła mu ramiona na szyję, wtulając się w niego z całą mocą. Mężczyzna objął ją mocno, chowając twarz w jej włosach, czując, jak z jego piersi uchodzi cały zebrany przez lata ciężar.

To była olbrzymia, wręcz uzdrawiająca ulga.

Ujął jej drobną dłoń i zaczął składać na niej czułe, powolne pocałunki, pieszcząc wargami każdy palec z osobna, jakby chciał zapamiętać ich fakturę na zawsze.

– Proszę, zostań tu... Zostań ze mną w naszym świecie – szeptał z narastającą w gardle desperacją. – Zostań, nie wracaj , bo ja sam bez Ciebie już nie potrafię ...

– Robert, przecież jestem tutaj. Czujesz mnie, dotykasz... – odezwała się, cicho wdmuchując ciepłe powietrze w jego szyję. – Pragnę, byś przychodził do mnie wraz z każdą nocą. Byśmy mogli wspólnie dopisywać kolejne karty tej księgi. Pragnę, byś zabierał mnie wszędzie tam, gdzie tylko zapragniesz, głęboko w siebie.

Znowu poczuł ten sam, unikalny zapach i miękki dotyk, który jego pamięć znała na pamięć. Zamknął oczy, dając się ponieść tej fali i odpływając coraz dalej od rzeczywistości. Czuł jej rozpalone ciało – jej usta na swojej skórze, dłonie błądzące po ramionach, plecach i klatce piersiowej. W tym obcym, zniszczonym miejscu wybudowali niewidzialny azyl, z którego nie chciał już nigdy wracać.

Nagle huk!

Ciężka szklanka wyślizgnęła się z palców i roztrzaskała o podłogę!

Zszokowany otworzył oczy. Ostry brzęk pękającego szkła rozdarł duszącą ciszę pokoju, a szklane odłamki wraz z rozlaną whisky rozprysnęły się po poplamionym linoleum.

Gorączkowo rozejrzał się dokoła, a jego wzrok rozbiegł się po kątach. W pokoju nie było nikogo.

W ułamku sekundy całe nagromadzone ciepło uciekło z pomieszczenia, a iluzja runęła z ogłuszającym łomotem. Zerwał się z fotela, ciężko i łapczywie chwytając powracające do płuc powietrze. Adrenalina uderzyła do mózgu z lodowatą, wręcz bolesną siłą. Wściekłość mieszała się z przejmującą dezorientacją.

Stał pośrodku obskurnego pokoju, zaciskając pięści tak mocno, że aż bielały mu kłykcie, a paznokcie wbijały się w skórę. Rozlany alkohol wsiąkał powoli w brudną podłogę, a w jego oczach zapłonął gniew na własny, wycieńczony umysł, który tak okrutnie i bezczelnie z niego drwił.

Został sam – uwięziony w ciasnej klatce taniego motelu, z tętniącą w skroniach krwią i ciszą, która teraz wręcz dzwoniła w uszach nieznośnym piskim.

Powoli opuścił wzrok na podłogę, gdzie pośród rozlanego alkoholu błyszczały ostre odłamki szkła.

Nagle całe jego ciało zamarło. Oddech uwiązł w ściśniętym gardle, a gniew w ułamku sekundy ustąpił miejsca kompletnemu, paraliżującemu osłupieniu.

Tuż obok przewróconej, drewnianej nóżki fotela, na poplamionym linoleum, leżała mała, drobna gałązka lawendy.

Była idealnie sucha. Nietknięta przez kałużę rozlanej whisky, jakby ktoś ostrożnie położył ją tam zaledwie przed ułamkiem sekundy.

Bezwładnie osunął się na kolana, zupełnie ignorując ostre odłamki szkła, które groziły wbiciem się w ciało. Ostrożnie, ze drżącymi palcami, podniósł kruchą roślinkę i z niedowierzaniem uniósł ją do samej twarzy.

Wokół niego natychmiast buchnęła ta sama, intensywna, kojąca woń, która przed momentem wypełniała wszystkie jego zmysły, gdy trzymał ją w ramionach. To był jej zapach. Zapach, którego za nic na świecie nie miało prawa być w tym starym, zatęchłym pokoju pachnącym do tej pory wyłącznie wilgocią i tanim detergentem.

Pustka i mrok wokół niego nagle zyskały zupełnie nowe, niepokojące znaczenie. Jeśli to wszystko było tylko iluzją wycieńczonego pracą umysłu... to skąd, do cholery, na podłodze wzięła się ta gałązka?

Średnia ocena: 4.0  Głosów: 1

Zaloguj się, aby ocenić

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania