Gdzie jesteś?
Nie pamiętam już, kiedy dokładnie Malwina stała się Malwiną, a przestała być dziewczyną, której poprawiałem CV.
To mogło się wydarzyć pomiędzy „półtora łyżki” a „opłukam”.
Byłem wtedy dyrektorem, co w jej oczach stanowiło zawód równie podejrzany jak treser fok albo egzorcysta. Miałem garnitur, służbowy samochód, wynajmowane mieszkanie na Woli i przekonanie, że potrafię poprawiać cudze życiorysy. Malwina miała pracę magisterską, której nie skończyła, sukienkę w serca, psa, papierosy, nieustanną ochotę kupowania czegoś, na co nie miała pieniędzy, i zdolność do uczynienia z jednego źle użytego słowa aktu oskarżenia przeciwko całej klasie menedżerskiej.
— „Opłukam”? — powtarzała.
— A co jest nie tak z „opłukam”?
Patrzyła na mnie wtedy tak, jak mediewista patrzy na błędnie datowany manuskrypt.
— Wszystko.
Potem poprawiłem jej CV.
Następnego dnia napisała, że moja wersja jest znacznie lepsza, tylko przedstawia ją w zbyt dobrym świetle, a na zdjęciu wygląda, jakby ktoś zrobił jej coś obrzydliwego z włosami.
Uznałem to za kapitulację.
Dziś wiem, że była to jedna z pierwszych rzeczy, których o niej nie zrozumiałem.
---
Pisaliśmy do siebie bez przerwy.
To był jeszcze czas, kiedy SMS miał wielkość. Sto sześćdziesiąt znaków było jednostką dramaturgiczną. Człowiek nie przesyłał drugiej osobie filmu, nagrania, lokalizacji ani serduszka pulsującego na ekranie. Musiał coś napisać.
Więc pisaliśmy.
O pracy.
O jej magisterce.
O Sztaudyngerze.
O Portishead.
O seksie.
O sąsiadce katechetce.
O oscypku, którym się zatrułem.
O moim basenie.
O jej nowych butach.
O tym, czy zdąży na autobus.
O tym, że ptaki o piątej rano są skurwysynami.
O tym, że w Powsinie kwitną magnolie.
I, oczywiście, o tym, że bardzo chcielibyśmy się zobaczyć.
Najlepiej natychmiast.
Najlepiej nago.
W tym okresie mojego życia wszystkie wielkie pytania egzystencjalne miały dziwną skłonność do kończenia się propozycją seksu.
Malwina potrafiła napisać, że zajmuje się właśnie miłością w XIX-wiecznej literaturze, a ja odpowiadałem, żeby z miłością uważała, bo bywa niebezpieczna.
Byłem zadowolony z tego dowcipu.
Nie rozumiałem jeszcze, że właśnie wchodzę do środka dowcipu, z którego nie będzie łatwego wyjścia.
---
Warszawa była wtedy naszym trzecim uczestnikiem.
Stare Miasto.
Plac Grzybowski.
Powiększalnia.
BUW.
Żoliborz.
Basen.
Przystanki tramwajowe.
Sklepy, w których należało natychmiast kupić torebkę, bo jutro mogło już jej nie być.
Chodziliśmy na bajki żydowskie, szukaliśmy Kereta, planowaliśmy teatry, spieraliśmy się o czeskie komedie. Malwina potrafiła w środku dnia wysłać wiadomość o Porfirogenecie, ja zaś odpisywałem jej kilka godzin później, że właśnie kupiłem wejściówki.
Tak wyglądała nasza intymność.
Trochę Bizancjum.
Trochę seksu.
Trochę torebek.
Bardzo dużo „gdzie jesteś?”.
W pewien wielkanocny poranek pisałem jej z Jaworzna o jajkach z chrzanem, bratanicy i łosiu z włóczki. Malwina wcześniej upiekła dla mnie mazurek. Moja matka określiła go słowami „smaczny, kruchutki”, co w rodzinnej skali ocen oznaczało zachwyt graniczący z nieprzyzwoitością.
Było w tym coś poważniejszego, czego wtedy nie zauważyłem.
Malwina powoli przenikała do mojego świata.
Ja do jej.
Najpierw człowiek kupuje kobiecie patelnię.
Potem poznaje jej ojca.
Potem jej ojciec układa układankę, której ty nie potrafisz ułożyć, i zaczynasz rozważać wzięcie urlopu, żeby odzyskać honor.
A potem pewnego dnia orientujesz się, że jesteście rodziną.
Nie istnieje żaden moment, w którym dzwoni dzwonek i ktoś mówi:
"Uwaga. Właśnie rozpoczęła się wasza wspólna historia."
Jest tylko patelnia.
---
Kłóciliśmy się już wtedy znakomicie.
Mieliśmy do tego talent.
Jednego dnia pisałem, że jestem gotowy przyjechać do niej natychmiast. Następnego, że nie chcę jej widzieć. Kilkadziesiąt minut później zapewniałem ją w bardzo dosadnych słowach, że ubóstwiam jej ciało.
Nie dostrzegałem w tym sprzeczności.
Miłość wydawała mi się wówczas czymś podobnym do termofuzji: wystarczająco wysoka temperatura powinna rozwiązać wszystkie problemy.
Malwina miała inną teorię.
Mówiła mniej więcej, że związek to nie tylko przytulanie.
To zdanie mnie drażniło.
Bo przytulanie wychodziło mi całkiem dobrze.
Podobnie jak kupowanie torebek, wożenie zakupów, naprawianie plików, szukanie źródeł do pracy magisterskiej oraz przyjeżdżanie, kiedy było źle.
Gorzej było z tym wszystkim, co znajdowało się pomiędzy.
Z wysłuchaniem.
Z pozostaniem w konflikcie.
Z niewycofywaniem się.
Z niezamienianiem bólu w dowcip.
Tego jeszcze nie umiałem.
Nie wiedziałem nawet, że powinienem.
---
Był taki dzień, kiedy oboje bolały nas brzuchy.
Malwina pisała do mnie, żebym jadł tarte jabłko. Polecała Rapaholin. Pytała, czy czegoś mi nie trzeba.
A potem napisała coś, po czym żarty się skończyły.
Że od wielu dni jest bardzo źle. Że myśli o śmierci. Że jeśli podjąłem jakąś decyzję dotyczącą nas, powinienem jej powiedzieć.
Odpowiedziałem, żeby przyjechała.
Że po nią pojadę.
Że może u mnie pisać pracę.
Że chciałbym się do niej przytulić.
Ona odpisała, że chore zwierzę najlepiej czuje się u siebie.
Napisałem:
jadę.
I pojechałem.
Nie wiem, czy było w tym wtedy więcej miłości, odpowiedzialności czy po prostu mojego nieznośnego przekonania, że każdy problem da się rozwiązać działaniem.
Zapewne wszystko naraz.
Następnego dnia znów rozmawialiśmy o zakupach, spacerze z psem i drożdżówkach.
Życie posiada tę osobliwą właściwość, że po zdaniu, które powinno zatrzymać świat, świat bardzo często idzie dalej.
Trzeba kupić chleb.
Trzeba wyprowadzić psa.
Trzeba skończyć pracę magisterską.
---
Któregoś maja Malwina znalazła chiński horoskop.
Była Bawołem.
Ja Kozą.
Według gazety miała to być relacja katastrofalna.
Bardzo nas to rozbawiło.
Sprawdzaliśmy jeszcze numerologię, astrologię i inne systemy ostrzegania, które człowiek traktuje poważnie dopiero po fakcie.
Wtedy nic nie mogło nas przestraszyć.
Ani Bawół.
Ani Koza.
Ani Saturn.
Ani różnica charakterów.
Ani fakt, że nieustannie zbliżaliśmy się do siebie i odsuwaliśmy.
Malwina napisała mi kiedyś:
— Miłość poznasz po tym, że będziesz pożądał duszy i ciała, a jedno będzie wynikać z drugiego.
Nie pamiętam, co wtedy pomyślałem.
Prawdopodobnie coś głupiego.
Miałem trzydzieści lat i bardzo lubiłem, kiedy ciało wynikało z ciała.
Dusza wydawała mi się dodatkiem dla bardziej wymagających klientów.
---
Najbardziej wzrusza mnie dziś coś zupełnie innego.
Nie nasze deklaracje.
Nie seks.
Nawet nie kłótnie.
Tylko te dziesiątki drobnych wiadomości.
„Zjadłeś coś?”
„Dotarłaś?”
„Nie jedz fast foodów.”
„Weź klucz.”
„Kupiłem wejściówki.”
„Torebka będzie czekać.”
„Spóźnię się.”
„Ja też.”
To jest prawdziwa archeologia miłości.
Nie wielkie zdania, tylko logistyczny pył.
Ktoś zaczyna pamiętać, że drugi człowiek ma seminarium o siedemnastej.
Wie, na którym przystanku wysiada.
Zna jego ulubione słodycze.
Wie, że zmarzło mu jedno kolano.
Pamięta, że potrzebuje konkretnej książki.
Pyta, czy wrócił z knajpy.
Gotuje rosół.
Aż pewnego dnia nie ma już dwóch osobnych żyć.
Są dwa telefony nieustannie raportujące sobie nawzajem własne położenie.
---
Gdybym wtedy wiedział, że kiedyś będę czytał te wiadomości jak dokumenty z wykopalisk, zapewne pisałbym mądrzej.
Nie napisałbym wielu rzeczy.
Kilka napisałbym wcześniej.
Kilka częściej.
Ale wtedy nie wiedzieliśmy jeszcze nic.
To jest chyba najbardziej przejmujące w początkach każdej miłości.
Ludzie patrzą na siebie z odległości kilkunastu centymetrów i nie widzą przyszłości.
Widzą tylko twarz.
Sukienkę w serca.
Łysinę odbijającą księżyc.
Torebkę za sześćdziesiąt dziewięć złotych.
Kwitnące magnolie.
I telefon, który właśnie zawibrował.
„Gdzie jesteś?”
A człowiekowi wydaje się, że to najprostsze pytanie świata.
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania