Do Soli pójdę ja, do Soli

Obywatele i obywatelki Glinki

Kiedy razu pewnego wędruję z Glinki do Soblówki, przytrafia mi się taka oto historia.

Jest późne popołudnie, dzień letni, cudowny, a ja idę. Już któryś dzień z rzędu bujam się jak górska bujanka albo inny polno-leśny owad. Szczególne światło. Widzę i podziwiam.

W pewnym momencie łowię dalekie dźwięki. Wspaniałe!

Dopadają mnie fale eteru i uświadamiam sobie, że to właśnie tak gra przenośne radyjko. Stary przebój z lat osiemdziesiątych dobywa się z niewidocznego głośnika i podbija mój umysł. Epifanicznie.

I wtedy mnie wessało, wchłonęło, połknęło.

Boże, jak dziwnie rozbrzmiewa ten szlagier, jak szumi niczym strumyk ta melodia, znana mi przecież bez wątpienia, niby „Mazurki” Chopina, a jednak dziś jakaś inna. Mniej zwyczajna. W każdym razie nadzwyczajna.

Uświadamiam sobie nagle, że wśród tych starych domostw i butwiejących z wolna opłotków, w tej gęstej, intymnej otulinie przydomowej i ogrodowej roślinności, kwitnącej albo owocującej, wszystko jest bardziej swojskie i kolorowe.

I nagle radyjko zaczyna potwornie charczeć. Charczy, aż wreszcie rozlega się transmisja znanej chyba wszystkim Polakom generalskiej przemowy. Padają znamienne i groźne słowa, których nie będę tu cytował.

Rozglądam się wkoło i oczom nie wierzę.

Stary dom, który stał jeszcze przed chwilą, nie jest — jak się okazuje — wcale aż taki stary. Teraz wszystko zdaje się być jakieś inne. Świeższe. Mniej wiekowe. Wszystko jakby przeniesione żywcem z innej epoki. I drzew przybyło w sadzie. I innej rozmaitej roślinności takiej i owakiej.

Doprawdy nie pojmuję. Nic a nic nie pojmuję.

Po minucie sprzęt znów zaczyna charczeć. Charczy tak, że aż łapię się za głowę, chwytam za uszy, a potem jeszcze za serce.

A potem znów płynie ten sam słoneczny hit z ubiegłego stulecia, jak gdyby nic się nie stało. Wszystko wraca do normy. Do tej lepszej Polski.

I ja udaję się w dalszą drogę z Glinki do Soblówki, bogatszy o ciekawe doświadczenie.

Doświadczenie epifaniczne.

Do Soli pójdę ja, do Soli

Szedłem raz z Adamem długą, stromą dróżką pod górkę. Już trzeci dzień z rzędu tak się wałęsaliśmy, dając upust zewowi letniej przygody. Wieś sielska, żywiecka, została za nami, a my byliśmy na krańcu świata: na rozstaju, na niewielkim granicznym trójstyku, gdzieś zupełnie poza uczęszczanymi szlakami.

Mijamy głęboki, gliniasty wąwóz, prawie żleb, porośnięty wonnym chwastem i czymś kłującym. A przed nami jedna wielka niewiadoma. A co też jest tam, o tam? Pewno jakiś groń. Słowików, Burów, Soblański? Nie wiemy. To ma być niespodzianka, jak zresztą wszystko tutaj. Całe życie człowiecze jest niespodzianką, całe to wędrowanie.

Skręcamy w lewo i zdobywamy niewysoki szczyt, który wyrasta na jakieś siedemset metrów nad poziomem mórz i oceanów. Nasze rozgrzane, odsłonięte plecy i karki, nasze odwodnione ciała, wślizgują się w wieczny cień, co traktujemy jako błogosławieństwo. Ten chłód aż pachnie, bo chłód ma zapach.

Poskręcane pnącza otuliny starego zagajnika tworzą coś na wzór uroczystego baldachimu, a na stokach rozciągają się bezkresne łąki i bezpańskie sady. Może tak wygląda raj? Może tak prezentuje się największy, najdzikszy i najbujniejszy ogród Matki Natury?

Jeśli gdzieś jeszcze w Polsce znajduje się najprawdziwszy pogański pomnik przyrody, to z całą pewnością odnajdziemy go właśnie w Soli. Energia bijąca z trzewi tych ziem jest wprost magiczna. Wyobrażam sobie, że na Słowików przychodziły wiedźmy czynić i odczyniać uroki, że lgnęły do Gronia młode dziewice, by wywróżyć sobie świetlaną przyszłość u boku kochanka, że pielgrzymowały tu stare babki w chustach na głowach i o laskach, by zmówić ostatni pacierz przed śmiercią.

Jeśli gdzieś kiedyś odbywały się zloty czarownic, to z całą pewnością właśnie tutaj, pośród nagich, odsłoniętych korzeni drzew i krzewów. Na Groniu czuje się obecność wielu różnych dusz, choć miejsce nie należy do nawiedzonych. Widać, że ludzkie myśli się na nim skupiają i wkoło niego kręcą.

Idziemy dalej. Posuwamy się, płyniemy. Żeglujemy po soczyście zielonych morzach i oceanach. Żegnamy Słowików, witamy Burów. Groń za groniem odchodzi, groń za groniem przychodzi.

Jakaś para tubylcza prosi, żebyśmy nie ruszali ich grzybka, który odłożyli sobie na potem. Mówią, że go rezerwują i że kiedy będą tędy wracali, na pewno go capną, do domu zabiorą, ugotują lub usmażą.

Żegnamy się, zdróweczka życząc, i znów fruniemy, suniemy, galopujemy.

Przed nami, po prawej, otwiera się zalana ostrym światłem polana — jakże typowy na tych ziemiach spłacheć pod wypas owiec, coś na kształt bieszczadzkiej połoniny. Siadamy w słońcu tym naszym zakochani, choć pewnie wolelibyśmy przycupnąć gdzieś w cieniu.

Robimy przerwę na posiłek. Krótką. Podziwiamy widoki.

Kopki siana wetknięte w ucięty i obrobiony kawał świerku — rolnicza sprawa — wyglądają niczym tańcujące obertasa chochoły. Jest to tradycyjna ostew, zwana u nas, na Śląsku Cieszyńskim, łorstwią. Tylko patrzeć, jak spod ziemi wypełzną krasnoludki i małe rogate czarty.

Ta pogańskość tutejsza nie jest bezbożna ani nawet antychrześcijańska. Jest po prostu ultrapolska.

Na otwartych połoninach czujemy się jak młody Karol Wojtyła wędrujący po górach, zwłaszcza że niedaleko znajduje się krzyż oraz Szlak Papiesko-Loretański. Może cofniemy się w czasie i tak znienacka go spotkamy? Co by to było, gdybyśmy na niego wpadli, porozmawiali z nim i wspólnie się pomodlili? Jaka byłaby dla nas radość, a jaka nauka?

A może przy okazji nadzialibyśmy się na jakiegoś wędrownego wieszcza, włóczykija, wiejskiego filozofa albo teologa? Ależ to byłoby doświadczenie — natknąć się na postaci z legend, baśni i podań ludowych!

I znów mijamy głęboki, gliniasty wąwóz, prawie żleb, porośnięty wonnym chwastem i czymś kłującym. Skręcamy w lewo i ponownie zdobywamy niewysoki szczyt, który wyrasta na jakieś siedemset metrów nad poziomem morza.

Nasze rozgrzane, odsłonięte plecy i karki wślizgują się teraz w wieczną mgłę, która znienacka nas otacza i zdaje się osaczać. Poskręcane pnącza oplatające stary zagajnik znów tworzą coś na wzór uroczystego baldachimu, a na stokach rozciągają się bezkresne łąki i bezpańskie sady — te same, które już raz dziś mijaliśmy.

Ach, nieee!

Czyżbyśmy się zapętlili? Czyżbyśmy zagubili się w czasie i zatracili w tej pielgrzymce już zupełnie?

Przecieramy oczy. Raz. Drugi. Trzeci.

I świat na powrót robi się normalny — to znaczy nie tyle zwyczajny, co piękny, kolorowy, świetlisty taki.

O! A teraz jedzonko.

Obiadek w cieniu drzew i krzewów oznacza towarzystwo trzech os. Trzech, powiadam. Ich atak jest nagły, ale nieszkodliwy. I pomyśleć, że zaczynało już być tak miluśko.

No, a potem jeszcze burza na środku wzgórza, tam, gdzie iglasty las murem z jednej strony stoi i się na nas patrzy, bo las — ciemna sprawa — ma oczy.

Wczoraj, najdalej przedwczoraj, musiało być tu bycze ognicho, bo nadal czuć ów charakterystyczny swąd.

Tymczasem przed Oźną gubimy drogę, lecz nie na długo. Na szczęście słyszymy znajomy hałas i, przeprawiając się przez kolczaste chaszcze, kierujemy się w stronę, skąd dochodzi daleki jęk motorynki.

I znów jest dobrze.

Już mkniemy, żeglujemy, suniemy jak te baranki po modrym niebie — po jego zakamarkach, po jego dalekich labiryntach.

Adaś próbuje zrozumieć tajemnice Drogi Krzyżowej. Niesporo mu idzie, albowiem reprezentuje umysł sceptyczny, religii nieufny, a chwilami wręcz jawnie wrogi. Jest mowa o jakimś szczycie z kapliczką, o tym, gdzie ów szczyt się znajduje i co to za kapliczka.

Taki już jest ciekawski ten mój koleżka Adaś, że wszystko od razu chce wiedzieć, każdy zakamarek i każdą połać ziemi znać.

I teraz... już prawie u podnóża, na skraju lasu.

Kolejna przerwa równa się kolejna stacja Drogi Krzyżowej Chrystusowej. Adaś idzie za potrzebą, ja daję odsapnąć nogom.

Rozmyślam, bowiem czas to szczególny: Matki Boskiej Zielnej.

Końcówka lata — tych kilka wyjątkowo upalnych dni, a wszystko dokoła bzyczy, chroboce i ćwierka. Pełnia sezonu. Ta jego część, kiedy lato ma już z górki.

Ja się na tym znam. Na tej dojrzałości sierpnia znam się jak mało kto. Mam z tej źrałości sierpnia wszystkie doktoraty i habilitacje.

Cóż więcej można powiedzieć prócz tego, że znalazłem się oto we właściwym miejscu i we właściwym czasie?

Ot, złoty czas na Złotym Groniu. I nic więcej.

Dochodzimy do Soli. Droga licha nas wprowadza, a wraz z nią mnóstwo, mnóstwo starych chałup.

Właśnie tak wygląda wiejskie życie w pełnej krasie. Pięknie wygląda. Pięknie.

A teraz uwaga! Inny czas, inny raz, a ja znów wędruję sobie, lecz tym razem bez Adasia.

O, gospodarstwo pod Oźną. Letnicy siedzą na ganeczku. Pozdrawiamy się. Dwa kroki niżej — strumyk z korytem na wodę dla bydlątek. Myję się, opłukuję z pyłu i kurzu. Chrzczę się. Zmieniam wiarę na żywiecką. Nawrócam się na dawną, staropolską bakchiczność.

W wyobraźni słucham „Kaprysu polskiego” Grażyny Bacewicz. Wyczuwam delikatną słowiańską nutę lat sześćdziesiątych — nie wiem, skąd się bierze? Po trosze Skaldów. Po trosze Artura Malawskiego. Co za kanikularność wszechmocna! Zalew kanikularności!

Brakuje tylko rozśpiewanych harcerzy na szlaku, przeniesionych w czasie z przeszłości, i spękanych asfaltowych łąk nastrojowych miasteczek z całą postpeerelowską, małomiasteczkową infrastrukturą: z klombami, fontannami, muszlami koncertowymi i huśtawkami.

Od tamtej pory zawsze powracam do Soli i Rycerki. Nieważne, czy pada deszcz, czy mgła opada.

Magiczną datę wyznacza dzień Matki Boskiej Zielnej. W nim właśnie spotykają się rzeczy, które pozornie spotkać się nie powinny: to, co organicznie lechickie, z tym, co chrześcijańskie; stare obrzędy z nową wiarą; ziemia, ludzie i niebo.

Polskie. Po części pogańskie, po części chrześcijańskie.

I tak to właśnie jest.

Tak to właśnie jest.

Średnia ocena: 4.0  Głosów: 3

Zaloguj się, aby ocenić

Komentarze (7)

  • Bożena Joanna 26.10.2019

    Ładna impresja! Pozdrowienia!

  • maciekzolnowski 26.10.2019

    Dzięki, pozdrawiam serdecznie! :)

  • betti 26.10.2019

    Zrezygnowałabym z pierwszego zdania. Jest w tytule, do treści nie dodaje nic nowego. Wydaje mi się, że chodzi o pokazanie takiego swojego obrazka, ale czegoś mi w tym brakuje, jakieś mocniejszego akcentu.

  • maciekzolnowski 26.10.2019

    Dzięki, Betti, mówisz i masz. Ponadto dopisałem też drugą część wspominkową. :))

  • betti 26.10.2019

    ''Szedłem raz z Adamem długą stromą drużką pod górę, szliśmy razem''. - tutaj szedłem, szliśmy jakoś mi się gryzie.
    ''że jak będą tędy wracali to go na pewno capnął'' - capną

    Ubogaciłeś i dobrze, teraz jest z duszą. 'Lato leśnych ludzi'' Rodziewiczównej przypomina. Mnie się podoba.

  • Zaciekawiony 26.10.2019

    Wydłużyło ci się ze trzy razy - i jest lepiej

    "Szedłem raz z Adamem długą stromą drużką" - podeptaliście młodą druhnę?

  • maciekzolnowski 27.10.2019

    Melduję, że poprawiłem babole. Dzięka.

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania