Głośnomówiący i święty spokój. Czyli o prywatnym teatrze w przestrzeni publicznej

Gdyby ktoś kiedyś napisał przewodnik po współczesnej przestrzeni publicznej, rozdział o ciszy musiałby znaleźć się w dziale „gatunki zagrożone”. Cisza stała się bowiem towarem luksusowym, rzadkim, drogim i niemal nielegalnym. W tramwaju, autobusie, pociągu regionalnym czy nawet w kolejce do kasy w dyskoncie panuje dziś niepisana konstytucja: każdy ma prawo do prowadzenia własnego, głośnego życia, a reszta ma obowiązek udawać, że tego nie słyszy.

Najbardziej charakterystycznym mieszkańcem tej dżungli jest głośnomówiący. Nie ten, który raz na jakiś czas podniesie głos, bo połączenie jest słabe. Mówię o zawodowcu. O człowieku, który wsiada do wagonu jak na scenę i przez czterdzieści minut relacjonuje znajomemu, dlaczego żona go zostawiła, ile kosztuje adwokat i czy w ogóle warto jeszcze walczyć o dziecko. Robi to z taką naturalnością, jakby siedział sam na kanapie we własnym salonie, a nie w metalowej puszce pełnej obcych ludzi, którzy właśnie próbują przeżyć dojazd do pracy.

Obok niego królują inne gatunki. Matka prowadząca przez głośnik godzinny monolog z dwuletnim dzieckiem, które najwyraźniej musi wiedzieć, że „mama już jedzie, mama jest w autobusie, mama zaraz będzie”. Mężczyzna oglądający walki MMA z pełnym dźwiękiem, jakby siedział na trybunach. Nastolatek odtwarzający TikToki jeden za drugim, bez najmniejszej intencji sięgnięcia po słuchawki. Każdy z nich żyje w przekonaniu, że jego prywatność jest nienaruszalna, a cudza, nie istnieje.

Fascynujące jest to, że ci sami ludzie, którzy bez wahania robią z wagonu swój osobisty teatr, potrafią jednocześnie być nadwrażliwi na najmniejsze naruszenie własnej przestrzeni. Ktoś usiądzie za blisko, oburzenie. Ktoś spojrzy za długo, hejt. Ale własny głos o mocy 70 decybeli? To przecież „normalna rozmowa”.

Kiedyś przestrzeń publiczna miała swoje niepisane reguły. Rozmowa przez telefon w pociągu była czymś wstydliwym, prawie tak samo nieprzyzwoitym jak jedzenie śledzia z puszki. Dziś reguła się odwróciła. Cisza stała się podejrzana. Człowiek siedzący w słuchawkach i patrzący w okno wygląda jak ekscentryk albo, co gorsza, jak ktoś, kto ma coś do ukrycia. Tymczasem głośnomówiący prezentuje się jako otwarty, autentyczny, „żywy”. Jego hałas jest formą obecności. Dowodem, że istnieje.

Najbardziej gorzka w tym wszystkim jest jednak nie sama irytacja. Irytacja mija. Prawdziwy problem zaczyna się wtedy, gdy zauważamy, że ten prywatny teatr w przestrzeni publicznej to tylko zewnętrzna oznaka czegoś głębszego. Coraz więcej osób nie potrafi już być sam na sam ze swoimi myślami. Telefon nie jest narzędziem komunikacji, jest protezą obecności. Dopóki ktoś słucha, dopóki coś gra, dopóki głos wypełnia powietrze, świat istnieje. Cisza natomiast staje się groźna. W ciszy trzeba by zmierzyć się z samym sobą, a to, jak wiadomo, jest zajęcie znacznie trudniejsze niż opowiadanie całej połowie wagonu o problemach z teściową.

Może więc kiedyś, za kilka dekad, historycy będą się dziwić, że żyliśmy w epoce, w której ludzie panicznie bali się ciszy i jednocześnie rozpaczliwie pragnęli świętego spokoju. Że budowali coraz głośniejsze życie po to, by nie słyszeć własnych myśli, a potem narzekali, że nikt nie daje im żyć. I że największym aktem cywilizacyjnej odwagi stało się kiedyś założenie słuchawek. Albo, co jeszcze bardziej radykalne, ich zdjęcie i po prostu milczenie.

Średnia ocena: 0.0  Głosów: 0

Zaloguj się, aby ocenić

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania