GŁOSY Z DNA (CZĘŚĆ 1) ~ Preludium

Mój Rozmówca jest nikim, tak samo jak Ja nie jestem dziennikarzem. Obaj Jesteśmy tak samo na poziomie zero, może nawet niżej, ponieważ On zdaje się czasami słyszeć jakieś pukanie z góry.

 

Patrząc na Niego, ciężko było Mi się skupić. Wydawał się być nieobecny. Pustka w Jego oczach pożerała Mnie do tego stopnia, że czułem, jakbym był Nim — jakby to Ona tworzyła pewien most, który miał Nas połączyć rozmową.

 

Zdecydowanie sam nigdy nie chciałbym z Nim rozmawiać. Nie jest to Człowiek interesujący, raczej wypaczony, lekko manipulatywny — przez co jeszcze trudniejszy w rozmowie — jednak na szczęście Nasza rozmowa nie ma dotyczyć Jego Osoby bezpośrednio.

 

Muzyka łagodzi obyczaje, tak więc wedle poleceń odgórnych wywiad dotyczył właśnie tego.

 

Miejsce Naszego spotkania nie jest teraz istotne.

 

Istotny jest przebieg Naszej rozmowy.

 

Zapraszam, E.

 

— Widzisz Mnie?

 

— Tak, aż za dobrze — zaciąga się e-papierosem, jednocześnie wyciągając z kieszeni małe, okrągłe pudełko. Otwiera je, a z Jego środka wyjmuje małą, prostokątną saszetkę. — Poczęstujesz się? — wkłada ją pod górną wargę.

 

— Nie, dziękuję.

 

— W porządku — chowa pudełko.

 

— Możemy zaczynać? Mamy porozmawiać o Twoim guście muzycznym.

 

— No spoko, chociaż z góry mówię, że to nic ciekawego.

 

— Nieistotne. Powiedz Mi więc, czego słuchasz?

 

— Aktualnie Ciebie i chyba niezbyt podoba Mi się ten kawałek, o okładce niewspominając — śmiech. — No weź, żartuję tylko! Tak na poważnie, to Mój gust, jeżeli można tak to w ogóle nazwać, jest czymś w rodzaju sinusoidy. Widzisz, muzyka jest dla Mnie dość istotna, wiąże się bezpośrednio z Naszą — pauza — przepraszam, Moją osobowością.

 

Początek tej sinusoidy jest łukiem zwróconym w górę. To tam śpiewa Mi słodkim i ciepłym głosem Elton John — śmiech — rozumiesz, CIEPŁYM głosem — śmiech — towarzyszą Mu Beatlesi, głównie ze swoim jednym kawałkiem „Yesterday”, Charles Bradley, Wicked Dumb Division i inne takie. Z tego przechodzi się lekko w dół i tam czeka już Kazik Staszewski, Dr. Misio, zespoły pokroju Buldog, Coma, Transgresja, Satya. Z nich najbardziej cenię sobie chyba Comę i Miśka, chociaż Satya jest dla Mnie sentymentalna.

 

Potem znów jest wyż i tym razem rozpoczyna go Marilyn Manson, zaraz za Nim jest Rammstein, Black Sabbath, Puscifer i trochę Nirvany. Oczywiście nie zapominamy o Guns N' Roses czy bezpośrednio samym Slashu.

 

Potem znów niż i tym razem wchodzimy w klimat typowo black-deathowy: Cannibal Corpse, Burzum, Belphegor, Sepultura. Sam wiesz, jak jest — zaciąga się e-papierosem. — Też, żeby nie było, to nie jest podział typowo gatunkowy. To tak czysto chronologicznie, bo pomijam Moje przejściowe romanse z Ryszardem Peją, Szpakiem, Piotrem Łuszczem i innymi ziomkami w dresach. To już za Mną, a ta sinusoida jest jakby aktualna.

 

— Rozumiem. Dużo tego i dość konkretnie rozwinąłeś to wszystko jak na „nieciekawy temat”.

 

— No trochę tak. Zrobiłem to bardziej dla Siebie niż dla Ciebie. Dla Ciebie mógłbym to podsumować tak: od hipisowskich lowelasów, przez dumnych Polaków, do anarchistyczno-satanistycznych degeneratów. Ty lubisz takie skróty.

 

— No skoro tak mówisz. A czemu tak? Co widzisz w tym wszystkim? Nie jest tego za dużo? Można się pogubić.

 

— Nie wiem, czy za dużo — pauza. — Czy przypadkiem jako dziennikarz nie powinieneś zachowywać Swoich opinii dla Siebie? — uśmiecha się.

 

— Nie jestem dziennikarzem.

 

— A Ja nie jestem na tyle interesujący, żeby robić ze Mną wywiad, to chyba ustaliliśmy na początku. Odpowiadając jednak na Twoje pytanie: muzyka łączy się bezpośrednio z Naszą osobowością. Sam zresztą wiesz — zaciąga się e-papierosem, a dym wydycha prosto w Moją twarz — Nasza osobowość jest pełna emocji i rozbieżności, przez co Sycimy się różną muzyką. Muzyka Nas koi, dlatego jest tego tak dużo. Potrzebujemy masy ukojenia.

 

— Masz chyba na myśli Siebie?

 

— Tak, Ciebie. To znaczy Siebie.

 

— No dobrze. Muzyka Ciebie koi. Nawet te, jak to mówi Moja mama, „krwawe rzygi”? One też Cię koją?

 

— Tak. Szczerze, to chyba to koi Mnie najbardziej. Growl czy fry scream jest z założenia głośny, przez co zagłusza Twoje myśli. Treść też czasami łagodzi to, co Mamy w głowie. Ty też to znasz, może nawet lepiej niż Ja. Kiedy pragniesz autodestrukcji, to czasami ukoi Cię samo słuchanie o destrukcji.

 

Twoja Matka ma trochę racji z tymi „krwawymi rzygami”. Wokaliści tych zespołów wypluwają z Siebie skrzepy najbrudniejszej krwi w imię turpizmu, który dla ludzi takich jak My jest rzeczą komfortującą.

 

— Wydaje Mi się, czy narzucasz Mi Swoje zdanie?

 

— Robimy to sobie nawzajem — uśmiecha się.

 

— Dobra. A co z tytułami? Cenisz Sobie jakieś najbardziej?

 

— Tak. Myślę, że „Arhaja” od Kultu jest jakoś istotna dla Mnie. Jak na narcyza przystało, wydaje Mi się, że jest to o Nas — śmieje się. — Od Comy to chyba „0Rh+”. Kawałek, z którym prawie pojechaliśmy do Tworków, pamiętasz?

 

— Nie. A z zagranicznych?

 

— Cały album Mansona „Eat Me, Drink Me”. Zresztą wszystko od Mansona jest dla Mnie ważne — zaciąga się e-papierosem. — I to, na co chyba najbardziej czekasz, czyli „krwawe rzygi”. Tutaj to „Necropedophile” od Cannibal Corpse. Tak samo „Dunkelheit” od Burzum. Co tam jeszcze? — pauza. — Ostatnio też katuję „Sexdictator Lucifer” od Belphegor. Podoba Ci się Moje zestawienie?

 

— Ty Mi się nie podobasz.

 

— Nawzajem. Kończymy już to przedstawienie?

 

— Tak. Dzięki i obyśmy szybko się nie spotkali.

 

— Tego Ci życzę, E.

 

Kończąc wywiad, naciągam czarny koc na lustro, a Mój Rozmówca znika, zostawiając po Sobie jedynie słodki dym oraz wyplutą, ciemną saszetkę.

 

<Pozornie bez sensu z sensem w całosci>

Poczekajcie

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 2

Zaloguj się, aby ocenić

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania