Głowa
Budzik zadzwonił, jak zwykle, o 5.50. Otworzyła oczy. Razem z pierwszym powidokiem
pojawiła się pierwsza świadoma myśl: to jest ten dzień. To znowu jest TEN dzień. Dzień z
bólem głowy, z migreną, z ciemnością i mdłościami. Dzień mroku.
Przekręciła się na plecy, dotknęła palcami skroni. Wydawało jej się, że czuje pod nimi
rytmiczne dudnienie. Jakby ktoś obijał jej mózg tępym, ciężkim narzędziem. Raz za razem.
Raz za razem. Mrugała powoli, jakby jej powieki były ciężkie jak teatralna kurtyna. Kilka
promieni letniego słońca przedostawało się przez szparę między grubymi zasłonami w oknie. Nawet tak niewielka ilość światła mogła być bolesna i jak ostrze noża wbić się przez oczy do mózgu.
- Tylko nie znowu – wymamrotała szeptem.
Powoli podniosła się na rękach, wysunęła nogi spod kołdry a stopy oparła o miękki dywan.
Wiedziała, że każdy gwałtowny ruch spowoduje dodatkową falę bólu. Nim wstała próbowała w myślach oszacować, czy ból mieści się w skali od zera do dziesięciu gdzieś w okolicach piątki, czy już jednak jest solidną ósemką. Założyła, że zakwalifikuje go na sześć – dobrze nie jest, ale da się z tym pójść do pracy. Przynajmniej taką miała nadzieję.
Wstała. Przytrzymując się jedną ręką ściany krok za krokiem weszła do łazienki. Nie zapaliła światła. Zamknęła za sobą drzwi – wiedziała, jak zrobić to bezszelestnie, żeby nikogo z domowników nie obudzić. Ale też, i to było ważniejsze, żeby nie hałasować, bo trzaśnięcie i huk to nowy ból w głowie.
Usiadła na toalecie, zgięła się w pół i trzęsącymi się dłońmi objęła głowę. Czuła, że całe jej
ciało reaguje już na wzbierające fale migreny. Robiło jej się niedobrze a jelita raz za razem
wywracały się do góry nogami. Oddychała powoli i głęboko. Wiedziała, że to na niewiele się zda, ale musiała jakoś ukoić ten strach. Ludzie mówią, że niektórzy mają głowy pełne pomysłów. Ona od lat miała głowę pełną bólu. I strachu. Wiedziała, że to migreny. Diagnozę usłyszała wiele lat temu. Ale w ostatnim czasie ataki były coraz częstsze i silniejsze. I tego się bała najbardziej, że to już nie tylko migrena, ale coś innego, gorszego, na co nie ma magicznej tabletki.
Tabletki, silne leki przeciwmigrenowe przepisywane na receptę – kolejny element tej dziwnej układanki. Miała ich dużo. Wszędzie. W stoliku nocnym, w łazience, w kuchni. W torebce do pracy i w eleganckiej czerwonej kopertówce, która pasowała do czarnego płaszcza. Blister z białymi proszkami miała też w kosmetyczce między tuszem do rzęs a pomadką, a ostatnio kilka tabletek znalazła w plecaku, który zabierała ze sobą w góry. Bez tabletek w zasięgu ręki robiła się nerwowa. Nawet, gdy głowa nie bolała, w każdej chwili mogła przecież zacząć boleć. A wtedy bez tabletki mogła nie przeżyć. Czy była uzależniona? Wolała sobie powtarzać, że to nie uzależnienie a przezorność.
Umyła zęby, zimną wodą opłukała twarz. Ledwo otwierając oczy spojrzała na siebie w
lustrze. Twarz była jakby za mgłą, ale nawet mimo to dostrzegła, że jej cera jest blada, pod
oczami odznaczają się sine worki a usta wykrzywiają się w niemym grymasie.
Założyła zieloną, długą sukienkę chwaląc się w duchu za to, że wczoraj ją uprasowała i że
dzisiaj nie będzie musiała zakładać skarpetek tylko wsunie gołe stopy w klapki. Punkt dla niej – nie będzie musiała się schylać, a wiadomo, że taki wysiłek wzmaga pulsowanie w czaszce. Wyjęła z lodówki jednego banana. Tyle wystarczy. I tak dzisiaj niczego więcej nie zdoła przełknąć. Nalała sobie szklankę wody i powoli ją wypiła.
- Ten ból to tylko szóstka… no dobrze, może bardziej siódemka. Dojadę do pracy, jakoś, i
wtedy zdecyduję, czy wziąć proszek – powtarzała sobie pod nosem. Zacisnęła powieki. –
Dam radę. Dam radę. Dam radę…
Usiadła za kierownicą. Wiedziała, że nie powinna prowadzić, że jej szybkość reakcji i zdolność prowadzenia są bliskie zeru. Ale wiedziała też, że musi iść do pracy. Bo gdyby w ostatnim miesiącu za każdym razem, gdy budziła się z bólem głowy dzwoniła do szefa z prośbą o wolne, nie przepracowałaby nawet pół dnia. Przekręciła więc kluczyk w stacyjce zaklinając rzeczywistość, modląc się do Najświętszej Panienki i spluwając przez lewe ramię. Dopiero kiedy zaparkowała pod biurem pozwoliła sobie na głębszy oddech.
Wyciągnęła z samochodu torebkę, laptopa i kliknięciem kluczyka zamknęła auto.
Pochylona szła w stronę drzwi biurowca. Szklane drzwi otwarły się przed nią z niemrawym
świstem. Owionęło ją chłodne powietrze. Klimatyzacja to zbawienie - o ile nie słyszy szumu urządzenia – taki jednostajny i długotrwający dźwięk może doprowadzić do szału.
Wsiadła do windy i nacisnęła przycisk swojego piętra.
- Cześć. Znowu migrena? – zaskoczona podniosła głowę. Katarzyna. Promienna jak zwykle w starannym makijażu. Nie odpowiedziała. Bała się, że otwierając usta wywoła falę nudności. Kiwnęła więc głową. – Tak myślałam. Szłam za tobą z parkingu, zagadnęłam do ciebie, ale chyba mnie nie zauważyłaś. Poza tym wyglądasz niezbyt ciekawie. Wzięłaś już coś? Jakby co, to będę czuwać…
Siódme piętro. Winda otwarła się na przestronny hol. Wyszły razem i jasnym korytarzem
skierowały się w stronę swoich biur. Weszła do swojego boksu ale zanim odłożyła torebkę i włączyła komputer zasłoniła duże okna szarą żaluzją. W pokoju momentalnie zrobiło się ciemno. Westchnęła z ulgą i usiadła na obrotowym fotelu. Wyjęła z torebki blister z tabletkami. Nalała sobie szklankę wody. Patrzyła na biały proszek, a w jej huczącej od bólu głowie toczyła się ta sama co zwykle dyskusja: weź, skoro tak bardzo boli, musisz jakoś funkcjonować, po to są leki, żeby z nich korzystać; jeśli weźmiesz to znaczy, że jesteś mięczak, pamiętasz co mówią? migreny to może mieć królowa, ciebie po prostu głowa napierdala, tabletki to łykają nałogowcy, a ty przecież nad tym panujesz, prawda?
Ale ból był tak silny, że zbierało jej się na torsje. Poddała się, wzięła jedną tabletkę i popiła całą szklanką wody. Teraz musiała zrobić wszystko, żeby nie zwymiotować i przetrwać aż do momentu, kiedy lek zacznie działać. Siedziała nieruchomo za biurkiem. Widziała przez szklane przepierzenie, że ludzie schodzący się do biura machali do niej na przywitanie. Nie miała siły ruszyć ręką, więc tylko się uśmiechała. Spojrzała na zegarek. Minęło 5 minut. Nic się nie działo. Żadnej ulgi. A co jeśli się nie poprawi? Jeśli lek nie zadziała? W ulotce napisano, że kolejną tabletkę można wziąć dopiero po godzinie. Nie wytrzyma kolejnej godziny. Jej oddech przyspieszył. Na czole pojawiły się drobne kropelki potu. Czuła, jak sukienka przykleja jej się do pleców, a ręce oparte o fotel drżą. W głowie pojawiło się kłębowisko myśli.
- Umrę. To już ostatni oddech i umrę. Moje dzieci zostaną sierotami. Nie zobaczę ich
przyszłości. Mój mąż zostanie sam. Jak sobie beze mnie poradzi? Moja rodzina się rozpadnie. Jeszcze chwila i wszystko się skończy. Moja głowa eksploduje i zapadnie zupełna ciemność.
Zacisnęła mocno powieki a knykcie jej palców zbielały od ściskania fotela. Słyszała swój ciężki oddech. Przypomniała sobie, jak przyjaciółka opowiadała o swoim znajomym, którego chroniczny ból głowy doprowadził do samobójstwa. Wtedy pomyślała, że to szaleństwo, że sama nigdy by… Ale teraz nie jest już tego taka pewna. Zupełnie, jakby zaczynała rozumieć, że jest pewna granica bólu, po przekroczeniu której jest już wszystko jedno. Chyba byłaby w stanie to zrobić, byle tylko to się skończyło, byle tylko przestało tak boleć.
Gwałtownie otworzyła oczy. Ta jedna myśl ją przeraziła. Bo co innego umrzeć z bólu, a co
innego samemu się zabić, byleby już nie bolało. Co wtedy z rodziną? Kto i jak wytłumaczy to jej dzieciom? Że co. Że mama się poddała? Że już nie chciała z nimi być? Że nie dała już
rady?
Czuła, jak po policzku spływa jedna łza. Nie wiedziała, czy to z bólu, strachu, z bezsilności
czy z tęsknoty za normalnym życiem. Ale ta łza ją otrzeźwiła. Wzięła głęboki oddech. Wiedziała, że to tylko atak paniki. Miewała je już wielokrotnie przy silnej migrenie, ale tamte zdarzyły jej się w domu, w łóżku, kiedy był przy niej mąż i trzymał ją za rękę. Teraz była w biurze i musiała poradzić sobie sama. Patrzyła na zdjęcie w ramce, która stało na biurku. Powoli się uspokajała. Patrzyła na zegar, minuty mijały powoli, ale też lek zaczynał działać. Jakby ktoś w jej mózgu nacisnął magiczny guzik i wyłączył funkcję „ból”. Jej organizm przestawiał się na prawidłowy tryb pracy. Dostrzegła, że może swobodniej otwierać oczy, a mrok w pokoju nie był już ukojeniem, że domaga się światła. Wstała więc i podeszła do okna. Odsłoniła roletę. Za oknem świeciło słońce, które nie raziło już w oczy. Widziała zielone drzewa i ludzi na chodniku. Kolorowe auta przejeżdżały ulicą, ktoś biegł do tramwaju, ktoś inny pił kawę w kubku na wynos. Usłyszała za sobą delikatne pukanie do drzwi. Odwróciła się. Katarzyna.
- Zobaczyłam, że w twoim pokoju zrobiło się jasno, więc pomyślałam, że już ci lepiej.
Nabrałaś kolorów. Napijemy się razem kawy? Może lepiej wody z cytryną i miętą.
Kiwnęła głową i uśmiechnęła się. Wyszła z pokoju.
- Ale wiesz, że powinnaś iść z tym do lekarza? Coś często ostatnio ci się to zdarza.
- Wiem, wiem… - odpowiedziała z przekonaniem. Ale w głowie już pojawiły się myśli: przecież aż tak bardzo nie bolało, przecież już nie boli więc nie ma o czym mówić, świat jest piękny i kolorowy to po co się martwić. Prawda? PRAWDA?
Komentarze (2)
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania