Gra. 8 Pik
[Konwencja opowiadania to mieszanina różnych kategorii, chyba najlepszym przybliżeniem jest "Fantastyka" zatem tutaj wrzucam te dwie części czy tam rozdziały, pod zbiorczym tytułem 8 pik. I drobna uwaga techniczna, po wklejeniu zniknęła kursywa wyróżniająca kilka monologów wewnętrznych, niestety]
8 Pik
Na blacie stołu znajdowały się: Siódemka pik, Dziesiątka pik, As kier i Siódemka trefl.
Większość z kilkudziesięciu osób znajdujących się w wielkiej, dwukondygnacyjnej sali w skupieniu obserwowała obu pozostałych w rozdaniu graczy, a gwar rozmów powoli cichł, aż w końcu niemal całkowicie zamarł.
Gracz siedzący przodem do większości zgromadzonych poprawił okulary, rozejrzał się po sali i uśmiechnął lekko.
- Korzystając z okazji, pozwolę sobie podzielić się swoim prywatnym przemyśleniem na pewien temat egzystencjalny. Otóż moim zdaniem, wbrew pozorom, niewiele jest w naszym życiu momentów unikalnych, niepowtarzalnych i prawdziwie cennych. I dlatego warto doceniać każdy z nich, a nawet więcej - warto się nimi cieszyć, smakować je, wręcz delektować się każdym, który się nadarzy. Co więcej, te krótkie przecież jak mgnienie oka i jakże wyjątkowe zdarzenia, kiedy już nastąpią, często pozwalają nam zredefiniować dalsze życie; na dobre bądź na złe, ale zmienić los. I nie mam tutaj na myśli trywialnego aspektu materialnego, bo to tylko nędzny subpoziom całego doświadczenia. Prawdziwym metapoziomem jest coś zupełnie innego, możliwość przekroczenia własnych granic, wyjścia poza siebie, że tak to żałośnie lapidarnie ujmę.
Mówił tonem nadzwyczaj lekkim, patrząc prosto na drugiego gracza, którego zasłaniało przed wzrokiem widzów oparcie wysokiego klubowego fotela.
- Kończę już, żeby nie zanudzić ciebie, Kaz, i naszej publiczności. Konkluzja jest taka, że nigdy, ale to nigdy, nie należy się przed taką szansą uchylać. Wręcz przeciwnie, trzeba ją wykorzystywać.
Przerwał na chwilę, wyraźnie się zastanawiając.
- Ikar spłonął, ale poleciał. Niewielu dostaje tę szansę, dlatego warto ją podjąć. Żeby oderwać się od ziemi i polecieć w chmury, w stronę Słońca. Owszem, ryzyko spłonięcia istnieje, ale tego, że leciałeś, nie odbierze ci nikt, a bez tego ryzyka nigdy nie oderwiesz się od ziemi. Oczywiście ziemi metaforycznej, symbolizującej twoje ograniczenia. A na koniec, wieńczący dzieło, może jednak się uda? Mit jest kretyński, bo nie uwzględnia możliwości dotarcia do celu, a ona przecież istnieje. Nie wszyscy płoną. Część przechodzi na inny, wyższy poziom. Czy nie chciałbyś też go osiągnąć? Ja bym chciał. Bardzo, ale to bardzo bym chciał.
Przerwał ponownie i zadumał się z oczami wbitymi w górę, podpierając brodę prawą ręką.
- Wznieść się, nad poziomy wylecieć. Może nawet być lepszym poetą?
Opuścił gwałtownie wzrok i spojrzał drapieżnie w oczy drugiego gracza.
- Wiem, co masz. Ty wiesz, że ja wiem. Za to nie wiesz, co mam ja, choć możesz się domyślać. Tylko przed nami jeszcze riviera. Jeśli przegrasz, będziesz mógł grzecznie spasować, pogratulować mi szczęścia, z którego słynę, i wstać biedniejszy o trywialne dla naszego potężnego nafciarza...
Rozległy się liczne parsknięcia i śmiechy. Barczysty, długowłosy mężczyzna w szytej na miarę marynarce który chwilę wcześniej wstał od stolika, poczerwieniał na twarzy i łapczywie łyknął z trzymanej w ręku szerokiej szklanki, po czym opuścił wzrok na własne buty.
- ...acz całkiem spore dla wielu ludzi pieniądze. Najprawdopodobniej jednak wygrasz i odejdziesz od stolika z całą pulą, ograniczoną jedynie tym, że gramy zwykle do wysokości wkupów, choć przecież nie zawsze. Jeśli to przez tę domyślną zasadę się powstrzymywałeś, to proponuję ją zignorować i zagrać dalej bez jakichkolwiek ograniczeń. Co myślisz, Kaz?
Skończywszy, pochylił się do przodu, położył łokcie na stole i podłożył obie ręce pod brodę, wpatrując się w rozmówcę delikatnie, wręcz z czułością.
Tamten odezwał się po chwili.
- To zależy. Na jakim poziomie? Jako esej filozoficzny przemyślenia takie sobie, jako monolog fajne, IMO. Co do propozycji, to zgadzam się, Lucjanie.
Po sali przeszedł głośny szmer, padło kilka cichych przekleństw wśród których wyróżniło się “Kurwa twoja mać. Wstań od stolika debilu” wygłoszone rozpaczliwym, zrezygnowanym, w miarę głośnym szeptem przez blondyna w mundurze kaprala, stojącego jednak w odległej części pomieszczenia.
- Cóż, w takim razie wchodzę. Za wszystko, co mam - powiedział spokojnie Lucjan.
Drugi gracz odezwał się dopiero po dobrej minucie.
- Chyba rozumiem, acz wolę się upewnić. Zgodziłem się na grę bez ograniczeń stawki, czy tym samym zgodziłem się również na konieczność wyrównania twojego all-ina moim all-inem? Czy mogę po prostu postawić wszystko, co mam przy tym stole, ewentualnie dorzucić, ile sam uznam za stosowne, i tyle? Czy to będzie uczciwe?
- Nie będzie to uczciwe ani nieuczciwe. To nie ta kategoria, Pchlarzu. Natomiast będzie to w pełni bezpieczne. I jak najbardziej możesz to zrobić: zagrać bezpiecznie, ryzykując dotychczasową wygraną, wkup i może jeszcze jakiś rodzinny porcelanowy bibelocik czy tam bidecik, bo czemu nie? Raz w życiu, Pchlarzu. Raz w życiu się odważ. Dare! Odważ się! Dare, kurwa! Oderwij się w końcu od ziemi, spójrz w gwiazdy i leć. Leć!
Ostatnie słowa wywrzeszczał.
- Tekst o rodzinnym porcelanowym bidecie niezły, przyznaję. Inspirowany może Tuwimem? Jeśli tak, to podwaja jakość tej szydery, żeby nie było. Choć szkoda, że nie odważyłeś się powiedzieć wprost - nocnik. Daj mi chwilę, zastanowię się.
Głos jego przeciwnika pozostał spokojny, lekko rozbawiony.
- Uznając i popierając prawo dorosłych mężczyzn do podejmowania męskich decyzji, pozwolę sobie na krótką uwagę.
Starszy mężczyzna w mundurze majora mówił poważnym tonem.
- Gdybym pana nie znał, kapitanie Zawada, nie uwierzyłbym, gdyby moja własna żona, której ufam nad życie, opowiedziała mi choćby kilka historii z panem i kartami. Pański niefart do kart dosłownie łamie probabilistykę.
- Major Maślak jest zbyt delikatny, Kaziu. Jesteś największym pechowcem na Ziemi, choć na szczęście tylko do kart. Przegrasz. Jak zawsze. Chyba że posłuchasz rady podpułkownika Kamieńczyka i odważysz się przekroczyć własne ograniczenia. Przejdź na wyższy poziom, wydoroślej w końcu, choć trochę. Spasuj i wstań od stolika, zanim spadnie ostatni miecz - dodał starszy, siwy mężczyzna o orlej twarzy w mundurze pułkownika, po czym odwrócił się i wyszedł z sali.
- Dokładnie, Kaz. Wydoroślej. Porzuć utopijne rojenia czy tam fantazmaty i skup się na realnym życiu i realnych celach. Nie ma co się rzucać z motyką na Słońce, mniej to więcej, trzeba być grzecznym i pragmatycznym, dobrym dla zwierząt i takie tam. Wiesz co, Pchlarzu, może i to jest dobre rozwiązanie. Na początek spasuj, potem awansuj na starszego oficera, bo kapitan w tym wieku to trochę wstyd, następnie rzuć palenie a na koniec wreszcie się ożeń, niemłody i liniejący kawalerze. Co myślicie, dziewczyny? Mysza, będziesz zainteresowana?
Lucjan sypnął kpiąco garścią dobrych rad i obrócił głowę w stronę trzech stojących obok niego młodych kobiet.
Długonoga kobieta o popielatych włosach uśmiechnęła się delikatnie.
- Na pewno nie jestem zainteresowana hazardzistami, Lucjanie.
- Słyszałeś, Kaz? W końcu będziesz miał u Myszy szansę, jak spasujesz. Tyle wygrać, przegrywając! Będziesz zwycięzcą, Kaz. Śnieżka, co myślisz?
Obrócił minimalnie głowę w stronę zjawiskowo pięknej dziewczyny o śnieżnobiałych włosach i eterycznej sylwetce.
- To nie ma znaczenia, podpułkowniku Kamieńczyk, bo to nie ja siedzę przy stoliku. A w szerszym ujęciu poker jest mi obojętny, tak jak i wynik tego rozdania. W żaden sposób nie wpłynie na moją opinię o kapitanie - odpowiedziała.
- Teraz rozumiem, czemu robisz za nieformalnego szefa HR nie tylko Czwórki, ale i całej bazy, Śnieżko. Jak już przejmę władzę nad Polską i światem, to mianuję ciebie naczelnym dyplomatą mojego imperium. Nadajesz się. Julio?
Lucjan wyraźnie się zirytował.
Najwyższa, a zarazem wyraźnie najmłodsza z całej trójki, wyglądająca na co najwyżej osiemnastoletnią dziewczyna o długich, prostych, kruczoczarnych włosach, wypuściła balona z żutej gumy. Kiedy pękł, podniosła trzymaną w ręku butelkę piwa i upiła spory łyk. Nie odezwała się.
- Julii po prostu nie da się upilnować, dlatego dałem jej piwo, oczywiście bezalkoholowe - wyjaśnił patrzącym na niego z potępieniem obecnym Lucjan.
- No raczej. Poza tym jest bezalkoholowe - z radością w głosie i komicznie puszczając oczko przy słowie „bezalkoholowe”, potwierdziła Julia, po czym pociągnęła kolejny łyk.
Zawada cichym głosem poprosił kilka osób o podejście. Kiedy to zrobiły, pokazał im karteczkę, na której chwilę wcześniej coś napisał.
- Proszę was o zapamiętanie treści, na wypadek gdyby kartka zaginęła.
Zgiął ją na pół, a następnie ponownie na pół i podał przez stół Lucjanowi. Ten odebrał ją, rozwinął i przeczytał.
- Zgadzam się - powiedział spokojnie, po czym gestem wstrzymał krupiera.
- Jeszcze nie, zaczekaj proszę.
Spojrzał na kapitana, uśmiechnął się, rozsiadł wygodniej w fotelu i przypił do Zawady szklanką whisky. Ten najwyraźniej odpowiedział tym samym, bo chwilę później rozległ się lekki trzask, kiedy stuknęli się szkłem.
Lucjan odsunął głowę, spojrzał w górę i zamknął oczy.
- Kapitan powie kiedy.
- Ty zadecyduj, Arbitrze, ale daj nam przynajmniej minutę - powiedział Zawada do krupiera, również zamykając oczy.
Cisza była absolutna.
Krupier odsłonił kartę.
Rozległo się chóralne westchnienie.
Piątą kartą była ósemka pik.
- To są moje dwie. A ty co masz? - Lucjan pokazał szóstkę i dziewiątkę pik.
Kapitan Zawada odłożył na stół dwie karty rewersami do góry - Gratuluję wygranej, Lucjanie. Wybacz że nie zostanę dłużej, poczułem nagle chęć żeby lecieć. - Wstał, skłonił się lekko i wyszedł odprowadzany, i współczującymi, i jawnie kpiącymi spojrzeniami.
Dwa dni później, 6:00 rano.
Obmył twarz pod kranem, po czym zmusił się, żeby spojrzeć w lustro.
Patrzył na siebie przez dobrą minutę, ani razu nie odrywając wzroku od odbicia. Pozornie oglądał swój fizys, tak naprawdę skupiając się na swoich przeszłych wyborach - świadomych, półświadomych, a czasem, niestety, całkowicie bezmyślnych - oraz na ich realnych konsekwencjach, zarówno dla niego, jak i dla innych.
„Nazywam się Bartłomiej Fornal, zwany Bartem. Oto ja, cały ja” - skonstatował na koniec z fatalistyczną rezygnacją co do przeszłości, ale i całkowitą determinacją co do teraźniejszości. Tę decyzję podjął w pełni świadomie, starannie rozważywszy wszystkie implikacje, i zrobił wszystko, co musiał zrobić, żeby stała się realną możliwością. Teraz już tylko trzeba było zamknąć sprawę.
Zanim wyszedł, próbował pozbyć się przydzielonej mu ochroniarz. Arogancka sucz oczywiście całkowicie go zignorowała, nie zaszczycając go nawet odpowiedzią na jego żądania, groźby i prośby.
Godzinę później stał tuż przy szerokiej ścieżce, którą chwilę wcześniej, zakończywszy bieg, szła grupa mężczyzn w szarych bluzach.
- Podpułkowniku Kamieńczyk. Proszę pana o chwilę rozmowy - powiedział w miarę głośno, ale z całą pokorą, do idącego na ich czele wysokiego mężczyzny w kapturze.
- Pimpek? Co za przypadek! Nie będę kłamał, że dobrze cię widzieć, bo jesteś mi, kurwa, całkowicie obojętny. Jak chcesz przeprosić, to nie trzeba, nie ma za co, znaczy jest, ale wszystko wybaczone. Nie mam czasu na takie drobiazgi, zatem nara, mój ty byku, potężny zawodniku.
Mężczyzna wygłosił całość, zanim jeszcze go minął.
- Siema, Mysza. I też nara, jak mniemam.
Radośnie ogłosił to w stronę jego ochroniarz, o dziwo płynnie ściągając kaptur, a następnie lekko kłaniając się podporucznik.
- Chodzi o przedwczorajszy wieczór. Chcę uregulować dług - powiedział ku własnemu zaskoczeniu pewnie i zdecydowanie.
Podpułkownik jednym lekkim gestem ręki zatrzymał wszystkich idących za nim, po czym obrócił się w jego stronę.
- Masz dwie minuty. Zacznij od przeprosin - warknął.
Wyjął z kieszeni telefon, chcąc załatwić sprawę od razu, po czym coś sobie uświadomił.
Znowu jestem nieuważny.
Zezłościł się na siebie i kilkoma błyskawicznymi kliknięciami ustawił stoper na 1 min 55 s, po czym spojrzał na podpułkownika.
Jest zdecydowanie szczuplejszy i lżejszy ode mnie, i to o dobre kilkadziesiąt kilogramów. Ja mam posturę boksera, on gimnastyka. Nie jest dużo wyższy niż ja, jeśli w ogóle, no może o centymetr, dwa. Czyli 1,87, może 1,88. Wydaje się o 10 lat młodszy, ale przecież, jak się dowiedziałem, jest po 30-tce, więc co najwyżej 2, może 3 lata. Niemniej jest szczuplejszy, młodszy, wyższy i kilka rzędów wielkości przystojniejszy.
Uśmiechnął się wewnętrznie, naigrywając z własnej zazdrości.
Obiektywnie jednak musiał przyznać, że podpułkownik Kamieńczyk miał urodę supermodela.
A to przecież tylko śmieszne drobiazgi w porównaniu z cechami naprawdę ważnymi. Jest o rzędy wielkości inteligentniejszy, mądrzejszy i, co gorsza, pracowitszy i odpowiedzialniejszy ode mnie. A na koniec zajmuje w hierarchii zawodowej i społecznej pozycję, której ja nigdy, ale to nigdy, bym własnymi siłami nie zdobył. Coś jednak w życiu osiągnąłem, niemniej relatywnie, przy tym wilku alfa to ja naprawdę jestem tylko śmiesznym pimpkiem, i co gorsza nadętym i ujadającym.
- Miał pan co do mnie rację, panie podpułkowniku. Miałem się za zawodowca, a okazałem się być zwykłą lamą czy tam leszczem. I dałem się zgasić jak kiep, którym najwyraźniej jestem. Co do kwestii zawodowych to uznałem, oczywiście błędnie, że obaj jesteśmy tacy sami, w tym znaczeniu, że jesteśmy protegowanymi - zawahał się na sekundę, szukając określenia - naprawdę wpływowych ludzi, potęg, mocy. Nie zauważyłem tego, co jest oczywiste. Ja jestem kiepem z potężnym benefaktorem, pan jest potęgą sam w sobie, na co najlepszym dowodem jest fakt, że mój benefaktor określa pana jako przyjaciela. Nie przedłużając...
- Wystarczy - warknął podpułkownik. - Tak, jestem potęgą. Taką pomniejszą, ale jednak. Niemniej moja relacja z Szejkiem nie ma tutaj nic do rzeczy. Nie będę tego tłumaczył, nie mam ochoty ani czasu. Co do ciebie, to o nic się nie martw, Bartusiu. Jak dostanę rozkaz, żeby przewinąć ci pieluchę, to go wykonam, jak dostanę taki, żeby sobie wyrwać serce i podać ci je na tacy, to też wykonam, choć wtedy oczywiście starannie sprawdzę, czy jest legitny i czy nie da się zamiast mnie poświęcić kogoś innego. A tak poza tym będę ciebie kompletnie zlewał, tak jak zlewałem, zanim przyszedłeś do mojego domu i zacząłeś się puszyć, co to nie ty. Skończyliśmy rozmowę, nafciarzu, inwestorze, wizjonerze, specu od krypto i pokera. Bywaj zdrów i pamiętaj, żeby jeść dużo szpinaku, byku.
Mimowolnie się uśmiechnął.
Zaczynał rozumieć coś, co wcześniej całkowicie mu umknęło. Lucjan zawsze był Lucjanem. To, że walił w rozmówców tekstami, na które zwykle pozwoliłby sobie co najwyżej bardzo toksyczny nastolatek na Discordzie, to jedno. To, że mógł to robić bezkarnie, bo pozwalała mu na to jego pozycja i wpływy, to drugie. To, że najwyraźniej niczego nie udawał i naprawdę miał taki charakter, to trzecie.
Niemniej był jeszcze poziom czwarty.
Nawet pozornie całkowicie przypadkowe złośliwe odzywki bywały u Lucjana improwizowanymi ad hoc, ale perfekcyjnie wykonanymi, celowymi działaniami.
Spojrzał na smartfona. Miał sporo ponad minutę.
- Nie rozliczyliśmy jeszcze przedwczorajszej gry. Po to tutaj przyszedłem, żeby wyczyścić dług stolika. Czy kwota się zgadza?
Kliknął, wrzucił portfel na ekran i pokazał go podpułkownikowi. Ręka zaczęła mu się lekko trząść.
- Nie mogę przeczytać. Czy możesz przestać tak machać ekranem? A może masz Parkinsona? Ojej, jakie to, kurwa, smutne.
Znowu się lekko uśmiechnął. Lucjan zawsze był Lucjanem. Ostatnie zdanie aż wibrowało zatroskaniem i współczuciem.
- Pan podpułkownik weźmie sobie fona z mojej ręki i odczyta. Nie musi się pan martwić, Parkinson nie jest zaraźliwy.
Jakoś zdołał się odgryźć.
- Kwota się nie zgadza. Koniec bajki.
Z głosu Lucjana dosłownie wylała się złośliwa, jadowita radość.
Fala słabości i paniki, jaka go ogarnęła, sprawiła, że prawie upadł. Nie wiedział, skąd znalazł w sobie siłę, żeby odpowiedzieć.
- Jeśli jest wyższa, to znaczy, że się zgadza. Jeśli jest niższa, to przeleję tę i dopłacę brakującą różnicę gotówką.
Powiedziawszy to, usiadł na ziemi z opuszczoną głową, ciesząc się, że jak na razie nie zemdlał.
- W takim razie kwota się zgadza. Niemniej...
Nie mógł tego dostrzec, ale Lucjan, z rękami zaplecionymi za plecami, pochylił się nad nim jak kat nad ofiarą.
- ...nie zamierzam jej przyjmować. I co teras, byku?
Zebrał się w sobie, choć zajęło mu to dobrych kilkanaście sekund. Na szczęście Lucjan nie odszedł, tylko napawał się chwilą.
- Teraz...
Podniósł lekko głowę i patrząc Lucjanowi w twarz wyszeptał:
- ...podaj adres, na jaki mam przelać. Bo ty jesteś potęgą, a ja jestem nikim, ale tego mi odmówić nie możesz. Więc skończ się popisywać i podaj mi ten adres.
Wytrzymał pojedynek spojrzeń przez zaledwie kilka sekund, po czym zamrugał i opuścił wzrok, w powidoku wciąż widząc piękne, głęboko lazurowe oczy podpułkownika, nie wiedzieć czemu kojarzące mu się z wilkiem, takim o pobrudzonym czerwienią pysku.
Dalej oszołomiony zdołał jednak zeskanować podstawiony kod QR i potwierdzić transfer.
- Dwie minuty minęły. Odezwę się jak znajdę czas. Nie zapomnij o tym szpinaku, byku. Nara, Mysza.
Lucjan po prostu odszedł.
- Preferuję podporucznik Krawczyk, podpułkowniku Kamieńczyk, acz jeśli chcesz, możesz dalej tytułować mnie Myszą. Z mojej strony, słysząc tytuły, na jakie zasługujesz: śmierdzielu, szubrawcu, parszywy szulerze.
Drgnął zaskoczony. Nagły przylot kosmitów wydawał się bardziej realny niż to, że podporucznik odezwie się w taki sposób.
- Lubię ciebie, Mysza, ale przesadziłaś z deczka, a zasady są zawsze takie same. Bros over hoes. Drugi i Stefan pannie podporucznik Krawczyk to wyjaśnią.
Lucjan nawet się nie zatrzymał, odpowiadając.
Siedział wpatrując się w ekran smartfona, a milion czarnych myśli galopowało mu w głowie. Kilkanaście sekund później otrzymał potwierdzenie transferu, a dosłownie sekundę później drugie powiadomienie - transfer przychodzący. Kwota była znacznie mniejsza niż wysłana i najwyraźniej była zwrotem nadpłaty.
Zanim zdążył zareagować, podporucznik jak kłoda upadła na ziemię obok niego.
- Masz szczęście, że Lucek ciebie lubi, esbecki cyborgu. Dlatego dostałaś tylko parę ostrzegawczych plaskaczy, a nie bęcki. No chyba że dalej coś ci się wydaje i masz ochotę na drugą rundę. - Po głosie rozpoznał Stefana, zaszokowany tym, co się stało, spojrzał na leżącą podporucznik.
Na szczęście chyba rzeczywiście została tylko lekko poturbowana, głównie uderzona w twarz, choć miała też zaczerwienioną szyję. Następnie przeniósł wzrok na Stefana. Ten patrzył obojętnym wzrokiem na podporucznik. Obok niego stał drugi przyboczny Lucjana, niski blondyn, chyba o imieniu Paweł.
Postali jeszcze kilka sekund, po czym obrócili się i odeszli. Na odchodnym Paweł położył pistolet obok siedzącej już podporucznik i ukłonił się jej.
- Gentleman, kurwa jego mać. Żyjesz? - mruknął po chwili do niej.
- Nie jesteśmy i nie będziemy na ty, panie Fornal. Paweł nie jest dżentelmenem, bo takich w Polsce nigdy nie było, a w Anglii już ich nie ma, tylko prawdziwym mężczyzną, jacy w Polsce byli i na szczęście wciąż są. I człowiekiem o nienagannej kulturze osobistej. Przeceniłam swoje umiejętności, Stefan nielicho mnie zaskoczył.
Powiedziała to, trąc zaczerwieniony policzek.
- Właściwie szkoda, że nie przywalili ci mocniej. Może dostałbym normalnego ochroniarza zamiast aroganckiej dziuni przekonanej o swojej nadzajebistości i zbierającej bęcki od duetu kurdupel plus beczka z piwem.
- Stefan to raczej trzy beczki z winem i to postawione jedna na drugiej. Jest od pana wyższy, cięższy, silniejszy, a zarazem szybszy, choć pan ma posturę i refleks boksera wagi ciężkiej. Paweł na studiach regularnie wygrywał wszystkie akademickie zawody karate.
- Aha. I jak rozumiem, zakładałaś - przepraszam, zakładała pani - że im obu dołoży, bo girls power i „łumyn stronk”, tak?
- Prędzej silna kobieta, jak już. I tak, oczywiście, że tak. Taki właśnie miałam plan, oparty na tym, że widziałam kilka odcinków różnych seriali i kobiety zawsze wygrywały. Cała ja. Na swoje dodatkowe usprawiedliwienie mam jednak, że ostatnio, wbrew mojej woli, chronię pewnego finansistę, inwestora, potentata branży robotyki medycznej czy tam diagnostyki medycznej, a może i obu, następnie branż naftowej, kryptowalut i pokera online i na żywo. Jego postawa i osiągnięcia były dla mnie tak wielką inspiracją, że postanowiłam sama spróbować.
Zastanowił się chwilę, roześmiał, po czym, nadal siedząc, wyciągnął rękę.
- Bartosz Fornal. W sumie w miarę zamożny, odnoszący pewne sukcesy szczęściarz w życiu zawodowym, a zarazem nieuleczalny idiota w sprawach życiowych i osobistych. W miarę dobry pokerzysta online, absolutny leszcz na żywo. Głównie wiecznie zdziwiony i ciągle zaskakiwany łoś. Dodatkowo kretyn, któremu się wydawało, że zostanie kolejnym premierem Polski i w ramach odcinania kuponów od urojenia na dzień dobry uznał siebie za Supermana i nadął jak balon. Kilka kopniaków w ego i jeden w twarz później łosiowi urojenia przeszły. Oby na dobre.
Podniosła lekko brwi, chyba zaskoczona wyznaniem po czym uśmiechnęła się.
- Marta Krawczyk. Chciała zostać prokuratorem i formalnie nim jest, jednak po drodze została zwerbowana przez służby i teraz jest uwielbiającym swoją pracę esbekiem. Życiem osobistym nie epatuje ani się nie dzieli, ale między nami to jest samotną panną i całkiem dobrze jej z tym. Głównie mól książkowy, choć dodatkowo pasjonuje się szermierką i strzelectwem sportowym, amatorsko oczywiście. Pełnoprawny członek tajnej loży skrytych szyderców, z której pewnie za chwilę zostanie wyrzucona. Głównie przekonana o własnej wyjątkowości i patrząca na innych z góry kretynka, której się dużo wydawało, ale powoli przestaje, oby na stałe.
Uścisnęła jego rękę.
- Mam dwa pytania. Zacznę od tego oczywistego, żeby zaoszczędzić trochę czasu. Ile pieniędzy przelał pan Lucjanowi? - spytała rzeczowo.
Spojrzał na nią autentycznie oburzony.
- Nie zamierzam tego ujawniać. Pytanie jest nie na miejscu. Przynajmniej w męskim świecie - zakończył zgryźliwie.
Odpowiedziała wzrokiem pełnym politowania i wyciągnęła swój telefon, w którym zaczęła grzebać.
Kurwa mać! Jestem debilem do kwadratu. Od razu załapała, że użyłem stablecoina, wystarczy, że sprawdzi ledger po czasie transakcji. To dlatego wspomniała o zaoszczędzeniu sobie czasu. - Uświadomił sobie.
- Przyznaję, że jestem pod wrażeniem kwoty, ale i działania. Dwadzieścia jeden milionów złotych. Wypłaconych szulerowi i oszustowi ot tak, po prostu. I to, zdaje się, bez wiedzy albo i wbrew woli rzekomego dłużnika...
- Przestań, proszę - przerwał jej smutnym tonem.
Zamilkła.
- Dziewięćset tysięcy zwrócił, zatem dwadzieścia milionów. Lucjan nie jest szulerem. Karty rozdawał przecież nie on, tylko podkomendny kapitana Zawady i jego bliski, jeśli nie najbliższy, przyjaciel, ten cały Arbiter, jak go nazywają w oddziale. Zapłaciłem za Kaza, bo zawdzięczam mu życie, więc przynajmniej tak mogę się odwdzięczyć. Bez jego wiedzy, bo przecież w życiu by się nie zgodził. Naprawdę nie zauważyłaś, że Kamieńczyk nie chciał moich pieniędzy i za wszelką cenę starał się mnie spławić? Co to niby za szuler, który nie chce wygranej?
- Kwota jest astronomiczna dla mnie i zapewne większości zwykłych ludzi, nie wiem, czy duża, czy mała dla pana, ale najwyraźniej osiągalna. Dla podpułkownika Kamieńczyka to jednak drobne, przecież jego kolekcja samochodów jest więcej warta. Tym samym cokolwiek chciał osiągnąć, na pewno nie były to pieniądze, tylko coś zupełnie innego. Byłam pewna, że ustawił tę grę, teraz jednak nie wiem, co myśleć, skoro przyjął pieniądze od pana. Nic już nie rozumiem - przyznała z rezygnacją.
Pobladł.
- Nie mógł odmówić ich przyjęcia.
Spojrzała zaskoczona.
- Oczywiście, że mógł. Dług nie jest pański, zatem nie miał żadnych powodów, żeby w ogóle z panem o tym rozmawiać.
- Nie mógł! Długi karciane są bardzo specyficzne, to długi honorowe, ale nie muszą być spłacone przez grającego, liczy się kasa na stole przed upływem terminu zapadalności i nie można odmówić jej przyjęcia bez całkowitej utraty twarzy i honoru. Próbował mnie spławić, ale mu się nie udało, dlatego przyjął.
- Nadzwyczaj ciekawe. Czyli jest szulerem i ustawił to rozdanie dla jakichś swoich intryg. Spłacenie tego długu przez pana na pewno utrudniło mu działania, to już jakiś punkt zaczepienia.
- Nie jest szulerem! Nie chciał, żeby dług został spłacony, to na pewno. Niemniej nie jest szulerem. Ile razy mam ci powtarzać, że karty rozdawał Arbiter, żebyś to w końcu przyjęła do wiadomości?
Czuł, że powoli traci panowanie nad sobą.
Popatrzyła na niego chłodnym, obojętnym wzrokiem.
- Uprzejmie założę, że podobnie jak pułkownik Filipiak i major Maślak jest pan przesądny co do kart i że ta skrajna irracjonalność dotyczy wyłącznie kart. Tak, karty rozdawał starszy szeregowy Jarosław Lestek, zwany Arbitrem, podkomendny kapitana Zawady i, zdaje się, jego bliski przyjaciel. Co najprawdopodobniej oznacza, że Arbiter został przekupiony, zaszantażowany lub zmuszony, żeby ustawić to rozdanie. Nie dostrzegam innego racjonalnego wyjaśnienia. Co więcej, fakt, że kapitan ufa Arbitrowi i że sam uważa się i zarazem jest uważany za skrajnego pechowca, silnie wzmacnia moją roboczą wersję przebiegu zdarzeń, właśnie dlatego Lucjan mógł liczyć, że tak jawne oszustwo ujdzie mu płazem.
- Uprzejmie założę, że te głupie, niemające żadnych, ale to żadnych podstaw spekulacje oparte są po prostu na nadmiarze wyobraźni i przeczytanych kryminałów i na co dzień pani myśli logicznie. A przynajmniej logiczniej. No choćby, że nie myli pani aż tak światów literackiej fikcji i realnej rzeczywistości.
Powoli zaczynał się wewnętrznie gotować.
Co za uparta idiotka.
- Rozumiem. Czy będzie pan zatem uprzejmy i wyjaśni głupiutkiej mi, co się naprawdę wydarzyło w maśle maślanym realnej rzeczywistości? Zaakceptuję każde wyjaśnienie, jakie by nie było, i o nic więcej w tej kwestii nie spytam.
- To bardzo proste. Kaz miał po prostu pecha. Niewyobrażalnego wręcz pecha. To się zdarza. Fachowo nazywamy to wariacją, to termin matematyczny, slangowo gutshot, a żeby skończyć tę głupią gadkę, to Kaz miał pecha i bad-beata, a Lucjan miał szczęście, gutshota do pokera i binknął one-outa na riwierze - odburknął, licząc, że w końcu da mu spokój.
- Przyjmuję do wiadomości i akceptuję naukowe wyjaśnienie. Wariacja i pech. Science, bro.
Spojrzał na nią wściekłym wzrokiem, odpowiedziała całkowicie neutralnym, wręcz niewinnym spojrzeniem.
Co jak co, ale skrytym szydercą to jest na pewno.
- A teraz co z Arbitrem? Czy mogę prosić o wyjaśnienie drugiego fenomenu? Może być dokładnie takie jak pierwsze. Przyjmę jak prawdę objawioną, bo jestem głupia i nie znam się na pokerze - powiedziała nadzwyczaj uprzejmie.
- Jaki drugi fenomen? Przyjaciel Kaza, któremu on bezgranicznie ufa, rozdawał karty. Czego nie rozumiesz? - bez mała wrzasnął.
- Tylko jednego. I wykorzystując to, że faktycznie czytam czasem kryminały, pozwolę sobie przedstawić moją wątpliwość jako fikcję literacką. Gdyby Arbiter kilka godzin przed grą nagle się rozchorował i karty rozdawał zamiast niego Stefan, to czy dalej pokerowo absurdalne ale nadzwyczaj zabawne symbolicznie 69 w ręce Lucjana, następnie układ kart na turnie, czyli gutshot Lucjana przy karecie kapitana, i ostatecznie wynik rozdania wartego miliony byłyby całkowicie normalną wariacją? Proszę powiedzieć tak i się, za przeproszeniem, odwalę.
Powiedziawszy to, wstała i odeszła na ścieżkę, czekając, aż on się ruszy.
Chciał powiedzieć to jedno proste słowo, ale nie potrafił. Im bardziej się zastanawiał, tym mocniej uświadamiał sobie, że gdyby rozdającym był ktokolwiek inny niż Arbiter, miałby od groma wątpliwości. Z drugiej strony wiedział, że Kaz znał się na ludziach i że naprawdę całkowicie ufał Arbitrowi.
- Może pomogę w dylemacie?
Odwrócił głowę.
- Rozdającym nie musiałby być Stefan. Mógłby to być wytatuowany kierowca taksówki, znany na całą okolicę jako kombinator i lewus. Kapitan dalej ma cztery siódemki po turnie, podpułkownik Kamieńczyk dalej nie ma nic i może liczyć tylko na cud, czyli gutshota, czyli jedną, jedyną kartę z całej talii. I mimo to dalej żąda zmiany zasad rozdania, tak by można było postawić dosłownie dowolną kwotę. Kapitan, zachowując się nad wyraz racjonalnie, jak na hazardzistę, którym przecież jest, jak i wy wszyscy, stawia cały majątek albo i dużo więcej, bo szansa że przegra jest statystycznie nieistotna. Na rzece pojawia się ósemka pik. Kapitan przegrywa ponad dwadzieścia milionów złotych. I wszystko jest całkowicie zrozumiałe, gdyż, jak ustaliliśmy, kapitan przegrał, bo ma pecha do kart. Tako rzecze science, bro.
- Wiesz co, esbecki cyborgu, mam dla ciebie świetną wiadomość. Co jak co, ale tego członkostwa w loży szyderców to ciebie nie pozbawią. Nie ma szans - powiedział i, wstawszy, ruszył w stronę samochodu.
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania