Gra. Nowe rozdanie.

- Po ile pan tankował?! - zadbana kobieta w średnim wieku spytała z wyraźnym niedowierzaniem w głosie stojącego w centrum coraz to powiększającej się grupki rozmówców młodego mężczyznę.

- Tak jak mówiłem, i to kilka razy, 5 złotych i 15 groszy za litr! - Młodzian z jednej strony był minimalnie zirytowany koniecznością powtarzania, a z drugiej niebywale dumny z zainteresowania, jakie przyniesiona przez niego wiadomość wzbudziła na całym bazarze.

- Cena rewelacyjna, ale ile to się utrzyma? Jeden dzień? A za ropę dalej drogo - brodacz kolejny raz wyraził swój sceptycyzm wobec rozchodzącej się lotem błyskawicy nowiny.

- 6 zeta za litr ropy to drogo? Jak tankowałeś po 9 i pół, to było tanio, jak teraz jest o połowę taniej, to drogo? Delirę masz, stara, gruba, zapijaczona fajo? - dresik o łasicowatej twarzy, dotychczas milcząco przysłuchujący się rozmowie, oderwał się od metalowej ściany kontenera handlowego i podszedł do malkontenta.

Będący już w wieku emerytalnym grubasek, maskujący tuszę luźną, szeroką bluzą, a łysinę i wiek czapką, okularami i farbowaniem brody, nie spodziewał się takiego obrotu sytuacji, ale miał za sobą dekady doświadczenia i natychmiast zebrał się w sobie.

- Do kogo ta gadka, dzieciaku? Chcesz mieć problem, ziomek? Nie chcesz, a ja nie chcę ci-

- Nie jestem twoim ziomem, konfituro. Spierdalaj stąd, ale już - wyraz twarzy łasicowatego nie zmienił się ani na jotę, pozostał chłodno obojętny.

Grubasek chciał odpowiedzieć, ale zdołał jedynie przełknąć ślinę i to z wysiłkiem. Odwrócił się i odszedł pospiesznie. Jak tylko minął róg ulicy, stanął za zielonym kontenerem na szkło i trzęsącymi się rękami wyciągnął z kieszeni spodni małą piersiówkę. Odkręcił korek i łyknął. Wódka momentalnie go uspokoiła, ale ogólne poczucie niepokoju pozostało. Nie chodziło o cenę benzyny, która jego zdaniem była tylko jednorazową i pewnie jednodniową promocją, a o to, co czuł całym sobą od nagłej zmiany rządu. Jako tajny współpracownik służb i policji z czterdziestopięcioletnim stażem miał niebywale rozwinięty instynkt. Jego zdaniem instynkt tajnego agenta. Obiektywnie donosiciela, konfidenta i degenerata, niemniej instynkt miał. I ten właśnie szczurzy zmysł sprawił, że od zmiany rządu dostawał co jakiś czas nagłych drgawek. Wszystko było nie takie, jak być powinno. Rząd apolitycznych fachowców?! W Polsce?! Bez poparcia obcych mocarstw albo przynajmniej regionalnej potęgi? W Polsce?! Bez poparcia jakiejkolwiek partii? W Polsce?! Którego premierem zostaje podpułkownik WP?! W Polsce?! Przewrót wojskowy? Wolne żarty. Co jak co, ale jako były wojskowy stan polskiej armii, w szczególności generalicji i Sztabu, znał doskonale. Tam nie było nawet jednego kompetentnego oficera, prawie wyłącznie agenci wszystkich większych i starszych braci, no, jeszcze wtyki młodszych braci i krewni polityków. Kompetentnych, nie wspominając już o patriotach, nie było. Zatem najwyraźniej podpułkownik był czyimś chłopakiem, to miało jakiś sens. Tylko w takim razie dlaczego nie zrobili go doradcą w MON czy nawet ministrem obrony narodowej, tak jak się przyjęło? No i nowy premier przecież powiedział wyraźnie, że odrzuca zarówno projekt poprzedniego rządu, jak i projekt prezydencki odnośnie do cen paliw. A trzy godziny później paliwo tanieje o 2 złote na litrze? Jak to świadczy o tym nowym rządzie? Nic się nie dodawało. A co było w tym najdziwniejsze i najbardziej niepokojące - nikt nic nie wiedział. Ani agenci, ani konfidenci, ani psy, ani nawet zwykli ludzie, no nikt, nic. Pospiesznie ruszył w stronę mieszkania. Ten nowy prezes Orła zapowiedział przecież konferencję na godzinę 12.00! Musiał ją obejrzeć.

xxx

Przypomniał sobie w ostatniej chwili o swoim rytuale! Spojrzał w górę, ale przecież siedział na kanapie limuzyny, nie było górnego lusterka. Cóż, musiało wystarczyć boczne, w którym przez ułamek sekundy złapał własne odbicie, zanim kierowca otworzył mu drzwi.

Nazywam się Bartłomiej Fornal, zwany Bartem. Prezes zarządu Orła. Powtórzył to sobie w głowie, sprawdzając, czy słowo „prezes” zdążyło się już osadzić jak coś, co należy do niego, przynajmniej w takim stopniu, w jakim wypożyczony garnitur może jednak ułożyć się choć trochę na ciele.

Kilka godzin wcześniej Piekielny Lucek, czyli obecnie pan premier Lucjan Kamieńczyk, oznajmił krajowi z pełną powagą, że obie propozycje poprzedniego rządu i prezydenta są „bez sęsu” i „w sumie do d...y”, i że paliwo nie stanieje. Bart oglądał to na telefonie w samochodzie, najpierw jedną ręką trzymając kawę, a drugą przewijając komentarze, w których ludzie życzyli nowemu premierowi rzeczy, jakich się zwykle nie życzy publicznie osobom na tak wysokich stanowiskach. Potem rozlał ze śmiechu kawę przy kilku co dosadniejszych komentarzach i, klękajcie narody, odpowiedziach udzielonych najwyraźniej przez samego jaśnie pana premiera. Gorąca, ale na szczęście nieparząca kawa lała mu się po spodniach garnituru, a on zamiast się złościć bądź choćby martwić, śmiał się jak głupi do sera. Lucjan zawsze był Lucjanem. To akurat Piekielnemu trzeba było oddać.

Powiedzieć narodowi rano, że coś jest bez sensu, żeby cztery godziny później ktoś inny, niby zupełnie od niego niezależny, ogłosił to samo w wersji, która akurat ma sens - to był kolejny poziom czegoś, czego wciąż nie potrafił nazwać inaczej niż Grą Kręgu.

Podporucznik Krawczyk czekała już przy wejściu dla prasy, w ciemnym kostiumie, wyjątkowo, o dziwo, nieeksponującym nóg, z tym samym, dobrze mu już znanym, zawodowo obojętnym wyrazem twarzy człowieka, dla którego jego bezpieczeństwo było problemem ściśle logistycznym, w żadnym razie osobistym.

- Cztery minuty do wejścia - powiedziała, nie patrząc na niego, tylko na salę przez uchylone drzwi. - Sala jest pełna. Trzy razy więcej kamer niż na poprzedniej konferencji zarządu.

- Bo poprzednia konferencja zarządu dotyczyła amortyzacji środków trwałych, a ta dotyczy tego, ile ludzie płacą za dojazd do pracy - odpowiedział, poprawiając mankiet, głównie po to, żeby ręce miały coś do roboty.

- Powiedziałam to, żeby nie był pan zdziwiony po wejściu. A poprzednia konferencja była po to, żeby oswoił się pan choć trochę z kamerami. I poszła bardzo dobrze. Denerwuje się pan. Bardziej niż poprzednio, zamiast mniej.

- Nie denerwuję się. Analizuję ryzyko operacyjne własnego ciała w warunkach podwyższonego stresu - odparł i sam usłyszał, jak żałośnie brzmi to zdanie, ledwie zdążyło opuścić usta.

Prawie się uśmiechnęła. Prawie. Chyba.

Przez chwilę patrzył w głąb sali, na rzędy dziennikarzy sprawdzających sprzęt, i pozwolił sobie na jedną, krótką, uczciwą wobec samego siebie myśl, że gdyby ktokolwiek z nich zapytał go teraz, ile baryłek ropy przetwarza dziennie rafineria w Płocku, nie miałby pojęcia. Miał swoje sukcesy zawodowe, ale żeby załatwić mu taki biogram, jaki obecnie miał, i to bez możliwości podważenia choćby jednej linijki, na przykład tej o „nafciarzu”, Szejk i eksperci Kręgu naprawdę musieli się wysilić. Tylko nie miał czasu się nad tym rozwodzić.

Wszedł.

Sala ucichła szybciej, niż się spodziewał, co samo w sobie było niepokojące. Ludzie nie milkną tak szybko dla kogoś, kogo nie traktują poważnie, i Bart poczuł na sobie ciężar tej powagi. I odpowiedzialności.

- Dzień dobry - zaczął, siadając. - Najpierw odniosę się do czegoś, co w żaden sposób mnie nie dotyczy, ale i tak byście mnie o to spytali. Wiem, że premier powiedział dziś rano, że żadna z dotychczasowych propozycji nie ma sensu. Zgadzam się z nim. Obie faktycznie nie mają sensu. Jedna kosztowała miliardy i działała dwa tygodnie, a ukrytym celem jej ewentualnego przedłużenia nie było ulżenie Polakom, a wyprowadzenie z kasy Orła 38 miliardów złotych na pokrycie części przyszłorocznego deficytu, czyli, biorąc pod uwagę realne osiągnięcia poprzedniego rządu, zapewne na - zastanowił się błyskawicznie - zresztą sami państwo wiedzą, na co wydawał pieniądze Polaków poprzedni rząd. Druga propozycja kosztowałaby, według wyliczeń samego biura prezydenta, 17 do 20 miliardów złotych i groziłaby pustymi dystrybutorami w całej Polsce. Cóż, i tak jest to propozycja lepsza niż pierwsza, niemniej mniej zła nie oznacza dobrej. W mojej prywatnej opinii prezydent zresztą zdawał sobie sprawę, że nie ma możliwości uchwalenia jego propozycji i dlatego zgłosił ją w takiej formie. To było sensowne działanie polityczne, tylko niemające nic wspólnego z zarządzaniem finansami przedsiębiorstw ani budżetem państwa.

Zrobił pauzę, dokładnie taką, jaką kiedyś, przy innym stole, ktoś inny zrobił dla efektu, i zauważył, że dzięki obserwacji sam nauczył się robić takie pauzy.

- Jako prezes zarządu koncernu Orzeł zleciłem staranne przeanalizowanie naszych możliwości i po ich przestudiowaniu wybrałem moim zdaniem optymalny wariant. W długim terminie bardzo korzystny dla koncernu Orzeł, a zarazem oferujący natychmiastowe, wymierne korzyści naszym klientom. Od dziś klienci indywidualni zarejestrowani w programie Orzeł Wita zapłacą o dwa złote mniej na litrze, do stu litrów miesięcznie. W pierwszym tygodniu obowiązuje limit dwudziestu litrów na jedno tankowanie, potem maksymalnie trzydzieści pięć, przy czym kolejne tankowanie objęte rabatem będzie możliwe po upływie dwudziestu czterech godzin. Aha, tankowanie oczywiście wyłącznie do baku. Klienci indywidualni niezarejestrowani w Orzeł Wita mogą oczywiście dołączyć. Czekamy i liczymy na to, to przecież jeden z głównych celów, jakie chcemy osiągnąć. Oczywiście dostaną taką samą zniżkę jak dotychczasowi. Dodatkowo w każdy wtorek i piątek, pomiędzy godzinami 10:00 i 14:00, pracownicy stacji będą rejestrować ludzi, którzy na przykład nie korzystają na co dzień ze smartfonów. W żaden sposób nie nabijając się z osób starszych, a wręcz przeciwnie, myśląc o osobach mi bardzo bliskich, zapewniam, że zadbaliśmy, aby nikt nie został wykluczony. Nawet przysłowiowy starszy pan po dziewięćdziesiątce, jeżdżący tylko do sklepu, na targ po warzywa i do kościoła, też będzie mógł skorzystać, a rejestracja nie będzie dla niego uciążliwa. Program jest wstępnie zaplanowany na 12 miesięcy, ale gwarantujemy, że potrwa nie krócej niż 4 tygodnie, chyba że cena ropy spadnie w międzyczasie poniżej 60 dolarów za baryłkę. Dlatego nie ma potrzeby pędzić na stację od razu. Można zatankować dziś wieczorem, jutro, pojutrze albo za tydzień. Ewentualnie wykorzystać wszystkie te opcje, za każdym razem tankując 20 litrów. Nie, zaraz, przepraszam, musi być 24 godziny pomiędzy przecież, więc oczywiście nie kilka razy tego samego dnia - Kilku dziennikarzy uśmiechnęło się przyjaźnie, kiedy się lekko zawiesił. - Jesteśmy w pełni przygotowani na zwiększony ruch na naszych stacjach i moja uwaga wynika jedynie z troski o czas i komfort samych kierowców. Nowy program to decyzja handlowa zarządu spółki giełdowej, nie program rządowy.

Pierwsze pytanie padło, zanim skończył mówić.

- Panie prezesie, premier rano powiedział, że paliwo nie stanieje. Pan właśnie ogłosił, że stanieje. Który z panów się myli?

Bart spojrzał na dziennikarkę z czymś, co miało wyglądać na cierpliwość, a było w istocie starannie zamaskowanym rozbawieniem.

- Tak jak już wyjaśniłem. Żaden. Premier mówił o programach rządowych finansowanych z budżetu albo z przymusowych limitów marż wprowadzonych drogą ustawową. Ja mówię o suwerennej decyzji spółki akcyjnej, która chce sprzedawać więcej paliwa, więcej kawy i więcej hot dogów. To są dwa różne zdania o dwóch różnych podmiotach, wypowiedziane w jednym dniu przez czysty przypadek, choć podejrzewam, że wielu z was zaraz to ładnie ubierze w teorię spiskową na X. Tylko to dalej jabłka i pomarańcze, że tak to obrazowo ujmę. Różne kategorie, których nie należy mylić. Pracowałem nad wdrożeniem tego programu dosłownie od dnia objęcia stanowiska prezesa zarządu Orła, zapowiedź tej konferencji prasowej, która się właśnie odbywa, ogłosiliśmy tydzień temu. Proszę sobie sprawdzić. Następne pytanie.

- Ile stanieje ropa?!

- Nie mam pojęcia, czy stanieje, a jeśli tak, to o ile. Orzeł nie ustala przecież ceny ropy naftowej na świecie, tym bardziej nie robię tego ja. Natomiast na stacjach Orła klienci będą mogli skorzystać z promocji efektywnie przekładającej się na cenę o dwa złote niższą za litr, zarówno benzyny, jak i oleju napędowego, jak ogłosiłem dosłownie minutę temu. Następne pytanie.

- Skąd Orzeł weźmie na to pieniądze?

- Z tego samego miejsca, z którego brał je dotychczas. Z marży koncernu, o której przez ostatni rok nikt w tej spółce nie chciał panu powiedzieć, bo im poprzedni rząd zakazał. Na chwilę obecną jest naprawdę niezła. Teraz część tej marży trafi do kierowców zamiast do portfeli rodzin polityków ssących Orła przez sieć fundacji i spółeczek, już to zresztą ukróciliśmy, raporty pojawią się wkrótce, mam nadzieję, że działania prokuratury zaraz po nich. Oczywiście dodatkowo obniży to trochę zysk roczny Orła, niemniej w rozsądnych granicach i w ramach niezbędnych kosztów naszej długofalowej strategii rozwoju koncernu. Wiemy, co robimy, dlaczego i po co. Następne pytanie.

Ktoś z drugiego rzędu podniósł rękę gwałtownie, jakby się bał, że ktoś go uprzedzi.

- Czy to nie jest po prostu sposób, żeby zaraz po objęciu stanowiska zdobył pan sobie tanią popularność?

Bart poczuł, jak coś w nim się na chwilę spina, dokładnie w miejscu, gdzie chowała się cała reszta prawdy, której nigdy tej sali nie powie - kto naprawdę wymyślił ten plan, po co i z jaką dokładnie satysfakcją ktoś inny patrzył teraz pewnie na tę konferencję z dużo wygodniejszego fotela. Przerobili z nim to pytanie. Wpoili mu, jak ma na nie zareagować, tak że reakcja stała się dosłownie engramem, pamięcią mięśniową.

- Chleba oraz igrzysk wciąż woła lud - ni to wyrecytował, ni cicho zanucił. - Zatem odpowiedzmy sobie na pytanie, czy człowiek, który właśnie ogłasza obniżenie ceny paliwa o dwa złote na litrze, robi to dla taniej popularności, czy dlatego, że ma zamiar zarządzać przedsiębiorstwem. I przy okazji odpowiem na pytanie, które, jak widzę, pan już szykuje. Nie jestem technologiem rafineryjnym i nigdy nie twierdziłem, że nim jestem. Natomiast jestem człowiekiem, który przez lata zarządzał przedsiębiorstwami, inwestował własne i powierzone mu pieniądze, prowadził negocjacje, podejmował decyzje inwestycyjne i brał za nie odpowiedzialność. A teraz jest prezesem jednego z największych koncernów w tym kraju. Jeżeli chce pan rozmawiać ze mną o konstrukcji instalacji hydrokrakingowej, znajdziemy w Orle ludzi znacznie bardziej kompetentnych ode mnie. Jeżeli chce pan rozmawiać o tym, czy decyzja biznesowa za kilka miliardów ma sens, może pan spokojnie rozmawiać ze mną.

Dziennikarz, który dotąd siedział nieruchomo, otworzył usta, ale przez chwilę nic z nich nie wyszło.

Wtedy Bart zobaczył psa.

Pies pojawił się tak nagle, że przez pierwszą sekundę Bart był przekonany, że wcześniej musiał stać gdzieś poza jego polem widzenia. Wielki, czarnobrązowy owczarek przeszedł spokojnie między rzędami krzeseł i usiadł dokładnie przed dziennikarzem. Nie warczał. Nie szczekał. Po prostu patrzył.

Nowak pobladł.

Bart nie wiedział wcześniej, że Nowak panicznie boi się psów. Wiedział to ktoś inny.

Jeden z ochroniarzy pojawił się obok dziennikarza niemal w tej samej chwili. Nie dotknął go. Pochylił się tylko i powiedział coś bardzo cicho, tak że nie dosłyszał tego nikt poza Nowakiem.

Przez moment nic się nie działo.

Potem dziennikarz zamrugał.

- Panie prezesie - powiedział i głos nagle zabrzmiał inaczej, jakby zniknęła z niego cała wcześniejsza swoboda. - Ja właściwie nie mam żadnych kompetencji w branży naftowej. Piszę to, co redaktor działu każe, tak żeby było zgodne z linią w danej sprawie. W tej miałem pana zaatakować i podważyć pańskie intencje. Najmocniej przepraszam. To się nie powtórzy.

W sali zrobiło się dziwnie cicho.

Bart przez sekundę patrzył na Nowaka, potem wrócił do linii domyślnej, jakby cała absurdalnie surrealistyczna scena nie miała miejsca.

- Nie przyjmuję przeprosin. Wrócimy do tego. Ale najpierw odpowiedz mi, chłystku, na kolejne pytanie. Ile ty masz lat?

- Ile mam lat? - Dziennikarz był wyraźnie zaskoczony, ale natychmiast się opanował. - Przepraszam, mam 36 lat, proszę pana.

- Ile funduszy giełdowych prowadziłeś? Publicznych albo prywatnych?

- Eee, jestem dziennikarzem, nie prezesem, eee.

- Czyli zero. Jakie masz wyniki jako makler, broker, inwestor?

- Eeee, jestem dziennikarzem, nie maklerem, eee.

- Ile zarobiłeś?

- Eee, zero, eee.

- Ile firm założyłeś?

- Eee, zero.

- Jakie masz wyniki jako prezes bądź dyrektor wykonawczy spółek prawa handlowego?

- Eee, ja jestem dziennikarzem, eee, przepraszam, nie mam żadnych, eeee.

- Jakie praktyczne kompetencje, choćby w dziedzinie zarządzania finansami przedsiębiorstw, już nie wspominając o prowadzeniu dużych spółek giełdowych, zatem masz? Może choć staż, wolontariat, firma ojca czy cioci, cokolwiek?

- Eeee, nie mam eee takich doświadczeń, eee.

- Czyli masz zerowe kompetencje praktyczne. Jakie studia skończyłeś?

- Eeee, europeistykę, eee, ale interesuję się ekonomią, eeee.

- Z czym ci się kojarzy skrót PE?

- Parlament Europejski! - z dumą i ulgą w głosie odpowiedział dziennikarz.

Bart kiwnął głową.

- Rozumiem. Czyli jesteś 36-latkiem o zerowych praktycznych kompetencjach w dziedzinie zarządzania finansowego, a nawet bez tak żałosnej namiastki teoretycznej, jaką są studia ekonomiczne. W sumie nawet bez umiejętności czytania ze zrozumieniem podstawowych wskaźników ekonomicznych typu P/E, czyli Price to Earnings. A teraz drobna uwaga, żeby nie było nieporozumień: ja nie twierdzę, że dziennikarz powinien być maklerem albo prowadzić fundusz inwestycyjny. Twierdzę tylko, że jeżeli zamierza pan publicznie oceniać kompetencje prezesa koncernu i podważać jego decyzje biznesowe, dobrze byłoby mieć choć podstawy praktycznego rozumienia tego, o czym się mówi.

Spojrzał po sali.

- Ja mam 34 lata. Mój biogram może pan sobie w wolnej chwili przeczytać, ale tak w skrócie pracowałem dla naprawdę poważanych funduszy PE, czyli private equity, nie mylić ze wskaźnikiem cena do zysku, o którym już było. Dodatkowo współzałożyłem kilka firm i właściwie każda już odniosła wymierny sukces mierzony obiektywnie: uznaniem inwestorów, i indywidualnych, i instytucjonalnych, wyceną akcji, wynikami analizy fundamentalnej i technicznej. Zresztą nie tylko tym. Dostałem też parę nagród branżowych, za innowacyjność i inne. I nie dezawuuję wagi tych wyróżnień, są dla mnie powodem do dumy, szczególnie te, które dotyczą moich firm zajmujących się robotyką medyczną i medycznymi SI. Jedynie nie mam teraz czasu, żeby o tym opowiadać, ani nie chcę brzmieć jak samochwalca. Najskromniej, jak się da, być może nadmiernie skromnie w takiej sytuacji, powiem, że mam znakomite kompetencje.

Na sali przeszedł szmer. Bart odczekał sekundę, nie dłużej.

- I właśnie dlatego zgodziłem się zostać prezesem Orła, chociaż dla mnie nie jest to zawodowy awans, tylko obowiązek. Jestem Polakiem i obowiązki mam polskie. Owszem, zyskuję rozpoznawalność, ale przecież to przykry ciężar, a nie korzyść. Nie potrzebuję rozpoznawalności do zarabiania pieniędzy, bo utrzymuję się z własnych umiejętności zawodowych. Jeżeli natomiast ktoś uważa, że człowiek, który mógłby zajmować się znacznie bardziej dochodowymi przedsięwzięciami, przyjmuje stanowisko prezesa wielkiego koncernu wyłącznie po to, żeby przez kilka tygodni zobaczyć swoją twarz w telewizji, to pozostaje mi pogratulować wyobraźni. Odpowiadając więc na pytanie: gdybym szukał taniego poklasku, już dawno bym go znalazł albo sobie kupił, za swoje pieniądze, a nie akcjonariuszy.

Program, który zainicjowałem i który właśnie wdrożyliśmy, jest korzystny i dla Orła, i dla Polski, co więcej, znakomicie wpisuje się w strategię społecznej odpowiedzialności korporacyjnej. Wszak Orzeł jest firmą polską i tym samym odpowiedzialne działania wspierające przede wszystkim Polskę i Polaków powinny być i będą naszym znakiem rozpoznawczym. Następne pytanie.

Konferencja skończyła się dwadzieścia minut później, w burzliwych oklaskach, których Bart się nie spodziewał i którym nie do końca ufał, bo wiedział zbyt dużo o tym, jak dokładnie zostały wyreżyserowane okoliczności, w których padły.

W samochodzie, gdy drzwi się zamknęły i świat zewnętrzny ścichł do dźwięku silnika, odetchnął głęboko po raz pierwszy od chwili wyjścia z limuzyny przed konferencją.

- Nieźle - powiedziała Krawczyk, patrząc przed siebie, nie na niego.

- Dziękuję - odpowiedział zdawkowo, zbyt wyczerpany psychicznie, by dodać cokolwiek więcej.

- Blefuje pan całkiem znośnie, panie Fornal. Jak na kogoś, kto do niedawna był wyjątkowo kiepskim blagierem i jeszcze podobno nie lubi kłamać.

Spojrzał na nią z boku. Nie odwróciła głowy, ale kącik jej ust drgnął o milimetr, tyle, żeby było wiadomo, że to nie był przypadek.

Nie zapytał, skąd wie. Nie tylko blefował już lepiej, ale, co dużo ważniejsze, nauczył się w końcu, że niektórych rzeczy lepiej było nie sprawdzać.

Średnia ocena: 0.0  Głosów: 0

Zaloguj się, aby ocenić

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania