Granitowe piekło na ziemi

Śmierć przez pracę

Wedle nomenklatury Inspektoratu Obozów Koncentracyjnych, instytucji III Rzeszy, która zarządzała tymi miejscami, obóz ten należał do tak zwanej kategorii trzeciej, najcięższej, a Auschwitz był ‚zaledwie’ w drugiej. Powodem takiego przypisania Mauthausen, bo o nim dziś będzie było to, że praca tutaj była o wiele bardziej wyniszczająca i śmierć w komorze gazowej należała do tych lżejszych.

Więźniowie przeniesieni tu z Auschwitz mówili, że byli gotowi wracać na kolanach z powrotem byle nie zostać w Mauthausen.

 

Głównym miejscem eksterminacji były tu kamieniołomy, co widać po budynkach na terenie. Taki obóz Majdanek koło Lublina stwarza wrażenie ‚tymczasowego’ z dominującą drewnianą zabudową. Auschwitz oparto na dawnych polskich koszarach wojskowych. Natomiast w Mauthausen zbudowano wszystko od podstaw i to nie z byle jakiego budulca, bo z granitu.

 

Mam dużo książek o obozach, bo ten temat tak jak i III Rzesza, SS to moja pasja. O Mauthausen mogę wam polecić jedną - ‚5 lat w kacecie’ napisaną przez Stanisława Grzesiuka. Grzesiuk zwany ‚bardem Czerniakowa’, a przede wszystkim niezły cwaniak i człowiek z ludu. W dużym stopniu właśnie dzięki cwaniactwu przeżył 5 lat w trzech obozach - Dachau, Mauthausen i Gusen.

 

Heroiczny patriotyzm

Ostatnio mialem w internecie dyskusje o moim postrzeganiu Polaków żyjących zagranicą i tak mi się zebrało na przemyślenia. Co ze mną nie w porządku? Czy ja jestem „prawdziwym Polakiem”? A może nie? I zrozumialem. Od dziecka niedobrze mi się robiło na tandetny wg mnie sentymentalizm, heroiczny patriotyzm, samobójcze i nielogiczne rzucanie się pod kule wroga. Nie biorą mnie takie postawy. Imponuje mi natomiast na przykład akcja ‚Wózek’, gdzie polski wywiad kopiował sobie niemieckie dokumenty wykradając je z jadącego pociągu i zaraz potem je zwracał bez żadnych śladów ingerencji. Frajerstwem natomiast jest dla mnie głupia decyzja Bora-Komorowskiego o Powstaniu Warszawskim, bo przecież ludzie musieli odreagować. Armia Krajowa to było wojsko a nie zbieranina cywili. Wojsko działa na rozkaz.

 

A wracając do Grzesiuka. Zrozumialem, że właśnie szanuje ludzi takich jak on. Nie łzawych bohaterów, ale spryciarzy i nie mylić z byciem oszustem i mendą. Jego książka jest bardzo dobra, bo napisana lekkim, ale nie prostackim językiem. Bez upiększeń pokazane jest tam wszystko - od załatwiania potrzeb fizjologicznych po mordowanie ludzi, również w tak perfidny sposób jak topienie w wiadrze.

 

Łatwo nie było

Do Austrii pojechałem przede wszystkim z racji mojego zboczenia historycznego i nie byłby to wyjazd udany gdybym nie dotarł do jedynego dużego obozu koncentracyjnego na terenie ówczesnej Marchii Wschodniej (Ostmarku). Tak był oficjalnie nazywany ten kraj po wcieleniu do III Rzeszy.

 

130 km od Wiednia, miejsce znane na całym świecie i wcale nie łatwo było tam dotrzeć. A byłem gotowy na wiele. Nawet przepłacić za wycieczkę fakultatywną. Człowiek się nie umęczy a i tak tego bym nie odpuścił. Niestety, przynajmniej w 2014 roku nic nie słyszałem o takiej opcji.

 

Historia

Obóz Mauthausen powstał w 1938 roku zaraz po włączeniu Austrii do Niemiec. Wiadomo, władza musi się umocnić, więc trzeba wyłapać komunistów, Żydów i wszelkich niepasujących. Po wrześniu 1939 roku kacet ten specjalizował się w polskiej inteligencji, gdzie zginęło jej najwięcej zaraz po Katyniu. Ciekawa jest kwestia tej koncentracji jednej grupy w jednym miejscu. W innym obozie Dachau na przykład najwięcej było duchownych. Powodem lokalizacji właśnie tutaj był pobliski kamieniołom firmy ‚Wiener Graben’. Póżniej powstały podobozy, w tym najsłynniejszy Gusen, o którym więcej póżniej.

 

Komendantów było tu dwóch. Pierwszy to Albert Sauer, który zarządzał wieloma obozami. Często był przenoszony. Z racji niekompetencji zarządzał Mauthausen tylko jeden rok. Po nim nastał Franz Ziereis, bardzo dobry organizator i jednocześnie sadysta. Postrzelony w maju 1945 roku przez Amerykanów zdążył jeszcze na łożu śmierci złożyć długie zeznania. Po wyzwoleniu obozu gdy nadszedł czas samosądów nagie zwłoki byłego komendanta powieszono na drutach. Działo tu się wiele tego typu akcji. Innego z oprawców dosłownie rozerwano żywcem na kawałki. Mając wiedzę co póżniej wyrabiały sądy niemieckie a o austriackich to w ogóle szkoda gadać bardzo dobrze się stało, że nie czekano z wyrównaniem krzywd. Dopiero w latach 60-tych XX wieku powstało tu muzeum. Do 1955 roku gospodarzyli tu Sowieci, a potem Austriacy próbowali temat przemilczeć.

 

Z innych zbrodniarzy działających na terenie tego obozu całkiem niedawno dowiedziałem się o tutejszym odpowiedniku doktora Mengele. Nazywał się Aribert Heim. Ten zapalony hokeista, a przede wszystkim lekarz-morderca z SS był tu jedynie 2 miesiące i mimo tak krótkiego czasu został bardzo dobrze zapamiętany przez więźniów, którzy nazwali go Doktor Śmierć. Ten psychopata w białym kitlu wykonywał tu różne eksperymenty pseudomedyczne jak testy trucizn czy operacje bez narkozy.

Heim po wojnie ukrywał się w wielu krajach. Ostatecznie dotarł do Egiptu, przeszedł na Islam i w 1992 roku wykitował w jakiejś norze na raka.

 

Pociągiem nie tak do końca

6-ta rano pobudka, śniadanie i na pociąg do wiedeńskiego dworca zachodniego (Westbahnhof). Akurat jest 15 lipiec 2014 - rocznica bitwy pod Grunwaldem. Niestety nie udało mi się dojechać do samego Mauthausen. Pociąg dowiózł mnie jedynie do małego miasteczka Sankt Valentin. Dalej się nie da, bo remontują tory. Stąd niby jeździ tak zwany autobus za pociąg. No i co z tego jeśli co 2 godziny. Zanim się nim zabiorę to mi muzeum obozowe zamkną. Cały dzień zmarnuje. Poza tym jak to się dowiedziałem u pani w kasie, w Sankt Valentin nie ma żadnych atrakcji do zobaczenia. Nienawidzę bezruchu, człowiek się czuje jakby mial jajo znieść gdy jest unieruchomiony przez brak transportu.

 

13 km na piechotę

Tak więc podejmuje szybką decyzje i postanawiam dotrzeć tam na piechotę. To zaledwie 13 km, można się przejść. Pytam się jedynie taksiarza pod dworcem, w którym kierunku iść, bo jak mam się zmęczyć to wolałbym żeby to miało jakiś sens. Taksówki nie wezmę. Szkoda pieniędzy, poza tym godzina młoda. Dam radę.

 

I co dalej? Ano idę w upale przez dość sterylne wsie. Podobne klimaty jak w Hartheim, czyli wszystko uporządkowane. Żadnego miejsca na improwizacje. Mijam co ciekawe bar erotyczny nazwany jak zegar w Londynie. No kto by pomyślał, że na wsi taka kultura. Nudę spaceru umilam sobie słuchając między innymi ‚Oświęcim Majdanek’ T. Love czy genialne ‚Riese’ artysty o pseudonimie Skon.

 

Idę przez okoliczne wsie między innymi przez Rems. W końcu docieram do tamy na rzece i przechodząc przez piękny, zielony most drogowo-kolejowy docieram do samego miasteczka Mauthausen. Położone jest ono bardzo ładnie nad Dunajem, a w jego centrum znajdują się przepięknie ozdobione kamieniczki. Położenie nad rzeką oczywiście dodaje atrakcyjności miejscu, ale nie ma róży bez kolców. Jak się dobrze przyjrzałem budynkom to dostrzegłem informacje o powodziach i poziomach wody, która potrafiła sięgać nawet do pierwszego piętra.

 

Z racji tego, że się trochę odwodniłem i przegrzałem zafundowałem sobie bardzo dobre lokalne lody. Tak samo dobre jak te w centrum Wiednia. Cena 4.50 Euro. Nie zamulam tu zbyt długo i idę dalej do samego dawnego obozu. Droga robi się trudniejsza, bo coraz bardziej pod górę i kręto. I trzeba przyznać, że niespecjalnie przydała mi się mapka Google z internetu. Co zakręt i rozstaj dróg, nie jestem pewien jak dalej iść. Na szczęście są strzałki z nazwą. W kolorze brązowym. Ten kolor znaku oznacza muzeum lub jakiś inny obiekt historyczny.

 

U celu

Oczom moim ukazuje się w końcu ponury granitowy moloch. Zwiedziłem już wcześniej kilka obozów koncentracyjnych, ale czegoś takiego jeszcze nie widziałem. Miejsce to wygląda bardziej jak jakaś twierdza zamkowa. Kilkumetrowe mury, a także charakterystyczne balkoniki. To wszystko zbudowane przez więźniów w jednym z najtwardszych kamieni na świecie. Nie dziwne, że ludzie padali tu jak muchy a średnia przeżycia w tym obozie to 4 miesiące.

 

Przed samym obozem można znaleźć wiele pomników czy tablic pamiątkowych dedykowanym ofiarom. Ale ja chcę wejść do środka. Tu natykam się na rzecz niezwykłą. Wszystkie dawne obozy mają wstęp bezpłatny a tu życzą sobie 2 Euro. Coś wyczytałem, że od września mają znieść tą opłatę ale właśnie jest lipiec i nie przyśpieszę czasu. Jakim prawem mam płacić? Reparacji nie oddali, gnębili tu takich ludzi jak Grzesiuk, że nie wspomnę o pomordowanych a ja mam im biznes utrzymywać. Wszedłem od tyłu.

 

Wystawa okropności

Zwiedzam tak zwany obóz pierwszy. We wnętrzach baraków wystawiono tylko kilka piętrowych prycz. Poza tym jest swobodna przestrzeń. Co więcej? Standard - latryny, charakterystyczne umywalnie, szafki na rzeczy, stoły jadalne. No i wystawa zdjęć. Niektóre makabryczne, Bardzo wielu więźniów nie wytrzymywało warunków i popełniało samobójstwa, głównie w latrynach. Mamy tu też coś w rodzaju ‚szczęśliwych dni’, czyli obrazki SS-manów opalających się na Słońcu, fotografii ‚rodzinnych’ kadry oficerskiej itd. Zwykli ludzie a nie jakieś bestie z wielkimi zębiskami i kłami. Potem moment wyzwolenia, czyli rewanż na katach, zrzucanie orłów nazistowskich.

 

Dalej natykam się na słynną książkę obrazkową, która była instruktażem szkoleniowym dla przyszłego personelu. W bardzo prosty sposób wyjaśnia ona, jak właściwie konwojować, rozładowywać więźniów, a nawet rozwiązywać problemy ucieczek. Wszystko wytłumaczone w tak prosty sposób, że nawet ktoś, kto ledwo umie pisać i czytać zrozumie bez problemu.

 

Gdy jestem w krajach niemieckojęzycznych zawsze zwracała moją uwagę duża ilość nazwisk polsko-brzmiących pośród typowo niemieckich. Wiadomo, że polska historia szczyci się Drzymałą i walką z germanizacją, ale bardzo wielu Polaków przechodziło na stronę niemiecką. Wżeniali się w rodziny niemieckie i zostawali Niemcami, których już po dojściu nazistów do władzy przyjmowano nawet do SS. Jednym z nich obecnym na tablicy w tutejszym muzeum jest Karl Chmielewski, zwany ‚diabłem z Gusen’. Ze szczególnym upodobaniem maltretował i mordował Polaków. To on wymyślił tak zwane ‚śmiertelne kąpiele’. Poza tym był pospolitym złodziejem, którego nawet sąd SS skazał na więzienie. Po wojnie dość długo unikał kary. W końcu sąd w RFN wymierzył mu dożywocie, którego jednak nie odsiedział do śmierci. Został wypuszczony w 1979 roku ze względu na stan zdrowia, dokładniej problemy psychiczne. Potem taki chory dożył aż do 1991.

 

Żeby nie było wyłącznie o zbrodniarzach to dowiedziałem się tu też o historii byłego więźnia obozu Stanisława Kudlińskiego. Nie mogąc doczekać się po wyzwoleniu na zorganizowany transport do Polski wziął od zakonnic w Linzu rower i wrócił nim do ojczyzny.

 

Dalej idę sobie obejrzeć więzienie wewnątrz więzienia, areszt obozowy, tak zwany bunkier. Tu działało Gestapo, czyli Oddział Polityczny. Takie placówki istniały w całym systemie obozów. Torturowano tu więźniów żeby wydobyć z nich zeznania a potem zabijano na różne sposoby. Niedaleko dla wygody oprawców mieściło się krematorium, sala sekcyjna i kostnica. W obrębie bunkra jest też szubienica, nad którą jest świetlik dachowy. Ładny ostatni widok z życiu. Następnie wchodzę do izby pamięci. Bardzo wiele tu flag i tablic pamiątkowych, w tym po polsku. Co ciekawe w Mauthausen ginęli nawet Chińczycy i tureccy Żydzi.

 

Z obozu właściwego wychodzę na pięknie zazieleniony dawny kamieniołom. Od bramy jest tak z kilkaset metrów do doskonale zachowanych schodów śmierci, z których zrzucano więźniów. Nawet teraz gdy schodziłem nimi musiałem bardzo uważać, a co dopiero gdy trzeba było po nich poruszać się biegiem. Obok jest tak zwany ‚mur spadochroniarzy’. Ludzi też zrzucano w przepaść ze skały.

 

Kończę zwiedzanie idąc jeszcze w pobliże oficjalnego wejścia do obiektu. Znalazłem tam tylko jakąś mało ciekawą wystawkę. Wtem gdy już bylem przy samym wejściu mało mnie kustoszka nie złapała. Udałem, że…nie wchodzę do muzeum. Co za dziwny turysta musiała pomyśleć. Taki kawał tu przyszedł albo przyjechał, naokoło nie ma absolutnie nic innego i nagle mu się odmieniło i odpuścił. No ale obóz cały zwiedziłem, obfotografowałem. Jestem zadowolony. Wracam do miasta piechotą.

 

Bajkowe krajobrazy

Po drodze próbowałem złapać jakąś okazję, stopa, ale ci pobożni katolicy nie zatrzymają się ot tak. Pierwsze ofiary nazizmu. A nie przepraszam. Drugie. Pierwsi to byli przecież Niemcy. Naokoło bajkowe widoczki, piękne domy, krajobrazy takie już podchodzące pod górskie. Nawet na przystankach autobusowych wymalowano jakieś cudaczne obrazki. Chyba trochę pomyliłem drogę. Idę jakąś nieznaną mi drogą bez pobocza nad rzeką Riederbach. No ale dzięki temu już wiem, w którą stronę do Gusen. Parę kilometrów ode mnie jest ten drugi obóz. Ale już wieczór się zbliża. Muszę jakoś wrócić do Wiednia. Miałbym samochód to bym w pół dnia oba obiekty objechał.

 

Na szczęście droga powrotna jest krótsza od tej w poprzednią stronę. Nie tylko, że człowiek już ją zna, ale naprawdę nie muszę już wracać pieszo aż do Sankt Valentin. Na dworcu kolejowym Mauthausen udało mi się złapać autobus zastępczy. Jadąc nim udaje mi się jeszcze dostrzec z okna memoriał Gusen i zrobić dwa zdjęcia.

 

Zapomniany obóz

Obóz Gusen a właściwie trzy obozy o tej samej nazwie a tylko innej numeracji był o wiele większym kompleksem niż odwiedzony Mauthausen. Mieścił się tu olbrzymi kompleks przemysłowy. Po wojnie eksploatowali go jeszcze Sowieci. Gdy w 1955 roku wycofywali się to tradycyjnie wywozili całe fabryki do ZSRR.

 

Do dzisiejszych czasów niewiele już pozostało po tamtych czasach. Wiekszą część terenu przerobiono na osiedla mieszkaniowe. Nie oszczędzono nawet bramy wjazdowej. W latach 60-tych XX wieku wzniesiono w miejscu krematorium jedynie niewielki pomnik-memoriał. Dopiero w 2004 roku po długich zmaganiach powstało tu skromne centrum dla zwiedzających.

 

Podsumowanie

Co mógłbym doradzić ludziom, którzy jadą turystycznie do jakiegokolwiek kraju? Żeby nie odwiedzali jedynie ładnych miejsc a zaciekawili się też tymi mniej miłymi. Mauthausen - Gusen nawet na ludziach mało wrażliwych robi mocne wrażenie i jest dowodem do czego pazerność, fanatyzm i zakłamanie może doprowadzić gdy tylko będą ku temu sprzyjające warunki. Dopóki będziemy pamiętać o tym to jest jakiś cień szansy, że to się nie powtórzy. Przynajmniej nie na taką skalę jak to miało miejsce tutaj.

Średnia ocena: 4.8  Głosów: 5

Zaloguj się, aby ocenić

Komentarze (6)

  • Narrator 3 tygodnie temu
    Ciekawy opis koszmarnej prawdy historycznej, wzbogacony osobistymi refleksjami. Za sam patriotyzm należy się piątak.

    Gdyby za wejście do muzeum obozu w Mauthausen-Gusen zażądano dwa euro, odpowiedziałbym, że jestem spadkobiercą tysięcy morderczą pracą zamęczonych na śmierć Polaków i to mnie należy prosić, o wybaczenie. Ale domyślam się większość Austriaków woli omijać niewygodną przeszłość.

    W swojej książce (o której wspomniałeś) Grzesiuk napisał: „Żeby przeżyć, nie wolno się było bać śmierci” i dla mnie są to bardzo wymowne słowa, symbolizujące olbrzymią odwagę oraz wolę życia tego człowieka. Ja również polecam tę książkę, oraz dwie pozostałe z jego trylogii. Moim marzeniem jest przetłumaczyć „Pięć lat kacetu” („kacet” to eufemizm dla obozu koncentracyjnego) na język angielski, żeby przybliżyć tragiczny los polskich więźniów szerokim rzeszom czytelników na świecie. Jeśli ktoś trafił na angielską wersję tej książki, proszę dać znać.

    Na koniec proponowałbym poprawę liczebników w tekście, np. 6ta -> Szósta.
  • Trzy Cztery 3 tygodnie temu
    Przeczytałam z zainteresowaniem. Ojciec i dziadek mojego męża byli więźniami obozu koncentracyjnego w Sztutowie (Stutthof). Mój teść, po wyjściu z obozu ważył 36 kg. Przez całe życie bardzo szanował chleb, i jadł go też do każdego z posiłków. Nawet do placków ziemniaczanych kroił sobie kromeczkę.

    Twoja relacja przypomina zapisy z notesu. Budzi to nawet sympatię do tych zapisów, raczej luzackich technicznie. Ale - dopiero w miarę czytania.
  • Piotrek P. 1988 3 tygodnie temu
    Historia jest jedną, niekończącą się bitwą, której intensywność w różnych miejscach i czasach maleje lub wzrasta. Taka widocznie jest natura tego świata. Podobno da się jakoś odmienić ten cały zły urok, tylko trzeba dowiedzieć się jak. Wtedy podobno upadłyby wszystkie dyktatury, konflikty i prześladowania, które mają miejsce na świecie, oraz znowu zapanowałby pokój, dobrobyt, mądrość, świadomość i sprawiedliwość, czyli cudowny oraz wspaniały świat, niczym ze snów i marzeń zapewne wielu ludzi.

    Straszna historia. Tego typu rzeczy się od czasu do czasu w różnych miejscach świata zdarzają. Polecam wszystkim, ku przestrodze. Historia niejednokrotnie się rymowała i dalej się rymuje. Jak nie w jednych krajach, to w innych, a także na inną skalę. Nie możemy dopuścić do powrotu takich potworności nigdy więcej. 5, pozdrawiam :-)
  • Marian 3 tygodnie temu
    Ciekawy tekst. Mało wiemy o takich miejscach, a powinniśmy o nich pamiętać.
    Niestety, nie ustrzegłeś się licznych błędów interpunkcyjnych. Popracuj nad tym.
  • Trzy Cztery 3 tygodnie temu
    MarkD, każdy z komentujących wspomniał o jakimś drobnym niedociągnięciu, a to zapis liczebnika, a to przecinki, a ja pojechałam chyba najbardziej, że technicznie zbyt "luzacko". Ale tak nie jest! To dobry styl, taka notatka z trasy, taki luz, a przecież są to konkrety (jakże ważnej, i nie dla wszystkich znane), skrótowość, a nawet coś w rodzaju ew. nawigacji. I dobry, krótki komentarz.

    Mnie na początku zatrzymało tylko to zdanie, które mógłbyś poprawić: "BYLI więźniowie mówili, że BYLI (...)". Później po prostu szłam razem z tobą, i z tekstem.

    Musiałam to dopisać, bo wcześniej wyszło nie tak, jak chciałam.
  • MarkD 3 tygodnie temu
    Jeśli są drobne niedociągnięcia co do ogonków, przecinków, liczebników, to nie ma co dyskutować z gramatyką. Trzeba poprawić. A co do luźnego stylu, taki był mój zamiar. Nie miała być to jakaś nadęta monografia, a bardziej przystępna zachęta co by czytelnik po przeczytaniu mojego artykułu był głodny tematu i sam szukał informacji w innych źródłach.

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania