Uwaga, utwór może zawierać treści przeznaczone tylko dla osób pełnoletnich!

Grobowiec Królów

Veara dotknęła palcami jego twarzy, wpatrując się w czarne jak noc oczy – niespotykane u ludzi, lecz tak typowe dla mrocznych elfów. Królowie Avalonu musieli mieć wśród swych przodków kogoś z jej rasy. Teraz widziała w jego spojrzeniu ten sam smutek i strach, które i ją przepełniały. O których chciała zapomnieć choć na chwilę.

Isaia oparł czoło o jej. Bez słów. Nie zostało już nic więcej do powiedzenia. W nadchodzącej bitwie nie mieli szans na zwycięstwo. I choć byli najeźdźcami w tej krainie, nie mieli dokąd wrócić. Ich świat przestał istnieć, a ten, który napotkali, zawzięcie bronił swej ziemi przed obcymi. Pozostał im jedynie wybór, czy zginąć z mieczem w ręku, czy bez.

Dziewczyna poczuła chłód na wspomnienie bogini chroniącej ten świat – zmaterializowanego wierzenia zamieszkującego go ludu. Była tak potężna. Jak mieli z nią walczyć, skoro nie mogli się nawet zbliżyć?

Została im już tylko ta jedna noc. Veara bała się świtu. Bała się o siebie, ale jeszcze bardziej bała się o niego. Wodziła palcami po skórze Isaii, starając się zapamiętać każdy szczegół jego twarzy, zachować w sercu, wyryć go w duszy. Nigdy nie sądziła, że będzie w stanie zakochać się w człowieku.

„Na krawędzi zagłady wszystkie podziały przestają mieć znaczenie” – pomyślała, przywierając ustami do jego warg.

***

 

Książeczka biegł, przeciskając się pomiędzy przechodniami i sapiąc głośno. Nie był stworzony do biegania. Do tego gwarnego miasta i krętych uliczek też nie. Jego królestwo stanowiła zakonna biblioteka i jej stare, zakurzone księgi. Jedyne, czego zawsze pragnął, to cisza i dotyk pożółkłych stronic.

Przynajmniej tak wydawało mu się do niedawna. Do momentu, kiedy odkrył starą mapę i poczuł zew przygody. Buzująca w żyłach krew nie pozwalała mu więcej skupiać się na księgach, więc pędził teraz na pulchnych nogach, przyciskając do piersi schowany pod kubrakiem manuskrypt.

Miał nieprzeparte wrażenie, że śledzą go oczy wszystkich mijanych przechodniów. Że każdy z nich był świadom przestępstwa, którego się dopuścił. Gdyby mógł, przyspieszyłby jeszcze bardziej, ale uliczka zaczęła piąć się ostro pod górę. W efekcie musiał zwolnić.

Mieczyk i ten jego zezowaty złodziej pewnie już na mnie czekają – pomyślał, zmuszając obolałe mięśnie do wysiłku. Dotarłszy wreszcie do obskurnej karczmy „Pod Wesołym Szkieletem”, musiał oprzeć dłoń na murze, żeby chwilę odsapnąć. Gdy w końcu przeszedł przez próg, uderzył go kwaśny smród niemytych ciał, kiepskiego tytoniu i podobnego do szczyn piwa. Odruchowo machnął ręką, próbując pozbyć się sprzed oczu fajkowego dymu.

– Czego tak w przejściu stoi i łapą macha? – Dobiegł go nieprzyjemny głos. Stojące za szynkwasem babsko pracowało w tym miejscu, odkąd tylko chłopak sięgał pamięcią. Czasem zastanawiał się, czy szkielet z szyldu tawerny nie jest jednym z tych, które upiorna kobieta poupychała we własnej szafie.

Skulił się i ruszył w głąb w przepełnionej dymem sali. Miał wrażenie, że palą go ukryte przy skórze karty. Rozejrzał się nerwowo, dostrzegając w końcu zawalistą sylwetkę przyjaciela, siedzącego samotnie przy stoliku pod ścianą. Ruszył w jego stronę i z ulgą osunął się na krzesło. Nogi miał jak z waty. Pewnie będą go jutro bolały po tym nietypowym dla niego wysiłku.

– Cześć, Książeczka, masz to? – zapytał Mieczyk z przejęciem.

Chłopak pokiwał głową i zmarszczył brwi.

– Nie uważasz, że powinniśmy już zmienić te głupie przezwiska? Jesteśmy już dorosłymi ludźmi sukcesu, szanowanymi obywatelami – zauważył.

– Nie wiem, czy akolitę z zakonu czczącego Martwą Boginię można nazwać człowiekiem sukcesu. W końcu kto normalny wyznaje boga, który dał się zabić? Zaciągają tam każdą fujarę, która nie ma lepszego pomysłu na życie – szydził Mieczyk.

Książeczka wydął wargi i spuścił wzrok. Poczuł się dotknięty uwagami przyjaciela. Był szczęśliwy wśród zakonników, którzy szybko się na nim poznali i pozwolili pracować w Wielkiej Bibliotece. Niczego więcej nie pragnął od życia.

– Jesteś niesprawiedliwy – burknął w odpowiedzi. – Ja ci nie wypominam, że zostałeś giermkiem rycerza z obsranym gołębiem w herbie.

– To sokół – poprawił go szybko Mieczyk. W jego głosie nie było jednak słychać głębszego przekonania.

– Do tego nie ma grosza przy duszy, a jego jedyny koń, to jakaś stara, wychudzona szkapa – wymieniał bezlitośnie akolita zakonu Martwej Bogini.

– Ale jest prawdziwie pasowany! – Barczysty chłopak wypiął dumnie pierś, a na jego policzki zaczął napływać rumieniec gniewu. – Nie waż się znieważać…

Zamilkł na widok przybrudzonego kufla z piwem, postawionego gwałtownie przed jego nosem.

– Nie zamawiałem – bąknął.

– Jak nie pije, to wynocha – wydarła się karczmarka.

Mieczyk skurczył się momentalnie i schował głowę w ramionach.

Pewnie nie ma czym zapłacić – prychnął w duchu Książeczka. Rycerz pasowany od siedmiu boleści.

– Nie zamawialiśmy, ale chętnie wypijemy – wtrącił się pośpiesznie.

– No! Tylko rozliczcie mi się tu zaraz, bo ja takich gagatków jak wy to aż za dobrze znam. Co to chleją bez umiaru, a potem cichaczem wymknąć się próbują – zrzędziła, wyciągając wielką jak bochen łapę po pieniądze.

Akolita wyłuskał pospiesznie z kieszeni kilka miedziaków i podał kobiecie. Baba prychnęła jeszcze ostrzegawczo i odwróciła się na pięcie.

Ludzie sukcesu nie powinni spotykać się w takim miejscu – pomyślał Książeczka. Mimo wszystko miał sentyment do tej karczmy. Znajdowała się niedaleko sierocińca, w którym obaj się wychowywali i to tutaj po raz pierwszy skosztowali piwa.

– Wracając do tego, o czym mówiłeś wcześniej – zaczął – myślę, że czas, abyśmy zaczęli używać naszych imion albo znaleźli sobie jakieś lepsze przezwiska.

– Zostaliśmy właśnie poszukiwaczami skarbów! Jako tacy musimy mieć ksywki. Ale co do zmiany to masz rację, możemy o tym pomyśleć. Ja mógłbym nazywać się na przykład Czarnym Sokołem albo Niezłomnym…

Mieczyk zamyślił się głęboko, mamrocząc do siebie pod nosem. Co jakiś czas proponował nowe nazwy – co jedną to głupszą.

– Twardy Miecz, Czarny Rycerz… albo Zakuty Rycerz… O mam: Zakuty Twardy…

Książeczka patrzył na niego z niedowierzaniem i rosnącym przestrachem.

– Wiesz co… chyba jednak lepiej będzie, jak zostaniemy przy tym, co jest – stwierdził z przekonaniem. Nagle podskoczył, czując na ramieniu czyjąś dłoń. Obejrzał się płochliwe i rozluźnił, widząc szczurzą twarz Oczka.

– Udało się? – zapytał dyskretnie złodziej, wbijając jedno oko w akolitę, a drugie w giermka.

– Tak – odszepnął Książeczka i rozejrzał się wokół. Kiedy upewnił się, że nikt nie zwraca na nich uwagi, wyciągnął spod kubraka stare, pożółkłe kartki i podał kamratowi.

Złodziej usiadł szybko i zaczął przeglądać zapiski, jedną gałkę oczną mając utkwioną w mapie, a drugą śledząc ludzi na sali. Akolita obserwował go z podziwem.

On naprawdę ma wszystko na oku – westchnął z lekką zazdrością. Ciekawie, czy potrafiłby czytać dwie książki naraz?

– Jesteś pewien, że to prawdziwa mapa do zaginionego Grobowca Królów? – zapytał złodziej, patrząc na boki.

– Tak – odparł Książeczka, gapiąc się na jego nos. Złodziej zawsze go onieśmielał. Przy tym jego rozbieżnym zezie nigdy nie był pewny, w które oko powinien patrzeć. – Jest zapisany w pradawnym języku mrocznych elfów. Spędziłem wiele czasu, żeby go rozszyfrować.

– Musisz mi tylko wyjaśnić, jak manuskrypt może być zagubiony, skoro znalazł się w bibliotece? – zapytał Oczko, przybierając profesjonalną minę i wyraźnie akcentując każde słowo. Pochylił się przy tym, przysuwając twarz do coraz bardziej zdenerwowanego akolity. Wciąż spoglądał na boki.

– Leżał w innym dziale – wyjaśnił pospiesznie Książeczka.

Brwi Oczka powędrowały w górę.

– Noo, był w bibliotece, ale ktoś wetknął go w jakąś inną księgę i pewnikiem o niej zapomniał. – Zmieszany akolita czuł, że od wpatrywania się w nos rozmówcy sam zaczyna mieć zeza, tyle że zbieżnego. – W dziale z bestiariuszami – dodał.

Kiedy skończył mówić, doznał chwilowego przebłysku intuicji. Naszła go niespodziewana myśl, że być może ta mapa wcale nie znalazła się tam przypadkowo. Szybko jednak puścił ją w niepamięć.

– Jeśli macie rację, możemy się nieźle obłowić. Ryzyko jest niewielkie, lokalizacja nieopodal... Co mi tam, wchodzę w to – oznajmił Oczko, odsuwając się. Uniósł kufel piwa, zasłaniając wykrzywiające się w cwaniackim uśmieszku usta.

Książeczka wymienił szybkie, pełne satysfakcji spojrzenia z Mieczykiem. Na ich twarzach pojawił się wyraz ulgi i ekscytacji.

– To kiedy wyruszamy? – wykrzyknął rozradowany Mieczyk.

***

 

Zastępy wrogów zdawały się rozciągać aż po horyzont. Veara poczuła bolesny ucisk w sercu. Smutek i żal chłostały duszę. Ilu dziś zginie? Czy w ogóle ktokolwiek z nich przeżyje?

Zerknęła w stronę ludzkiej armii. Z daleka widziała Isaię. Nie powinien się tak odznaczać. Zdawała sobie jednak sprawę, że widok króla na czele oddziałów podnosi jego żołnierzy na duchu. Króla... Isaia nigdy nie miał nim zostać, ale wszyscy z jego rodu zginęli, podobnie, jak większość ludzi, którzy wyruszyli przez bramę. Nie miał wyboru. Nikt z nich go nie miał.

„Jesteśmy dziećmi umierającego świata”.

Veara obserwowała go, jak galopował wzdłuż linii wojsk, przemawiał do nich, dodawał odwagi. Przed nimi musiał być silny, przed nią nie. Wiedziała, że był przerażony. Że rozdziera go rozpacz. Tak, jak i ją.

Uniósł miecz. Słońce odbiło się w przeklętym ostrzu. Takim samym, jakie posiadał kuzyn dziewczyny, jakie niósł przy sobie król krasnoludów i władca jasnych elfów. Jedyna broń mogąca uśmiercić boga. Po jednej dla każdej z ras Avalonu. Jak jednak zadać cios, skoro nie można się nawet zbliżyć do wroga? Musieli próbować i ginąć, próbując. Nic innego im nie pozostało.

Veara rozejrzała się po twarzach otaczających ją towarzyszy, żegnając się z nimi. Nie wszyscy przeżyją ten dzień. Możliwe, że nikomu z nich nie uda się tego dokonać.

Rozległy się dźwięki rogów. Zjednoczone armie ruszyły na wroga. Wpierw powoli, stopniowo nabierając prędkości. Zgrzyt stali, tętent kopyt, wojenne okrzyki ludzi, pieśń bijąca z gardeł krasnoludów. Elfie wojska przemieszczały się w ciszy.

***

 

Książeczka tuptał za towarzyszami, zostając coraz bardziej w tyle. Pot ściekał mu do oczu, a przyspieszony oddech palił w płucach. Ciężar bagażu gniótł ramiona. Słońce paliło niemiłosiernie.

– Zwolnijcie trochę – wyrzęził.

– Książeczka, weź ty się zlituj. Przecież dopiero co przekroczyliśmy mury miejskie. Przed nami cały dzień marszu, a ty już niedomagasz. – Załamał ręce Mieczyk.

Łatwo było mu mówić. Sam, odkąd odrósł od ziemi, trenował, machając patykami imitującymi broń. Zawsze wszędzie go było pełno. Akolita wolał za to zaszyć się gdzieś z książką, niż niepotrzebnie nadwyrężać.

Może ta wyprawa była jednak błędem – jęknął w duchu. Po co mi te wszystkie skarby, skoro mam pod opieką całą bibliotekę?

– No nie mogę. Za szybko idziecie – wystękał.

Jak na złość w tym samym momencie wyprzedziła go zgięta wpół starowinka z wiązką chrustu na plecach.

Mieczyk nie skomentował. Uniósł tylko brew z szyderczym uśmieszkiem.

Oczko za to, lustrując bacznie skraj drogi, skupił się na rozwiązaniach.

– Co żeś zapakował do tej swojej konopianki? – zapytał.

Akolita z zazdrością zerknął na skórzane plecaki towarzyszy i zrzucił wiklinowy kosz na ziemię.

– Same najpotrzebniejsze rzeczy – wyjaśnił.

Złodziej spojrzał na niego z powątpiewaniem i zerknął do środka.

– Księgi? – syknął, wyciągając grube tomiszcza.

– Anooo… bo gdybym miał problem z tłumaczeniem elfickiego, to tutaj są ciekawe przekłady…

– W trzech księgach?

– No druga, żeby się trochę pouczyć, jak znajdę czas…

– A ta trzecia, z obrazkami. To też do nauki? – zakpił Oczko.

Książeczka nic nie odpowiedział, za to oblał się krwistym rumieńcem.

Kiedy znów ruszyli w drogę, oddychał już normalnie. Dwaj towarzysze spędzili ładną chwilę na analizowaniu dokładnie wykonanych rycin. Pomimo że ich zachowanie było iście żenujące, Książeczka nie narzekał. Zdążył w tym czasie odpocząć. Na szczęście Mieczyk z Oczkiem zaoferowali pomoc i wrzucili do swoich plecaków po jednej z ksiąg. Akolita wolałby co prawda pozostać w posiadaniu tej z obrazkami, którą wziął Oczko, ale wolał to przemilczeć. Konopianka stała się zdecydowanie lżejsza.

 

***

 

Krew, brzęk stali i jęki konających. Bitwa zamieniła się w zupełny chaos. Ziemia pokrywała się trupami. Veara z trudem nadążała z parowaniem ciosów. Pot i łzy zalewały jej oczy. Znów potknęła się na zwłokach martwego towarzysza. Opadając na kolano, zasłoniła się mieczem. Zacisnęła zęby, czując siłę uderzenia. Gdy przeciwnik składał się do kolejnego ciosu, błyskawicznie zaatakowała. W rozpłatanym brzuchu dostrzegła wnętrzności. Wstała. Gdzieś z przodu zamajaczył jej Isaia. Wciąż żył, wciąż walczył. Jak długo jeszcze?

Kolejny cios, kolejny przeciwnik. Zasłona, atak. Potworny zgrzyt wyginanej zbroi. Ktoś z jej bliskich znów zwalił się z jękiem na ziemię. Zamrugała, pozbywając się łez.

Triumfalne wycie wyrwało się z gardeł wrogów. Ostatnia nadzieja prysła. Bogini przybyła, wezwana modlitwą swych kapłanów. Złota zbroja błyszczała w słońcu, długa włócznia siała śmierć. Wystarczył jeden zamach, żeby zetrzeć pierwszą linię natarcia.

Veara czuła wzbierającą w duszy rozpacz. Rozpacz zmieniła się w przerażenie, gdy konnica Isai ruszyła z odsieczą walczącym krasnoludom. Jego jasna zbroja i biały ogier były doskonale widoczne na tle okutych w czerń żołnierzy.

Dziewczyna zacisnęła szczęki, zagryzła wnętrze policzka. Ból pozwolił się skupić. W ostatniej chwili odbiła topór wymierzony w jej hełm. Z krzykiem zaatakowała. Krew wroga obryzgała twarz. Na jego miejscu było już kilku kolejnych. Zastawa, cięcie, stal zderzająca się ze stalą. Zmęczone mięśnie drżały, płuca paliły.

Veara wykonała szybki unik, poprowadziła poziome cięcie. Ostrze wbiło się w kark napastnika. Dziewczyna pozwoliła sobie na szybkie spojrzenie w stronę Isai. W tej samej chwili bogini zadała cios. Biały rumak odleciał w tył wraz z jeźdźcem i całą grupą atakujących. Za nimi opadła na ziemię czerwona wstęga krwi.

Wrzask rozpaczy wyrwał się z gardła dziewczyny. Serce, rozrywane cierpieniem, przeszył potworny ból. Czerwona mgła przesłoniła oczy. Veara uniosła się w strzemionach i zaczęła siec mieczem we wściekłym szale. Nic już nie miało dla niej znaczenia. Nic jej już nie zostało. Nic nie powstrzymywało. Zniknął cały strach, została jedynie furia.

Dziewczyna spięła konia i ruszyła w stronę wojsk Isai.

„On musi wciąż żyć, musi!”

Ktoś krzyczał jej imię, lecz Veara nie słuchała. Szybkimi ruchami miecza rąbała sobie drogę. Nie miała szansy się przebić, ale nie zwracała na to uwagi. Jej świat skurczył się do napierających wrogów i nieruchomej, jasnej plamy pośrodku morza krwi i czerni.

Nagle widok Isai został jej przysłonięty. Przed dziewczyną wyrósł ogromny wojownik. Zielona skóra napinała się na umięśnionym ciele, z paszczy wystawały długie kły, a z oczu wyzierała wściekłość. Veara zablokowała opadający topór, ale siła ciosu wysadziła ją z siodła. Zderzenie z ziemią wycisnęło powietrze z płuc, w głowie zawirowało. Próbowała się podnieść, wiedząc, że nie zdąży. Wiedząc, że to koniec.

Koniec jednak nie nadchodził. Wielki wojownik zwalił się na ziemię, z pierzastą strzałą tkwiącą w oku. Część oddziału musiała podążyć za nią. Dziewczyna zgrzytnęła zębami. W swej rozpaczy i szaleństwie naraziła ich na śmierć. Zerwała się na nogi i – nie zważając na ból poobijanego i poranionego ciała – ruszyła do ataku.

W końcu, z pomocą towarzyszy, udało jej się przebić. Uklękła koło Isai. Potężne cięcie rozpłatało brzuch konia oraz biodro i bok jego jeźdźca. Veara ściągnęła hełm ukochanego. Mężczyzna uchylił lekko powieki, obrzucił ją nieprzytomnym spojrzeniem. Oddychał płytko, z wyraźnym trudem, a na jego ustach pojawiała się krwawa piana.

Dziewczyna poczuła wzbierające łzy. Podświadomie zdawała sobie sprawę, że Isaia umiera, że nie pozostało mu zbyt dużo czasu. Nie potrafiła jednak odrzucić nadziei. Zaparła się z całej siły, wyciągając jego nogę spod martwego konia. Pochyliła się, żeby pomóc mu wstać, lecz w tym samym momencie obryzgały ją krople ciepłej krwi. Odwróciła się. Ze zgrozą dostrzegła obojętne spojrzenie bogini. Jej nieludzka twarz nie wyrażała żadnych uczuć. Była jak maska.

Veara zerwała się na nogi, dobywając broni, lecz momentalnie poleciała w tył. Potężny zamach świetlistej włóczni wyrzucił w powietrze ciała elfich wojowników – jej przyjaciół, członków rodziny, towarzyszy. Jeden z nich wpadł na nią, odrzucając z niewyobrażalną siłą.

Dziewczynę na moment zamroczyło. Kiedy znów odzyskała ostrość widzenia, uniosła się na przedramieniu, opierając na czyichś zakrwawionych zwłokach. Z przerażeniem dostrzegła kroczącą w jej stronę boginię.

Veara myślała, że już nie potrafi się bać. Że nie ma już nic do stracenia. Myliła się. W beznamiętnych oczach dostrzegła swoją śmierć, a strach zmroził jej duszę. Istota kroczyła, unosząc włócznię, a każdy krok rozgniatał zalegające na ziemi zwłoki. Szkarłatna posoka pokrywała złotą zbroję, płynęła po ziemi. Dziewczyna miała wrażenie, jakby czas stanął w miejscu, tak samo jak stanęło jej serce, niemogące pompować krwi. Nie była w stanie się poruszyć. Mogła tylko patrzeć rozszerzonymi ze strachu oczyma.

Blask słońca odbił się w opadającej włóczni, oślepił dziewczynę. Cichy jęk przerażenia zlał się niespodziewanie z potwornym wrzaskiem boskiej istoty. Czas znów ruszył z miejsca.

 

***

 

– Jeszcze parę dni wędrówki, a zrzuciłbyś ten brzuszek i pokochał życie w drodze – zawołał wesoło Mieczyk.

– Szczerze wątpię – wymamrotał Książeczka, w najmniejszym stopniu niepodzielający entuzjazmu przyjaciela. Musiał jednak przyznać, że widok był piękny. Słońce powoli chyliło się ku zachodowi, malując złotą barwą las, wstęgę drogi i ciągnące się po horyzont pola.

– Jesteś pewien, że to odpowiednie miejsce? – zapytał z powątpiewaniem Oczko, jednym okiem lustrując zarośnięty drzewami i krzakami pagórek, a drugim wpatrując się w akolitę.

– To jedyne wzgórze na południe od Silves. Z tych zapisków wynika, że miasto wybudowano na północ, dwa dni drogi od miejsca, gdzie rozegrała się bitwa. Króla pochowano ponoć pod wzgórzem, nieopodal miejsca, gdzie poległ – wyjaśnił akolita, przyglądając się poniszczonym fragmentom manuskryptu.

– Trochę dziwne, że nie pochowali go gdzieś przy zamku – Mieczyk podzielił się z pozostałymi jedną z rzadkich u niego refleksji.

– Może mieli takie zwyczaje? No wiesz, żeby był bliżej swoich poległych towarzyszy? – zastanawiał się Książeczka.

– Co to w ogóle była za bitwa? – zaciekawił się Oczko.

– Nie mam pojęcia, to było strasznie dawno temu. Może z tysiąc lat nawet. – Akolita uniósł manuskrypt, demonstrując nadpalone miejsca. – Niestety ta część zapisków została zniszczona.

– To chyba marne szanse, że zachowały się w tym Grobowcu jeszcze jakieś skarby – zmartwił się Mieczyk.

– Wcale nie. Ponoć chroniła go silna magia, a potem nastały wojny ras. Miasta przechodziły z rąk do rąk, księgi palono. Zapomniano o tym Grobowcu i o tym, gdzie się znajduje.

– A ta magia... – Mieczyk zaciął się na chwilę. Nie przepadał za magią ani za niczym, czego nie można było pokonać z mieczem w dłoni. – Ta magia to jeszcze wciąż tam jest?

– Żadna magia nie działa przez tysiąc lat – stwierdził Oczko z pewnością w głosie.

Oczko był specjalistą; wiedział, co mówi. Dlatego wtajemniczyli go w całą sprawę.

– Czyli nic, tylko szukać wejścia – ucieszył się Mieczyk.

– Teraz? Zmrok już za pasem. Może się prześpimy i jutro będziemy próbować – zasugerował Książeczka.

Czuł w tym miejscu dziwny niepokój. To pewnie świadomość bliskości grobowca. Stary czy nie, grób to grób i akolicie nie uśmiechało się sterczeć tu po zmroku.

– I tak nie mógłbym zasnąć – stwierdził Mieczyk i ruszył w stronę pagórka.

Oczko podążył za nim, nie oglądając się na Książeczkę.

Mam nadzieję, że za szybko nie znajdą tego wejścia – pomyślał akolita.

Postanowił skorzystać z tego, że towarzysze trochę się oddalili i zrobić to, czego jego jelita domagały się już od dłuższego czasu.

Zmarszczył brwi, gdy poczuł na wypiętym tyłku chłodny powiew.

Zimno – pomyślał. Pewnikiem noc się już zbliża.

Rzeczywiście robiło się coraz później. Jaskółki śmigały nisko, a komary wyfrunęły na żer. Akolitę przeszedł nieprzyjemny dreszcz, więc czym prędzej dołączył do towarzyszy.

– Czego mam szukać? – zapytał, kiedy zbliżył się do Oczka.

– Prawdopodobnie nie mamy szans na otworzenie wejścia, ale po tylu latach skała wokół powinna zwietrzeć i prawdopodobnie porobiły się w niej szczeliny – wyjaśniał złodziej, rozgarniając na bok krzaki. – Jeśli będziesz blisko, powinieneś poczuć chłodniejszy powiew powietrza.

– Och, właśnie przed chwilą coś takiego poczułem – zdziwił się Książeczka.

– Gdzie? – zapytał Oczko, prostując się gwałtownie.

– No, tam poniżej, kiedy poszedłem w krzaki – bąknął akolita, rumieniąc się nieznacznie.

– Prowadź – zarządził złodziej i gwizdnął na Mieczyka.

Chwilę później byli na miejscu.

– Obsrałeś Grobowiec Królów – odezwał się zimno Oczko, patrząc na swój but i Książeczkę jednocześnie. – Jestem pewien, że nie ominie cię kara.

– Klątwa królów? – jęknął akolita.

– Mówiłeś, że żadna magia nie działa po tysiącu lat? – zapytał niepewnie Mieczyk.

Złodziej obrzucił go złym spojrzeniem prawego oka i zaczął wycierać w trawę podeszwę buta. Giermek wolał nie dopytywać więcej. Zamiast tego wyciągnął brzeszczot i zabrał się do ścinanie krzaków. Gdy skończył, ich oczom ukazała się niewielka szpara w skale.

– Nie przeciśniemy się – zauważył Mieczyk.

– No co ty nie powiesz – parsknął Oczko i zdjął swój plecak. – Od tego macie mnie – stwierdził, prezentując z dumą alchemiczne preparaty.

***

 

Dziewczyna dostrzegła Isaię wbijającego miecz w bok bogini.

„Jak on zdołał się podnieść?”

Magiczne znaki płonęły na ostrzu, które coraz bardziej zagłębiało się w ciało istoty. Veara patrzyła, niedowierzając. Czyżby mogli jednak zwyciężyć? Czyżby wciąż mieli szansę na przeżycie?

Do wrzasku bogini dołączył inny skowyt bólu – ludzki. Cała radość i nadzieja opuściły dziewczynę w jednej chwili. Ze zgrozą obserwowała Isaię, jak odgina się konwulsyjnie w tył, jak miota, próbując oderwać dłonie od głowni miecza. Zobaczyła blask bijący od jego postaci, ogień buchający z oczu i ust, czarny dym zasnuwający ciało. Mężczyzna płonął żywcem, spalany ogromną energią, którą zaklęty miecz wyciągał z bogini.

Nagle istota zgięła się i odwróciła w stronę Isai. Jej usta poruszały się, jakby coś do niego mówiła, po czym wydobyła z siebie przerażający wrzask. Wrzask odbierający wolę i rozum, wdzierający się na dno duszy.

Veara skuliła się, zamykając oczy i zatykając uszy. Nie wiedziała, jak długo tak trwała. Gdy znów była w stanie unieść głowę, po bogini i człowieku pozostał jedynie czarny, falujący dym. Oczy dziewczyny zaskrzyły się, a w gardle wezbrał szloch. Opadła na ziemię, łkając.

Wokół nadal toczyła się bitwa. Veara musiała przełknąć łzy i znów ruszyć do walki. Zacisnęła dłoń na rękojeści miecza, zepchnęła rozpacz na dno serca. Uniosła się i wtedy to zobaczyła. Czarny dym zaczął gęstnieć, przybierając ludzką sylwetkę, zbliżoną wzrostem do Isai. Jednak to, co się z niego wyłoniło, nie było nim. Zapłonęły czerwone ślepia, a powietrze przeszył pełen wściekłości, zwierzęcy warkot. Wiatr rozwiał resztki dymu, ukazując oblicze bestii. Wyglądało przerażająco. Jakby ktoś siłą naciągnął ludzką skórę na zwierzęcą czaszkę. Z otwartej paszczy wystawały kły, palce zmieniły się w ostre szpony. Bestia zawyła i zaczęła zabijać.

 

***

– Ten huk nawet umarłego potrafiłby obudzić – stwierdził Mieczyk, kiedy pył opadł i przestało im dzwonić w uszach.

– Weź nie kracz – burknął Książeczka, zaglądając niepewnie w wyrwę w skale.

Utworzona przez Oczko dziura wiała chłodem i mrokiem. Zachodzące słońce malowało na niebie krwawą przepowiednię, a cienie wydłużały się złowieszczo. Książeczka czuł, jak z każdą chwilą opuszczają go resztki odwagi. Wziął głęboki oddech i powoli wypuścił powietrze, starając się pozbyć skręcającego kiszki niepokoju.

Nie ma się czego bać – wmawiał sobie. Ten grobowiec jest tak stary, że nie powinno zostać nawet śladu po kościach… A po duchach? Albo upiorach? Przecież nie pomyśleliśmy wcześniej o upiorach!

– Może jednak zaczekamy do rana? – bąknął. – Rano będzie więcej widać.

– Czy rano, czy w nocy w środku będzie tak samo ciemno – prychnął Oczko.

No tak, złodziej znał się na rzeczy.

– Dobrze, że już się wysrałeś, inaczej narobiłbyś w gacie – zażartował Mieczyk na widok bladej twarzy przyjaciela.

Książeczka obrzucił go urażonym spojrzeniem. Od zawsze jednak wiedział, że natura poskąpiła przyjacielowi rozumu, a oddała w mięśniach. Dlatego od myślenia był Oczko. Niestety złodziej szykował właśnie pochodnie, nie czekając na kolejny dzień.

– To wygląda jak wejście do podziemnej jaskini – zawołał rozentuzjazmowany Mieczyk, wkładając głowę w środek dziury.

– Nie ma na co czekać. Hałas mógł kogoś zaciekawić i ściągnąć nam na głowę konkurencję – zauważył Oczko.

Książeczka zaciskał mocno dłoń na pochodni. Zanim całkiem pochłonął go mrok, przystanął na chwilę i obrócił się w kierunku wpadających z zewnątrz promieni słońca.

Nagle spojrzał na znajdujący się przy wejściu fragment chodnika. Były na nim wyżłobione liczne rysy. Chłopak zmarszczył brwi. Podszedł bliżej, chcąc się przyjrzeć. Pochylił się i przejechał palcem po wyżłobieniu.

Wygląda jak ślady po pazurach – pomyślał. Po jego plecach przebiegł zimny dreszcz. Jeszcze bardziej zapragnął stąd wyjść.

– Idziesz wreszcie? – dobiegł go zirytowany głos Mieczyka.

Może dostało się tu jakieś zwierzę i próbowało się wydostać przez tę szczelinę? – zastanawiał się Książeczka, ruszając z ociąganiem za towarzyszami.

***

 

Veara w milczeniu przyglądała się bestii. Istota warczała i wyła, miotając się w furii.

– Nic innego nie możemy zrobić.

Dziewczyna odwróciła się, słysząc głos stojącego obok Enlora. Kiwnęła mu głową. Na więcej nie potrafiła się zdobyć. W oczach kuzyna dostrzegła smutek i żal. Jako jeden z nielicznych zdawał sobie sprawę z tego, co łączyło ją z Isaią.

– Nikt z magów nie potrafił cofnąć klątwy. Lepiej byłoby dla niego, gdybyśmy mogli go zgładzić. Niestety nawet zaklęte miecze nie są w stanie tego dokonać. Po prostu odradza się wolniej. Może gdybyśmy mieli jego własną broń; tę, którą zranił boginię…

– Wciąż jej nie odnaleziono? – zapytała zduszonym głosem, znowu wpatrując się w bestię. Gula w jej gardle rosła coraz bardziej, oczy szczypały. Przyłożyła dłonie do piersi.

„Nie sądziłam, że serce może tak bardzo boleć".

Enlor pokręcił głową.

– Być może została zniszczona i przepadła wraz z tą, którą zabiła. A może zabrali ją wrogowie? Nie powinnaś jednak żywić nadziei. Szanse są zbyt małe.

Stali razem z w ciszy zakłócanej jedynie wrzaskami potwora. Blask ognia odbijał się w jego czerwonych ślepiach, wyłaniał z mroku długie kły.

Veara nie mogła oderwać od niego wzroku. Trwała tak nieruchomo, nieświadoma upływającego czasu. W pewnym momencie poczuła dłoń zaciskającą się na jej ramieniu.

– Już czas – odezwał się cicho Enlor.

Veara przetarła napływające łzy. W oczach bestii nie pozostało nic ludzkiego. Gdyby było inaczej, nie potrafiłaby porzucić jej w tym miejscu. Odwróciła się, choć była to dla niej najtrudniejsza rzecz, jaką zrobiła w życiu. Odchodziła z wrażeniem, że traci go po raz drugi.

 

***

 

Od dłuższego czasu przeciskali się wąskim przejściem w trzewiach ziemi. Migające płomienie nie dawały zbyt wiele światła. Było go jednak wystarczająco, żeby dostrzec nienaturalnie regularne ściany korytarza. Oczko też zwrócił na to uwagę i przejęty zawołał:

– Ten chodnik musiał być zrobiony przez człowieka. Trafiliśmy w odpowiednie miejsce.

Książeczka wcale nie podzielał jego radości. Czy tylko w nim coraz bardziej narastał niepokój? To miejsce miało w sobie coś dziwnego. Coś bardzo mrocznego. Akolita stopniowo nabierał przeświadczenia, że wcale sobie tego nie wmawiał.

Wtem dostrzegł ruch na granicy wzroku. Jego serce zaczęło bić jak szalone, mięśnie się spięły. Chłopak stanął, nie mogąc wykonać kroku. Bardzo powoli odwrócił głowę. Przy ziemi sunęła smuga ciemnego dymu.

Nie wiedziałem, że te pochodnie tak kopcą – pomyślał, wypuszczając głośno powietrze. Z ulgi zakręciło mu się w głowie. Byli tu sami. Nic innego nie miało prawa żyć w tym mrocznym korytarzu. W jaskini, która przez stulecia pozostawała zamknięta. Prawda?

A duchy i upiory? – Książeczka wzdrygnął się i potruchtał za pozostałymi.

Miał wrażenie, że szli przez całą wieczność, zanim korytarz skończył się w niewielkiej sali.

– Cholera, nic tu nie ma – zaklął Oczko. Rozglądał się z niedowierzaniem dookoła. Zamiast złota i skarbów znaleźli tylko wilgoć i kamienie. – Ktoś musiał być tu przed nami.

– Ale przecież wejście było zamknięte – zauważył z rozczarowaniem Mieczyk.

– Musieli znów je jakoś zamknąć. Dla niepoznaki. Po tym jak wynieśli wszystkie kosztowności. – Złodziej grzmotnął pięścią w ścianę. – Przecież nikt nie wrzucałby zwłok swojego króla do pustego grobu pod jakimś cholernym pagórkiem pośrodku niczego. Jeśli nie chcieli budować mu krypty na zamku, po prostu by go zakopali albo spalili i tyle.

Książeczka nic nie mówił. W głębi duszy czuł ulgę. Raczej nie chciałby nic stąd wynosić. Miał wrażenie, że to miejsce jest jakieś złe. Przeklęte.

Jego wzrok padł na koniec sali. Zmarszczył brwi, widząc rysy w skale, podobne do tych, jakie zauważył przy wejściu.

– Zobaczcie – zawołał.

Oczko i Mieczyk podeszli do niego z nową nadzieją.

– Wygląda jak ślady pazurów – stwierdził akolita.

Giermek prychnął rozczarowany, złodziej pokręcił głową.

– Pewnie wpadło tu jakieś zwierzę. – Mieczyk machnął lekceważąco ręką.

Tylko dlaczego drapało właśnie tutaj?

Książeczka miał już dosyć tego miejsca. Wzdrygnął się, widząc zbierający się w kącie, czarny dym.

Te pochodnie faktycznie nieźle kopcą. Ciekawe, dlaczego wszystko zbiera się w jednym miejscu? – pomyślał. Postanowił nie wspominać już o tym towarzyszom. Znowu będą na niego fukać.

– Możemy już iść? Nic tu nie ma – zapytał zamiast tego.

– Idź, jak chcesz. Ja się jeszcze rozejrzę – odparł Oczko, wodząc wokół swym bystrym wzrokiem.

– A ty? – Akolita obrzucił Mieczyka błagalnym spojrzeniem.

– Przestań w końcu jęczeć. Skoro już tu jesteśmy, to wszystko dokładnie zbadajmy – zdenerwował się giermek. – Jak ci tak śpieszno, to idź sam. Pewnikiem zaczyna się już ściemniać, więc możesz przygotować obozowisko. Nazbieraj chrustu, rozpal ognisko…

– Przygotuj kolację – dorzucił Oczko.

Książeczka zadreptał niepewnie w miejscu. Nie chciał zostawać w pustym grobowcu ani chwili dłużej, jednak samotny powrót też mu się nie uśmiechał.

Towarzysze nie zwracali na niego więcej uwagi, chodząc wzdłuż ścian. Opukiwali je i szukali tajnych przejść lub zamurowanych pomieszczeń. Akolita rozejrzał się ostatni raz i spostrzegł, jak czarny dym zafalował.

Wydaje mi się, czy jeszcze zgęstniał? Dziwne...

Znów zerknął w stronę towarzyszy. Nie wyglądało na to, żeby mieli szybko zrezygnować. Westchnął ciężko.

– To idę – rzucił.

Odpowiedziało mu tylko niewyraźne mruknięcie Mieczyka. Książeczka obrócił się z ciężkim sercem i ruszył w stronę wylotu korytarza. Ogień oświetlił sunącą nim ciemną smużkę. Dołączyła do gromadzącego się w kącie dymu. Książeczka odprowadził ją wzrokiem, wzdrygnął się. Przez chwilę miał wrażenie, że mrok gęstnieje w tym miejscu, przybierając kształt ludzkiej sylwetki.

To tylko złudzenie – stwierdził, przyglądając się uważniej. Zaczynam tutaj wariować.

Pokręcił głową, zacisnął dłoń na pochodni i ruszył przed siebie. Pomimo oświetlającego mu drogę płomienia miał wrażenie, jakby zagłębiał się w jądro mroku. Ciało mrowiło go nieznośnie, a brzuch zaczął lekko pobolewać. Czuł się jeszcze w miarę dobrze, póki słyszał głosy towarzyszy. Im dalej jednak, tym stawało się straszniej. Był sam w tym przeklętym miejscu, w zapomnianym grobowcu.

Duchy i upiory – pomyślał. Na pewno gdzieś tu są.

Ciemność stała się jeszcze bardziej przytłaczająca. Książeczka odnosił wrażenie, że napiera na niego ze wszystkich stron. Że jest on samotną wyspą oświetlaną migoczącym płomieniem pośrodku morza mroku. Zrobiło mu się nagle gorąco i duszno. Nie mógł złapać oddechu. Czując nagły zawrót głowy, wystawił rękę w bok. Natrafił na ścianę. Jej zimna, chropowata powierzchnia otrzeźwiła go, dała punkt odniesienia. Wziął głęboki wdech i powoli wypuścił powietrze.

Weź się w garść. Nikogo tutaj nie ma.

Po chwili lęk nieco zelżał. Książeczka znów ruszył niepewnym krokiem przed siebie. W ciszy słyszał tylko własny, chrapliwy oddech i szuranie butów. Wciąż czuł strach, ale nie paraliżował go tak, jak wcześniej.

Wariuję – przekonywał sam siebie.

Szedł, przesuwając palcami po ścianie. Czuł się przez to odrobinę pewniej. Droga w stronę wyjścia dłużyła się niesamowicie. Jakby nigdy już miał nie wydostać się na zewnątrz. Lęk zaczął narastać – zimny, irracjonalny lęk, ściskający gardło, duszący znów bijące szaleńczo serce. Wdech, wydech.

Muszę stąd wyjść. Jak najszybciej.

Przyspieszył. Ciemne ściany znów zdawały się na niego napierać, dusić. Zaczął czuć ból w piersi i nieprzyjemną suchość w ustach. I wtedy doleciał do niego krzyk. Wrzask bólu i przerażenia. Nieludzki skowyt jednego z jego towarzyszy. Książeczka stanął, sparaliżowany.

Nie, nie, nie, nie… To-to-to ty-tylko moja wyobraźnia... To to się nie dzieje naprawdę!

Kolejny wrzask i urwany szloch. W nagłej ciszy wybrzmiał zwierzęcy warkot. Książeczka zaskamlał przez zduszone gardło. Gdzieś tam rozległ się chrobot pazurów o kamień. Był coraz głośniejszy. Zbliżał się. Akolita wciąż nie mógł się poruszyć. Dopiero warczenie zbliżającej się istoty wyrwało go z transu.

Odwrócił się, zaczął biec. Tak szybko, jak tylko potrafił. Wyrywający się z ust szloch zagłuszył na chwilę zbliżający się coraz bardziej zgrzyt szponów i tętent łap.

Książeczka nigdy w życiu nie mknął tak szybko, jak teraz. Z trudem łapał oddech. Paliło go w gardle, dusiło w piersi, ale parł przed siebie. Potykał się co chwila na nierównym podłożu, obijał o ściany. Nie zważał na to. Byle dalej, byle szybciej.

Gdzieś z przodu zamajaczyło wyjście. Niebo wciąż szarzało. Noc nie zapadła jeszcze zupełnie. Powiew wieczornego powietrza dodał nadziei. Jeszcze tylko kawałek, jeszcze tylko trochę. Wściekły warkot za plecami. Noga poślizgnęła się na kamieniu. Książeczka stracił równowagę, wpadł na ścianę. Odbił się od niej i dał susa w stronę wyjścia.

Udało się. Był na zewnątrz. Księżyc świecił blado, a na niebie pokazały się już gwiazdy. Książeczka po raz pierwszy się spojrzał się za siebie. Czerwone ślepia, paszcza pełna zębów.

Krzyk chłopaka urwał się, gdy z jego rozszarpanego gardła chlusnęła krew.

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 4

Zaloguj się, aby ocenić

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania