Grzesznik czy święty

Ta noc była szczególna. Niby nic; normalnie ciemna, odpowiednio długa. Jednak te godziny mogły zmienić wszechświat. Wrocław już spał, choć tu i tam spóźnieni, czy może raczej wcześni przechodnie poruszali się w tylko sobie znanych celach. Wszystkie okna na uczelni były czarne, nie licząc jednego. Za nim krył się gabinet, pomimo nocnej godziny oświetlony.

Przy biurko siedział młody mężczyzna i przewracał ze znużeniem kartki. Pracował nad pewnym projektem mającym zmodernizować wszystko. Jego mottem życiowym było zmieniać świat dla dobra ludzkości i to właśnie robił. Kilkadziesiąt minut temu myślał, że jest najgenialniejszym człowiekiem, jednak potem się okazało, że zrobił głupi błąd w równaniu i nic z tego nie będzie. Kontynuował badanie, sprawdzał, czy nie dałoby się tego obejść, lecz im dalej szukał, tym bardziej się gubił. Myślał że jest bardzo blisko, po czym odkrywał, że przecież to jest to samo, co wymyślił Einstein czy Hawking, tylko inaczej opisane.

Uniósł wzrok i bezmyślnie przejechał wzrokiem po tablicy korkowej, na której miał poprzyczepiane wyniki najważniejszych prac innych naukowców. Niespodziewanie podskoczył na fotelu i zerwał plik kartek z tablicy. Gorączkowo przejrzał je powtarzając:

- Oby to było to, oby...

Zaczął niechlujnie coś wynotowywać z trzymanych stron, po czym porównał to ze swoimi równaniami.

- Eureka! - krzyknął, po czym zaraz jednak dodał:

- A nie, jednak nie.

Coraz szybciej liczył. Nie wiedział co mu wyjdzie, ale wierzył, że będzie to coś innowacyjnego. Tego nikt przed nim nie robił, nikt tego nie potrafił. Jest pierwszy...

- Nie, to nie tak! - Opadł na krzesło. - Gówno nie praca naukowa. Jestem pierwszy, ale zarazem ostatni, bo to bez sensu...- Spojrzał smętnie na kartkę z chęcią zgniecenia jej i udania się na zasłużony wypoczynek. Nagle wrzasnął:

- Tu powinien być minus!

Ruszył do pracy. Przez następne dziesięć minut zabazgrał kilka stronnic układami równań. W końcu odetchnął. Udało mu się połączyć jego rozważania z badaniami innego genialnego naukowca. Teraz jeszcze sprawdzić czy zadziała...

 

Do rana siedział i sprawdzał to zgodnie z wszystkimi teoriami. Zgadzało się. Zgadzało się! Chciał wstać i krzyczeć. Dokonał odkrycia na miarę wieku! Wszak nie wiedział jeszcze, czemu może posłużyć jego praca, ale na pewno będzie to szczytny cel. Dopiero teraz poczuł, jaki jest zmęczony. Okropnie bolała go głowa, a światło poranka raziło w oczy.

Po kilku krokach dotarł do kanapy ustawionej w rogu, przewrócił się na nią i po chwili zasnął. Często korzystał z takiej możliwości szybkiego przespania się, szczególnie gdy zasiedział się do nocy i nie chciało mu się wracać do domu.

 

Spał zaledwie trzy godziny. W trakcie drzemki kilka razy do gabinetu wchodzili jego koledzy, lecz widząc stan, w jakim się znajdował, brali tylko to, co potrzebowali i wychodzili.

Kiedy obudził się, od razu podbiegł do biurka. Zobaczył efekty swojej pracy i odetchnął z ulgą. Bał się, że wszystko mogło być tylko snem.

Zszedł do kawiarenki coś zjeść. Pogawędził chwilę o niczym ze znajomymi i wrócił na górę. Zaczął rozmyślać do czego może zostać wykorzystane to, co obliczył i wymyślił. Nie, kosmos to przyszłość, ale to nie moje miejsce. Komputery to staroć. AI? Nie, w ogóle do tego nie pasuję. Chemia mogłaby być, lecz co konkretnie? Chyba żeby z tego równania dało się wyprowadzić tę reakcję... Tak, z tego mogłoby coś być... Wtedy wrzucić to do człowieka i w połączeniu z tym da nam cudowny wynik! Z eksperymentów Dissego wynika, że gdyby osiągnąć to, do czego doprowadziłem, dałoby się w prosty sposób leczyć wszelakie zranienia. Na pewno zadziała, wystarczy potestować z ilością substratów.

Zrobił się głodny, więc przeszedł się do pobliskiego sklepu kupić coś energodajnego. Na dworze zauważył, że południe już minęło. Poczuł się zmęczony. Zjadł coś, a potem wrócił do domu, aby porządnie się przespać. Praca przecież może poczekać, a on musi dbać o swój stan.

 

Stał na szczycie jakiegoś budynku. Chyba był to uniwersytet, w którym pracował. Widział cierpiących ludzi. Potwornie cierpiących. Tak, jakby paliły im się żyły. Krzyczeli, tracili przytomność, po czym umierali. Czuł się winny i była to prawda. Ciążyła na nim olbrzymia odpowiedzialność. To ON to wymyślił. Miał leczyć, a zabijał. Zabił ich! Nie osobiście, ale bez niego by nie było tego wszystkiego: śmierci, którą ludzie połykali. Śmierci, którą popijali morderczy pokarm oraz którą oddychali. To ON to stworzył. To jego wina! Poniesie karę!

 

Obudził się zlany potem we własnym łóżku. Dochodził wieczór, powinien wracać do pracy. Ubrał się, ciągle myśląc o dziwnym śnie. Zwykły koszmar – zbagatelizował. Zamknął mieszkanie i ruszył spacerkiem do budynku uczelni.

Od razu po wejściu do gabinetu zajął się wymyślaniem, do czego może służyć dowiedzione przez niego rozwiązanie. Złożył skomplikowany wzór reakcji chemicznej i go obliczył, bez sprawdzania labolatoryjnego. Zrobi się to później. Wyszła mu substancja, która powodowałaby błyskawiczną regenerację tkanek. Genialne! Wystarczyło tylko pomyśleć inaczej, a już śmiertelność spadnie o kilka procent. Dlaczego ludzie są tacy głupi? Praktycznie każde zranienie będzie dało się wyleczyć. Ilość ofiar wojennych gwałtownie zmaleje. Świat będzie lepszy. Przez niego.

Nagle do umysłu młodego naukowca wdarła się porażająca myśl: Sprawdź, jak ta substancja będzie reagowała w innym środowisku, wprowadzona do organizmu ludzkiego. Przeliczył i zmartwiał. Lepiej nie próbować... Teoretycznie wymiesza się z krwią i stworzy związek o temperaturze powyżej stu stopni.To oznacza gwałtowną śmierć w cierpieniach, jeśli substancja wedrze się do środka organizmu. A w zasadzie mogłaby być nawet gazem...

Ale oczywiście obliczenia niepoparte eksperymetami są nic niewarte. Wziął się do roboty. Uczelnia miała bogate zasoby pierwiastków, a te, których potrzebował, nie były bardzo trudno dostępne. Zgromadził potrzebne materiały, zamknął się w gabinecie i zaczął badać. Poszło mu dość szybko, gdyż jego równanie było krótkie i proste jak budowa cepa. Przynajmniej dla niego – mało osób w obecnych czasach wie, jak zbudowany jest cep.

Wyszło mu to czego się spodziewał, z drobnymi różnicami. Dana substancja w pokojowej temperaturze była płynem, bardzo przypominającym wodę. Wszystkimi właściwościami chemicznymi czy fizycznymi odbiegała niewiele od związku dwóch wodorów z tlenem, tylko że jej skład był całkowicie inny. I jeszcze coś. Było tak jak myślał: Po połączeniu z cząstkami krwi, płyn gwałtownie zwiększał swoją temperaturę. I oczywiście dalej łączył się z kolejnymi krwinkami, zmniejszając wyjściową temperaturę.

Młody naukowiec wyliczył, ile potrzeba by było takiej substancji, żeby połowa krwi człowieka miała koło stu stopni. 250 mililitrów. Jedna szklanka. Wypijesz tyle i nie ma dla ciebie ratunku, chyba że w przeciągu kilku minut lekarze dadzą radę zrobić ci transfuzję krwi. Jasne jest, że przy mniejszych dawkach twoje życie też nie jest bezpieczne.

Z tego można zrobić straszną broń. Przypomniał sobie historię Nobla. Wymyślił dynamit w dobrym celu, by wspomódz górnictwo. A skończyło się na bombach i śmierci tysiąca istnień. Z jego wynalazkiem mogłoby być tak samo. A to była tylko jedna rzecz, do której mógł się przysłużyć jego wzór. Gdy ktoś go poznał, wymyślenie tego, co on zrobił, nie było ciężkie. Ujawnienie więc tego równania graniczyło wręcz z wydaniem wyroku na miliony ludzi. Nie mógł tego zrobić.

Z drugiej strony, jeśli tego nie zrobi, to też jakby zabił tysiące ludzi – wystarczy jeden telefon, kilka słów i ludzkość będzie w stanie wyleczyć prawie każdą ranę w kilkanaście sekund. Nie obędzie się to bez bólu, lecz może uratować życie.

Dodatkowo, stanie się sławny i bogaty. Będzie człowiekiem na miarę wieku. Ale czy aby na pewno „człowiekiem”? Hitlera też każde dziecko zna. Nie chcę być w taki sposób sławny. A pieniądze? Przecież jakoś żyję jeszcze, więc raczej dożyję do emerytury. Co potem, zobaczymy. To kupa czasu.

Przyszła mu do głowy kolejna myśl: A co, jeśli nie jestem jedyny? Skoro ja to odkryłem, to znaczy że za kilka lat może zrobić to ktoś inny. A może nie? Przecież jestem geniuszem. Tak jak Da Vinci czy Eistein.

Dwa za, dwa przeciw. Co wybrać? Niszczyć wzory i starać się zapomnieć o całej sprawie, czy też opublikować to wszystko oraz żyć ze straszliwą świadomością tego, że w ktoś w końcu wpadnie na możliwość przerobienia lekarstwa w broń?

Jak nie wiesz co robić, kieruj się matematyką. Tą dewizą posłużył się młody naukowiec przy wyborze. Argumenty w równowadze, sprawdzamy więc ich wagę. Dwa pierwsze najważniejsze, resztę można odrzucić. Jeśli ogłoszę moje obliczenia i ktoś zrobi z tego broń, na co jest 95% szansa, może zginąc plus minus 100 milionów ludzi. Odejmijmy jeszcze to, co zdążyłoby się wyleczyć do tego czasu, czyli tak koło stu tysięcy osób. Za to bez publikacji nie uratuję około miliona istnień przez następne 20 lat. Czyli 94,9 przeciw, a 1 za. Zdecydowanie niszczymy.

Ale tak serio? Stracić taką kupę kasy i całe dni pracy w to włożone? Jak trzeba, to trzeba - pomyślał i zaczął zbierać wszystkie papiery. Kiedy już to zrobił, wziął je i uzyskaną substancję do domu, a miejsce pracy sprzątnął. Po przyjściu do mieszkania prawie wodę wylał, a kartki potargał i złożył w naczyniu żaroodpornym. Ręka mu się trzęsła, gdy wyciągał zapalniczkę i podpalał cud nauki. Jednak patrząc w płomienie zdecydował: Od teraz, jeśli ktokolwiek będzie szedł w tym kierunku, to będzie mu przeszkadzał. Nie pozwoli, aby ktoś inny wynalazł tak śmiercionośne narzędzie.

Gdy już ogień zgasł, poprosił w duchu o jedno – o wybaczenie. Poprosił całą ludzkość by zrozumiała, dlaczego to zrobił – że musiał, dla jej dobra. I się rozpłakał, siedząc na podłodze w kuchni.

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 1

Zaloguj się, aby ocenić

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania