Grzyby i...

Wstałam dość wcześnie. Sypialnia była zalana słońcem. Po wczorajszym deszczu nie było śladu i zapowiadał się piękny dzień. Obudziłam Krzyśka, który jeszcze pochrapywał. Nie chciał wstać. Próbował naciągnąć kołdrę i jeszcze pospać. Byłam nieugięta.

– Wstawaj, idziemy na grzyby!

– Nie chcę – mruknął zaspany.

– A zupę grzybową i grzyby w śmietanie na Wigilię chcesz? Połowa października i to ostatni dzwonek. Idę robić kawę i czekam na ciebie.

Wyszłam i ruszyłam do kuchni. Koty oczywiście kręciły się pod nogami i czekały na jedzenie. Całe życie pomagałam kotom i zawsze u mnie w domu było miejsce dla wielu. Gdy byłam młodsza, leczyłam, kastrowałam i wydawałam do adopcji. Teraz zostały już tylko te bardzo kochane albo nienadające się do adopcji – dzikawe, nerwowe, seniorzy. Kiedyś sąsiedzi i ludzie z okolicy wrzucali mi koty do ogródka, gdy chcieli się ich pozbyć. Teraz kotów w pobliżu było mało i wszystkie były kastrowane. Ostatnio moje stadko się nie powiększało.

Dałam kotom jeść, wygłaskałam je, ciesząc się ich miękkim futrem, i zrobiłam kawę z cynamonem. Krzysiek wstał i gdy przenosiłam ją do pokoju, już śpiewał w łazience. Szybko wypiliśmy kawę, zjedliśmy śniadanie – jajecznicę z piórkami cebuli z ogrodu – i wyszliśmy z domu.

Humory nam dopisywały. Słońce świeciło, ale już nie grzało mocno. Ulica była pusta, cicha i tylko psy na podwórkach mijanych domów szczekały. Do lasu było parę kroków.

Za chwilę las otworzył swoje podwoje. Przywitał nas złotymi liśćmi brzóz, zielenią sosen i szkarłatem dębów. Gdzieś w pobliżu stukał dzięcioł, a ptaki głośno dawały znać, że są i mają się dobrze. Już po paru krokach poczułam zapach lasu, butwiejących liści, ziemi i mokrego drewna. Trawa była wilgotna od rosy i wczorajszego deszczu.

– No i gdzie idziemy? Tu zbieramy czy za tory? – spytałam.

– Może zaczniemy szukać tutaj, a później pójdziemy za tory. Nie spieszy nam się przecież – odparł Krzysiek.

– No nie możemy chodzić za długo, bo koty muszą jeść – uśmiechnęłam się.

– Może godzina tutaj wystarczy i zobaczymy, jak nam pójdzie – zadecydował mój mąż.

Rozdzieliliśmy się i weszliśmy głębiej w las. Nie minęło pół godziny, a miałam już dziewięć dorodnych podgrzybków i sporo opieniek. Szukałam dalej, powoli zbliżając się do torów. Za nimi las był gęsty i rozległy. Krzysiek szedł kilka metrów ode mnie. Też miał trochę podgrzybków, kilka prawdziwków i opieńki.

Gdy doszliśmy do torów, podeszłam do Krzyśka i zarządziłam odpoczynek.

– To chyba ostatnia wyprawa w tym roku, bo już są opieńki – stwierdziłam.

– Tak, chyba tak – przytaknął. – Ale może opieńki jeszcze będą. Można zamrozić do sosu i jajecznicy. Można wysuszyć przecież – dodał.

– No tak, przyjdziemy jeszcze – zgodziłam się. – A co, teraz idziemy za tory?

– No, może na pół godzinki – odpowiedział.

Przeszliśmy przez tory i tuż za nimi, w kępie brzóz, natknęliśmy się na pudełko. Było zaklejone. Serce mi zamarło na moment. Nie dobiegał z niego żaden dźwięk. Było wilgotne. Pytania cisnęły się do głowy. Co w nim znajdę?

Szybko podeszłam do niego i, pełna złych przeczuć, otworzyłam je drżącymi rękami. Gdy zajrzałam do środka, zobaczyłam przerażone maleńkie kociątko. Kotek miał z cztery tygodnie i trząsł się z zimna. Przycupnął w rogu na brudnej gazecie i patrzył na mnie olbrzymimi oczami.

Szybko go wyjęłam, a on ufnie przylgnął do mojej ręki. Miał wilgotne, bure, pręgowane futerko i był chudziutki. Miał jeszcze niebieskie oczka. Przeraziłam się i nie wiedziałam, co zrobić.

– Wsadź go pod sweter i ogrzej – podpowiedział Krzysiek. – Wracamy i to szybko. Trzeba go ratować.

– Tak, weź moje grzyby. Ja go poniosę – zgodziłam się.

Wsadziłam kociaka pod sweter i kurtkę, przytuliłam, a on zaczął mruczeć. Do domu nie było daleko. Gdy doszliśmy, szybko przygotowałam kocie mleko i dałam je maluszkowi, ale nie potrafił pić. Potrzebna była strzykawka. Zjadł sporo i zasnął pod moim swetrem, posapując, a ja zrobiłam mu zabieg Reiki.

Powoli futerko wyschło, a kociak poczuł się lepiej. Maluszek okazał się kocurkiem. Nazwałam go Mruczek. Miałam kiedyś kocurka Mruczka. Bardzo go kochałam, a on mnie. Ten był podobny. Też tygrysek.

– Zostanie u nas – zdecydowałam.

– Dobrze, stać nas na jeszcze jednego kota – zgodził się Krzysiek. – Tylko trzeba go zabrać do weterynarza.

– Tak, niech go obejrzy. I trzeba chyba już odrobaczyć.

Kociak przeżył i jest cudowny – proludzki, przymilny. Uwielbia leżeć obok mnie albo na moich kolanach. Czasem ssie moją rękę. To mu zostało po karmieniu przez jakiś czas smoczkiem.

Moje koty go zaakceptowały. Obyło się bez warczenia i prychania. Te młodsze bawią się z nim.

Jestem wdzięczna losowi, że go mam, i wdzięczna siłom wyższym, że go znalazłam i uratowałam przed śmiercią w męczarniach. Ludziom traktującym w ten sposób zwierzęta nie życzę dobrze…

Średnia ocena: 0.0  Głosów: 0

Zaloguj się, aby ocenić

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania