Guzik i piórko
Gdy gołąb pocztowy przyniósł guzik z żołędzia, postanowiłem nie czekać dłużej. Starannie owinąłem pióro sójki w tiule jesiennej mgły, które trzymałem w słoiku na specjalne okazje i wyszedłem z ciepłego domu wprost w mroźne powietrze grudnia. Zbliżała się najdłuższa noc w roku.
Drogę do domu Aiste znałem na pamięć, bo wiele razy podążałem tym traktem w marzeniach. To wtedy wymyśliłem trzy dęby na skraju polany, jezioro z zatopionym kościołem i uroczysko z domem Aiste.
W oknach niewielkiej chatki, która wyrosła wśród krzaków i drzew, błyskał płomień samotnej świecy. Wysoka, srebrna brzoza ledwie dostrzegła mnie, zastukała w szybę i zaszumiała wesoło, a jej zawołanie podłapały zaspane wróble i wiatr, który siedząc na kominie, usiłował oczarować błękitną strużkę dymu. Aiste słysząc szum brzozy, odłożyła tkane z jesiennych traw zimowe sweterki dla jeży; kilka zmarzniętych kulek drzemało pod górami liści w ogrodzie i wyjrzała przez okno. Wygładziła sukienkę i rozegnała stado piegów, które zbiegły się na sam czubek nosa.
Zimowa noc nie jest przyjaznym miejscem. W oddali ryczy jeleń, puszczyk gada ludzkim głosem. Czasami słychać też ciszę... tak wielką, jakbyśmy sami gdzieś znikli, jakby nas nie było. Tej nocy było inaczej. Światło księżyca wydłużało cienie drzew i nadawało miękkości myślom. W oknie domku dostrzegłem płomień świecy. Na twarzy Aiste było płomieni o wiele więcej i usta miała takie czerwone. Poczułem w sobie małe szczęście i postanowiłem zapamiętać ten moment - miał w sobie uzdrawiającą moc i ciepło tak ogromne, że można nim było ogrzać nie tylko własne serce, lecz także serca napotkanych ludzi.
- Dobry wieczór kochanie - kiedy odwijałem piórko sójki, mgła snuła się pomiędzy palcami - to prezent dla ciebie.
Piórko mieniło się beztroską nieba. Patrzyła na mnie z miłością. Nigdy nie sądziłem, że spotkam kogoś, kto ma w sobie tyle opowieści. Skrupulatnie zapisywałem je na jesiennych liściach i chowałem w sercu. Gdy tylko się wydawało, że usłyszałem już wszystko, ona rozpalała wyobraźnię na nowo, zachwycała i czarowała, jak najzdolniejszy magik świata. Najbardziej jednak lubiłem chwilę tuż po spektaklu, gdy zostawaliśmy sami. Była moim ukojeniem. Kiedy składałem zmęczoną głowę na jej kolanach, pilnowała snów, które prężyły się jak puszyste koty.
- Otrzymałeś guzik, prawda? - ogarnęło ją złe przeczucie. Miała dla mnie wszystko, co tylko bym sobie wymarzył, lecz ten guzik był jedyny w swoim rodzaju. Magiczny, wygładzony przez dobre uczucia, chronił przed zwątpieniem.
Wtuliłem się w przyjaciółkę. Pachniała niczym ogrody wszystkich Semiramid świata, a usta miała miękkie jak ptasie mleczko. Staliśmy naprzeciw siebie, twarzą w twarz, ale nic się nie działo, nic prócz tego, że kosmyki jej włosów łaskotały mnie w nos.
- Mam guzik przy sobie - otworzyłem dłoń - jest niezwykły i ma moc przenoszenia do innych miejsc. Trzeba wymówić zaklęcie - szeptałem jej na ucho, jakbym się bał, że ktoś nas usłyszy. Chciałem ją zabrać na jesienne kartoflisko. Mieszkalibyśmy w szałasie, wśród nisko ścielących się dymów. Jesień przychodziłaby wabiona krzykiem żurawi, a my patrzylibyśmy jak wypalone słońcem pola nabierają barw krajobrazu. Najlepiej widać to wcześnie rano, na kilka chwil przed przebudzeniem. Pomyślałem też o innym miejscu, o lizakowych sercach i wacie cukrowej, pomyślałem o...
- Aiste, znasz jakieś zaklęcie? Dokąd nas zabierzesz? W jaką podróż wyruszymy?
Zdjąwszy połyskliwy łańcuszek, utkany ze wspomnień i słowiczych treli, Aiste nawlekła guzik i założyła mi na szyję. Jak przystało na czarodziejkę znała zaklęcia. Wiedziała co powiedzieć na ostatnie pożegnanie, czym osłodzić beczkę piołunu, jak wezwać nadzieję na bezdrożach rozpaczy.
Magia szumiała wśród traw, pyszniła się płaszczem nieboskłonu, dzwoniła w śmiechu i perliła w szczerej łzie, przychodziła do większości ludzi. Nie wszystkim jednak była posłuszna. Jedne zaklęcia należało wymówić, inne wykrzyczeć, a jeszcze inne działały wyłącznie wtedy, gdy spotykały się dwa serca. To były najtrudniejsze. Łatwiej było ujarzmić płomień, czy złapać gwiazdę spadającą z nieba, niż znaleźć dwa serca, które nie potrzebowały słów, by wiedzieć co w duszy gra. Wiedziały to, bo były dla siebie nawzajem piosenką, która brzmiała raz ciszej, raz głośniej, od dnia ich narodzin i nigdy nie milkła. Rozdzielone - cierpiały - czasem nawet nieświadomie, cichą rozpaczą kogoś, kto nawet nie wie, czego mu brak.
Dusza Aiste była rozśpiewana. Odnalazła swoją piosenkę. Zanuciła, radując ze znajomych dźwięków. Za oknem zawył wiatr, szarpnął gałęziami, wciskał się w szpary okiennic. Zakręcił dookoła domu i pognał zmącić wody jeziora, jednak nic się nie zmieniło. Ogień nadal wesoło trzaskał w kominku, a trzy puszyste kociska emanowały spokojem i mruczącą mądrością.
- Wiesz, co to oznacza? - spytała cicho.
Komentarze (4)
To ostatni mój tekst tutaj, bo jestem na cenzurowanym. Tekst ukazał się po kilku godzinach, w dole "drabinki" społecznej. Chciałem wprowadzić w niego więcej zmian i to zrobiłem teraz, ale to oczekiwanie na "publikacje" mnie zniechęca.
Dziękuję za poświęcony czas i pozdrawiam.
Poprawiłem sporo w drugiej części. Chodzi mi szczególnie o ostatni akapit. Czy jest czytelny? Co byś zmienił?
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania