Historia obrazu buszczeckiego
Mistrz ostrożnie rozcierał w kamiennym moździerzu kosztowny błękit. Barwnik należał do najcenniejszych, jakie znało malarstwo, dlatego zwykle przeznaczano go wyłącznie na szaty Najświętszej Maryi Panny, podkreślając Jej godność i wyjątkową rolę. Tym razem postanowił jednak złamać tę zasadę.
Niebieską uczynił nie szatę Maryi, lecz tło obrazu – głębokie jak bezchmurne niebo. Sama Madonna z Dzieciątkiem pozostała złocista. Na Jej głowie spoczęła korona, wokół niej rozbłysło dwanaście gwiazd, a pod stopami wił się pokonany wąż.
Odstąpił kilka kroków i długo w milczeniu przyglądał się swojemu dziełu. W ciszy pracowni miał wrażenie, że błękit wydobywa ze złocistej postaci światło, jakiego dotąd nie udało mu się uchwycić na żadnym obrazie.
Wkrótce dzieło trafiło do rzymskiego domu handlującego obrazami, gdzie czekało na nabywcę. Ten przybył z dalekich kresów Rzeczypospolitej. Był nim hrabia Aleksander Sieniawski, syn fundatorów kościoła w Buszczu.
Miejscowa tradycja opowiada jednak, że obraz nie był przeznaczony dla tej niewielkiej parafii. Hrabia zamierzał zawieźć go do Brzeżan. Kiedy wracał z Wiecznego Miasta i przejeżdżał przez Buszcze, konie nagle zaparły się kopytami o drogę. Woźnica cmoknął, szarpnął lejcami, sięgnął nawet po bat, lecz zwierzęta ani drgnęły. Uznano to za znak. Obraz pozostał tam, gdzie – jak wierzono – sama Matka Boża wybrała sobie miejsce.
Tak rozpoczyna się opowieść o buszczeckim obrazie – historia, w której legenda splata się z pamięcią mieszkańców, wiara z dramatycznymi losami ludzi, a jedno niewielkie sanktuarium staje się świadkiem kilku stuleci dziejów.
Przez dziesięciolecia do Buszcza przybywali pielgrzymi, aby modlić się przed obrazem, który zyskał opinię cudownego. Wśród nich miał znaleźć się również król Jan III Sobieski.
Letni wiatr poruszał końskie grzywy, gdy królewski orszak wspinał się na kolejne wzgórza Brzeżańszczyzny. Za jeźdźcami unosił się kurz drogi, a przed nimi falowały pola zbóż przeplatane łąkami i lasami. Mijali Lipowce, Ciemierzyńce i Dunajów – wsie rozrzucone pośród łagodnych pagórków, które sprawiały wrażenie spokojnych i bezpiecznych.
Za Dunajowem natknęli się na starego pasterza pilnującego owiec. Starzec zdjął z głowy znoszoną czapkę i zmrużył oczy, próbując rozpoznać przybyszy.
– Do Buszcza? – zapytał.
– Konno będzie z piętnaście zdrowasiek. Tamtędy, miłościwi panowie.
Wskazał drogę drewnianą laską. Jeden z dworzan rzucił mu srebrną monetę.
– Bóg zapłać – odparł spokojnie.
Schował monetę do kieszeni, poprawił laskę i wrócił między owce. Jeszcze przez chwilę patrzył za oddalającymi się jeźdźcami, aż zniknęli za linią lasu.
Król miał powód, by szukać wsparcia w modlitwie. Przed nim były kolejne wyprawy wojenne, a granice Rzeczypospolitej wciąż pozostawały niespokojne.
Gdy dotarł do Buszcza, zsiadł z konia i wszedł do niewielkiego kościoła. Świątynia nie mogła równać się katedrom Krakowa czy Gniezna, lecz panował w niej półmrok i cisza. Pachniało woskiem, starym drewnem oraz kadzidłem. Przed cudownym obrazem drgały płomienie świec.
Król zdjął rękawice, uklęknął na chłodnych kamiennych płytach i pochylił głowę.
– Matko Najświętsza, Królowo Polski, otocz opieką tych, którzy bronią pokoju i swojej ojczyzny.
Mieszkańcy przez pokolenia wierzyli, że modlitwa została wysłuchana. Opowiadali, iż Maryja otaczała opieką tę ziemię i wszystkich, którzy ją zamieszkiwali – Polaków, Rusinów, Ormian i Żydów – pozwalając im żyć obok siebie mimo burzliwych dziejów.
Mijały lata. Kolejne pokolenia pielgrzymów przychodziły do buszczeckiego kościoła ze swoimi troskami i nadziejami. Obraz trwał w ołtarzu, a wraz z nim trwała pamięć o dawnych wydarzeniach.
Wydawało się, że ten porządek dany jest na zawsze.
Jeszcze niedawno sąsiedzi spotykali się na odpustach i targach, pożyczali sobie konie do żniw, pomagali przy gaszeniu pożarów i składali życzenia podczas świąt. Z czasem jednak zamiast życzliwych rozmów pojawiały się podejrzliwe spojrzenia, potem pogłoski i strach. Dawna nieufność ustępowała miejsca otwartej wrogości.
Najpierw szczekały psy. Potem od strony lasu dobiegały krzyki. Po chwili pierwsze dachy stawały w ogniu. Ludzie wybiegali z domów, często nie zdążywszy zabrać niczego poza tym, co mieli na sobie. Za płomieniami nadciągały rabunki i zabójstwa. Ci, którym udało się ocaleć, do końca życia nosili w pamięci obrazy okrucieństwa, których nie sposób było wymazać.
Taki dzień nadszedł również dla Buszcza.
Dwudziestego drugiego stycznia 1944 roku mieszkańcy Buszcza zrozumieli, że ich wieś znalazła się w śmiertelnym niebezpieczeństwie. Nad pobliskim wzgórzem rozbłysły czerwone race – umówiony sygnał do rozpoczęcia ataku. Wkrótce napastnicy otoczyli wieś, poruszając się saniami i konno. Wielu ocalałych wspominało później, że przed niejednym polskim domem stali ludzie wskazujący napastnikom drogę.
Wieść o napadzie rozeszła się błyskawicznie.
Kto tylko zdołał, pobiegł do kościoła. Niewielka świątynia mogła stać się jedynie prowizorycznym schronieniem, lecz w tamtej chwili wydawała się jedynym miejscem, gdzie można było jeszcze szukać ratunku. W półmroku, pośród migoczących płomieni świec, zgromadzili się mieszkańcy. Jedni modlili się szeptem, inni gorączkowo naradzali.
– Nie utrzymamy się tutaj – odezwał się ktoś. – Trzeba uciekać do Brzeżan. Wyjdziemy przez zakrystię i dalej przez las. Gdzie jest ksiądz proboszcz?
Nagle drzwi otworzyły się z hukiem. Do środka wpadł zdyszany mężczyzna. Na jego kożuchu topniał śnieg.
– Podpalili dom Antosi! – zawołał. – Palą całą wieś! Nie ma już czasu. Uciekajcie!
Przez chwilę nikt się nie poruszył. Potem tłum ruszył ku wyjściu.
Ludzie wybiegali z kościoła i kierowali się ku lasowi prowadzącemu do Brzeżan, gdzie stacjonował niemiecki garnizon. Jedni nieśli dzieci na rękach, inni ciągnęli za sobą starszych rodziców. Wielu zdołało się uratować.
Nie wszystkim jednak było to dane.
Była dwudziesta.
Do domu Franciszki Żołnowskiej zapukał sąsiad, Ukrainiec imieniem Vadim.
– Franiu, chodź ze mną. Zaraz zacznie się napad. Zabierz Józię. Reszta... niech ucieka, jak potrafi. Gdzie jest Staszek? Gdzie!? A twój mąż?
Franciszka spojrzała na niego z niedowierzaniem. Widziała jego zdenerwowanie i wiedziała, że nie przyszedł bez powodu.
Vadim należał do ludzi głęboko wierzących i życzliwych. Ryzykował wiele, ostrzegając polską sąsiadkę. Gdyby ktoś dowiedział się o jego pomocy, mógł zapłacić życiem.
– Zaczekaj chwilę – odpowiedziała cicho. – Powiem swoim, że wychodzę, i wezmę małą. Dziękuję. Niech Bóg ci to wynagrodzi.
Spojrzała jeszcze raz na dom.
Jeszcze tego samego ranka wszystko wydawało się takie zwyczajne. W piecu palił się ogień, dzieci bawiły się na śniegu, a ludzie rozmawiali o zbliżającej się wiośnie. Teraz nad wsią unosiła się czerwona łuna.
Franciszka wzięła córkę za rękę.
Ścisnęła ją tak mocno, że dziewczynka syknęła z bólu.
Nie zauważyła tego.
Myślała tylko o tym, aby zdążyć.
Godzina dwudziesta pierwsza trzydzieści.
W jednym z domów kandydat do kapłaństwa Franciszek Skałuba kończył wieczorne modlitwy. Zamknął brewiarz i przez chwilę nasłuchiwał.
Od strony lasu niosło się ujadanie psów.
Podszedł do okna.
Daleko, ponad dachami, migotała łuna ognia.
Nagle rozległ się łomot wyważanych drzwi.
Do izby wtargnęli uzbrojeni napastnicy.
Franciszek cofnął się odruchowo, szukając schronienia, lecz nie było już dokąd uciekać.
Dom wypełniły krzyki, strzały i odgłosy rozpaczliwej szamotaniny.
Jeden z napastników, jeszcze bardzo młody, trzymał karabin z wyraźną niepewnością. Starszy mężczyzna popchnął go brutalnie.
– Szybciej! Nie stój!
Po kilku minutach wszystko ucichło.
Napastnicy wybiegli na zewnątrz.
Podobne sceny rozgrywały się tej nocy w kolejnych gospodarstwach.
Dochodziła godzina dwudziesta druga.
Napastnicy z impetem wtargnęli na plebanię.
Szukali księdza Filipa Zająca.
Proboszcz zdążył jednak opuścić budynek i ukrył się w przykościelnym sadzie. Leżał nieruchomo w śniegu. Biała koszula nocna niemal zlewała się z zimowym krajobrazem.
Na plebanii została jedynie służąca.
Widząc uzbrojonych mężczyzn, zdobyła się tylko na jedno:
– Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus.
– Chwała Ukrainie!
Przeszukiwali kolejne pomieszczenia, przewracając meble i zaglądając do każdego kąta.
Nie znaleźli duchownego.
Kiedy oddalili się od plebanii, ksiądz ostrożnie podniósł się ze śniegu. Jeszcze raz spojrzał na kościół.
Za jego murami pozostawał obraz Matki Bożej, przed którym przez tyle lat modlili się mieszkańcy.
Nie mógł już nic zrobić.
Dołączył do uciekających parafian.
Razem przedzierali się przez ciemny las w stronę Brzeżan.
Za ich plecami płonęło Buszcze.
Płonęły domy.
Płonęły stodoły.
Nad wsią unosił się słup ognia widoczny z wielu kilometrów.
Nazajutrz, gdy świt rozproszył dym unoszący się nad Buszczem, Franciszka wróciła do wsi razem z małą Józią.
Szły ostrożnie, mijając zgliszcza domów, które jeszcze wczoraj tętniły życiem.
Między pogorzeliskami błąkały się psy, skomląc i szukając swoich gospodarzy. Z ocalałych obór dochodziło przeciągłe ryczenie wygłodniałego bydła. Koty przemykały ostrożnie pomiędzy zwęglonymi belkami.
Nad wszystkim unosił się gryzący zapach spalenizny.
Panowała cisza.
Nie była to jednak cisza zimowego poranka.
Była ciężka, obca i nienaturalna.
Wiatr poruszał nadpalonymi deskami, a śnieg pozostawał biały jedynie tam, gdzie nie dosięgnął go ogień.
Józia mocniej ścisnęła dłoń matki.
– Mamo... jestem taka głodna.
Franciszka spojrzała na córkę.
Jeszcze dzień wcześniej zastanawiała się, czy wystarczy mąki do kolejnych wypieków. Teraz nie wiedziała nawet, czy mają do czego wracać.
Nie odpowiedziała.
Szła dalej.
Myślała o ludziach, którzy poprzedniego wieczoru schronili się w kościele, o księdzu Filipie Zającu i o tych, którzy nie zdążyli uciec.
Nie wiedziała jeszcze, że tej jednej nocy zamordowano dwadzieścia osiem osób.
Przypomniały jej się słowa proboszcza, że człowiek został stworzony na obraz Boga.
Patrzyła na zgliszcza i nie potrafiła pojąć, jak człowiek mógł uczynić drugiemu człowiekowi coś takiego.
Mimo wszystko nie pozwoliła, by rozpacz odebrała jej wiarę.
Razem z Józią weszły do nadpalonego kościoła.
Wewnątrz unosił się zapach dymu i mokrego drewna. Na posadzce leżały kawałki tynku, a przez wypalone fragmenty dachu wpadało zimowe światło.
Franciszka podniosła wzrok.
Zatrzymała się.
Obraz Matki Bożej ocalał.
Przez chwilę nie mogła oderwać od niego oczu.
Powoli uklękła i przeżegnała się.
– Wiedziałam... – wyszeptała.
Józia rozejrzała się po prezbiterium.
– Mamo...
Wskazała niewielką półkę.
Stały na niej kielichy i puszka na Najświętszy Sakrament.
– Zabierzemy je?
Franciszka skinęła głową.
– Tak. Nie możemy ich tutaj zostawić.
Zdjęły z głów chusty i z największą ostrożnością owinęły nimi liturgiczne naczynia.
Franciszka przycisnęła zawiniątko do piersi.
Nie wiedziała, czy kościół jeszcze ocaleje.
Wiedziała tylko, że tego nie wolno zostawić.
Około południa po Buszczu chodził sołtys Wasyl Kucaj wraz z kilkoma Ukraińcami.
Zatrzymywali się przy kolejnych domach.
Pytali o zabitych.
Pytali o rannych.
Pytali o tych, którym udało się uciec.
Składali wyrazy współczucia.
Franciszka obserwowała ich z oddali.
Nie wierzyła, że przyszli wyłącznie z litości.
Odniosła wrażenie, że ktoś chciał wiedzieć, ilu Polaków jeszcze przeżyło.
Nie podeszła do nich.
Do Brzeżan było około piętnastu kilometrów.
Dzień powoli chylił się ku końcowi.
Franciszka nie chciała wracać do domu Vadima.
Bała się, że ktoś mógł zauważyć jego pomoc.
Za ukrywanie Polaków groziła śmierć.
Nie chciała narażać człowieka, który ocalił ją i córkę.
Postanowiła przeczekać noc w kościelnej piwnicy.
Schodziły po kamiennych stopniach oświetlonych płomieniem jednej świecy.
W piwnicy było zimno i wilgotno.
Józia usiadła tuż przy matce.
– Mamo... nie gaś świecy.
Franciszka pogładziła córkę po włosach.
Uśmiechnęła się blado.
– Dobranoc, dobranoc, dwa aniołki na noc, Matka Boska przy łóżku, Pan Jezus w serduszku.
Dziewczynka wtuliła się w matkę.
Po chwili zapytała cichutko:
– Bozia nas obroni? I dydko nie przyjdzie?
Franciszka objęła ją mocniej.
– Nie przyjdzie, nie przyjdzie.
Pocałowała córkę w czoło.
Sama jednak długo nie mogła zasnąć.
Nasłuchiwała każdego odgłosu dochodzącego z zewnątrz.
Każdego skrzypnięcia.
Każdego podmuchu wiatru.
Każdy dźwięk wydawał się zapowiedzią kolejnego napadu.
Nazajutrz o świcie ruszyły do Brzeżan.
Szły leśnym skrótem, po śladach pozostawionych na śniegu przez tych, którzy tej samej nocy uciekali z Buszcza.
Franciszka niosła zawinięte w chusty kielichy, a drugą ręką trzymała Józię.
Dziewczynka co chwilę odwracała się za siebie.
Między drzewami było jeszcze widać ciemną sylwetkę kościoła.
Franciszka zatrzymała się tylko raz.
Przeżegnała się.
Potem ruszyła dalej.
Myślała o Staszku.
O mężu.
Nie wiedziała, czy jeszcze kiedyś ich zobaczy.
Las milczał.
Przed nimi była długa droga.
Za nimi pozostawał Buszcze — miejsce, w którym przez stulecia modlono się przed cudownym obrazem, a którego mieszkańców jedna zimowa noc na zawsze rozdzieliła od dawnego świata.
Spotkanie było pełne łez.
Przez dłuższą chwilę nikt nie potrafił wydobyć z siebie słowa. Ludzie ściskali się, jakby chcieli upewnić się, że naprawdę żyją. Kobiety płakały otwarcie. Mężczyźni odwracali twarze, lecz i po ich policzkach spływały łzy.
– Mateńko! – zawołał Staś, rzucając się Franciszce na szyję. – Myśleliśmy z ojcem, że was już nie ma.
Franciszka objęła syna i przytuliła go z całych sił. Zamknęła oczy. Jeszcze przed kilkoma dniami była przekonana, że już nigdy go nie zobaczy. Nie potrafiła odpowiedzieć ani słowem.
Kiedy wzruszenie nieco opadło, zaprowadzono ją do domu, w którym schronił się ksiądz Filip Zając.
Franciszka rozwiązała chustę, którą przez całą drogę przyciskała do piersi. Ostrożnie postawiła przed kapłanem ocalone kielichy.
– Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus – powiedziała cicho. – Udało się je ocalić. A obraz wciąż jest w Buszczu. Trzeba po niego wrócić.
Ksiądz długo patrzył na liturgiczne naczynia. Przesunął dłonią po ich lekko okopconych powierzchniach.
– To ja powinienem był o nich pomyśleć – odezwał się w końcu. – Ty okazałaś więcej odwagi niż ja.
Franciszka pokręciła głową.
– Każdy ratował, co zdołał.
Kapłan uniósł wzrok.
– Obraz także ocalimy.
Kilka dni później, podczas nabożeństwa, Franciszka uroczyście wniosła kielichy do kościoła w Brzeżanach. Wierni milczeli. Dla wielu był to znak, że nie wszystko zostało utracone.
Dla niej był to dopiero początek.
Buszczecki obraz Matki Bożej nadal pozostawał w opuszczonym kościele.
Ksiądz Filip Zając zwrócił się o pomoc do niemieckiego oficera Franca George'a Moravca.
Oficer długo milczał.
Doskonale rozumiał, o co go proszono. Wyjazd do opuszczonej wsi i wywiezienie kościelnych obrazów nie miało nic wspólnego z jego obowiązkami. Gdyby sprawa wyszła na jaw, mógł stracić stanowisko, a nawet stanąć przed sądem wojskowym.
W końcu skinął głową.
– Pojedziemy.
Jeszcze tego samego dnia przygotowano niewielki konwój. Na furmance jechało pięciu uzbrojonych żołnierzy. Za nimi ruszył samochód, w którym siedzieli Moravec, ksiądz Filip Zając i Franciszka Żołnowska.
Droga do Buszcza upływała w niemal zupełnym milczeniu. Tylko silnik od czasu do czasu zagłuszał stukot końskich kopyt.
Po pewnym czasie Moravec odwrócił się w stronę Franciszki i powiedział kilka zdań po niemiecku.
– Nie rozumie – wyjaśnił ksiądz. – To prosta kobieta.
Urwał na chwilę, po czym dodał z wyraźnym przekonaniem:
– Ale ma niezwykły głos. Kiedyś namawiano ją, by wyjechała do Ameryki i została śpiewaczką operową.
Moravec spojrzał na Franciszkę z zaciekawieniem.
– Dlaczego nie wyjechała?
– Rodzice nie wyrazili zgody.
Na tym rozmowa się skończyła.
Pod kościołem żołnierze sprawnie weszli do środka i zdjęli obrazy z ołtarza.
– Ostrożnie – upomniał ich ksiądz. – Razem z ramami.
Oba obrazy owinięto płótnem i ukryto głęboko w sianie na furmance.
Po chwili konwój ruszył w drogę powrotną.
Do Brzeżan pozostawało już niewiele kilometrów, gdy zza zakrętu wyłoniły się samochody gestapo.
Moravec zaklął półgłosem.
– Tylko tego nam brakowało...
Padł rozkaz zatrzymania.
Gestapowcy rozpoczęli dokładną rewizję. Zaglądali pod plandeki, otwierali skrzynie i przebijali widłami siano na furmance.
Po chwili jeden z nich odrzucił warstwę słomy.
– Herr Hauptmann!
Spod siana wyłoniły się złocone ramy.
Dowódca gestapo podszedł powoli. Obejrzał obrazy z obu stron, po czym przeniósł wzrok na Moravca.
– Może mi pan wyjaśnić, dokąd to wiezie?
Zapadła cisza.
Franciszka zacisnęła dłonie tak mocno, że aż pobielały jej knykcie. Ksiądz w milczeniu ściskał różaniec ukryty w kieszeni sutanny.
Moravec odpowiedział spokojnym, pewnym głosem:
– Do siebie. Nie chcę, żeby uległy zniszczeniu. Od lat zbieram sztukę sakralną.
Oficer gestapo jeszcze przez chwilę patrzył mu prosto w oczy.
Wreszcie oddał obrazy żołnierzowi.
– Jechać.
Nikt nie odezwał się ani słowem.
Dopiero gdy samochody gestapo zniknęły za zakrętem, Moravec wypuścił z płuc długo wstrzymywane powietrze.
Franciszka przeżegnała się bez słowa.
Reszta drogi minęła już spokojnie.
Śniegi ustąpiły miejsca pierwszej wiosennej zieleni. Na wzgórzach wokół Buszcza zakwitły sady, a pola znów zaczęły tętnić życiem. Wojna dogorywała. Hitler przegrywał, Niemcy cofali się na zachód, a front od dawna przeszedł już przez te ziemie. Powoli znikały ślady pożarów i okopów. Tylko pamięć ludzi nie chciała pogodzić się z upływem czasu.
Mówi się, że czas leczy rany. Ci jednak, którzy podczas rzezi utracili dzieci, rodziców lub rodzeństwo, wiedzieli, że nie wszystkie dają się zagoić. Jedni nauczyli się żyć z bólem. Inni każdego ranka budzili się z nim na nowo.
Parafianie księdza Filipa Zająca rozproszyli się po wsiach powiatu brzeżańskiego. Kapłan, na ile pozwalały warunki, odwiedzał ich przynajmniej raz w tygodniu. Odprawiał nabożeństwa, spowiadał, chrzcił dzieci i dodawał ludziom otuchy.
Późną wiosną przybył do Wolicy, gdzie schronili się Jan Kinal i Stanisław Kielarski.
Po wspólnej modlitwie usiedli przy stole.
– Opiekę nad obrazami biorę na siebie – oznajmił Kinal. – Zrobimy dla nich porządne skrzynie. Takie, żeby wytrzymały każdą drogę.
Na twarzy księdza pojawił się cień uśmiechu.
– Ja na to jak na lato. Bóg zapłać, panie Janie.
Choć Kinal nie był zawodowym stolarzem, znał się na drewnie i miał wprawną rękę. Zaprosił do pomocy dwóch gospodarzy. Przez kilka kolejnych dni spod hebli sypały się jasne wióry, a w powietrzu unosił się żywiczny zapach świeżej sosny. Wkrótce powstały dwie solidne skrzynie, dopasowane do obrazów z niezwykłą starannością.
Pozostało tylko doczekać transportu na Ziemie Odzyskane.
Nie było to jednak łatwe.
Zniszczone tory sprawiały, że pociągi docierały jedynie do Potutorów. Dalej święte obrazy i naczynia liturgiczne trzeba było przewieźć furmankami do Brzeżan.
Pomoc przyszła szybko.
Gospodarz z Olchowca bez chwili wahania użyczył koni i wozu. W wyznaczonym dniu mieszkańcy Buszcza zjawili się na stacji jeszcze przed świtem. Ostrożnie przenieśli skrzynie na wagony, jakby nieśli coś więcej niż drewno i płótno. Dla nich były ostatnią cząstką rodzinnej ziemi.
Podróż trwała wiele tygodni.
Ludzi stłoczono w wagonach towarowych. Spali na workach, skrzyniach i rozłożonych na podłodze kocach. Gdy pociąg zatrzymywał się na bocznicach, rozpalano niewielkie ogniska, gotowano skromny posiłek i cierpliwie czekano na sygnał do dalszej drogi.
Nikt nie wiedział, dokąd naprawdę jadą ani kiedy ta wędrówka się skończy.
Podczas jednej z nocnych podróży wydarzyło się jednak coś, o czym przesiedleńcy opowiadali jeszcze przez długie lata.
Wielu z nich wspominało, że nad transportem pojawiły się tajemnicze świetliste kule. Sunęły cicho po niebie, raz zbliżając się do wagonów, raz oddalając, jakby prowadziły wygnańców przez ciemność.
Jedni uznali je za niezwykłe zjawisko. Inni wierzyli, że był to znak Bożej Opatrzności.
Ktoś wychylił się z wagonu.
– Bóg wie, gdzie naszej Maryi będzie najlepiej. I tam nas prowadzi.
– To cud... – odezwał się ktoś z końca wagonu.
Po chwili podobne słowa powtarzano już niemal w każdym wagonie.
W Mikulczycach pod Zabrzem transport zatrzymał się na blisko dwa tygodnie.
Skrzynie z obrazami i kielichy, ukryte pod grubą warstwą siana, wymagały nieustannej straży.
Okolica roiła się od patroli Armii Czerwonej. Żołnierze niemal codziennie zaglądali do wagonów, przeszukiwali bagaże i zadawali pytania, których sami zdawali się nie traktować poważnie.
Franciszka Żołnowska zorganizowała dyżury.
Na zmianę czuwali Jan Kinal, Stanisław Kielarski i ona sama.
Nawet podczas warty jej myśli nieustannie wracały do syna Stanisława. Cierpiał na lunatyzm. W obcym miejscu, pośród torowisk i wojskowego zamętu, jedna chwila nieuwagi mogła kosztować go życie.
Na szczęście każdej nocy wstawał tam, gdzie zasypiał.
Znacznie większy niepokój budził jednak radziecki patrol dowodzony przez oficera Dmitrija.
Był wysokim, barczystym mężczyzną o ochrypłym głosie. Prawie zawsze żuł machorkę i z drwiącym uśmiechem zaglądał do kolejnych wagonów.
– A wy tam, Paliaki... czegoś przypadkiem nie przemycacie? Jakich skarbów? – rzucał. – Od rabowania jesteśmy tutaj my. He, he...
Nikt nie odpowiadał.
Jeden z żołnierzy zawtórował dowódcy śmiechem.
Dmitrij spojrzał na niego chłodno.
– Milczeć!
Zapadła cisza.
Oficer jeszcze raz powiódł wzrokiem po twarzach Polaków.
– Nu, Paliaki... pogoworim...
Przez dłuższą chwilę stał bez ruchu, jakby rozważał wydanie rozkazu rewizji.
Jan Kinal odruchowo zacisnął dłonie. Franciszka spuściła wzrok. Nikt nie odważył się poruszyć.
W końcu Dmitrij machnął ręką.
– Pajechali.
Patrol odjechał.
Dopiero wtedy wszyscy odetchnęli z ulgą.
Jan ostrożnie odsunął warstwę siana i położył dłoń na drewnianej skrzyni.
– Jeszcze trochę... – wyszeptał.
Nikt nie odpowiedział.
Nie było takiej potrzeby.
Wszyscy wiedzieli, że dopóki buszczecki obraz Matki Bożej i ocalone kielichy pozostają bezpieczne, ocalała także cząstka świata, który zmuszeni byli pozostawić za sobą.
Dni mijały jednostajnie. Były długie, gorące i wypełnione bezczynnością, która dla ludzi wyrwanych z własnych domów była chyba najtrudniejszym doświadczeniem. Czekanie stało się ich codziennością.
W drugim tygodniu postoju do transportu przybył Jan Morozowski. Wracał właśnie z Opolszczyzny i przywiózł wiadomości, które po wielu tygodniach niepewności obudziły wśród ludzi nową nadzieję.
Był postawnym, brodatym starcem, opierającym się na lasce. Z daleka rzeczywiście przypominał biblijnego Mojżesza – człowieka, który prowadzi innych ku nieznanej przyszłości.
— Wracam z opolskiego... — rozpoczął swoim charakterystycznym sposobem mówienia. — Są tam dwie wolne wsie. Jedna nazywa się Deutsch Rasselwitz. Okolica dobra. Niemcy zdążyli nawet zbudować rynek.
Jan Kinal od razu zapytał o to, co dla przesiedleńców było najważniejsze.
— A ziemia? Jaka tam jest ziemia?
Morozowski poprawił dłoń na lasce.
— Gliny, lessy, miejscami czarnoziemy. Bardzo dobra. Będą rosły ziemniaki, pszenica, buraki, kukurydza. Wszystko, co człowiek posieje, powinno się przyjąć. A najważniejsze, że jest duża stacja kolejowa. Można tam dotrzeć nawet stąd.
Po chwili zwrócił się do księdza Filipa Zająca.
— Proszę księdza, trzeba będzie porozmawiać z Urzędem Repatriacyjnym i koleją. Potrzebujemy trzech wagonów. Koniecznie trzech. Może uda się to załatwić... choć z urzędami nigdy nic nie wiadomo.
— Spróbuję — odpowiedział spokojnie proboszcz. — W Bogu nadzieja.
Tego samego wieczoru część mieszkańców ponownie zobaczyła na niebie niezwykłe światło. Jasna kula zawisła nieruchomo nad horyzontem. Jedni próbowali szukać dla tego zjawiska naturalnego wyjaśnienia, inni odczytali je jako znak opieki i pocieszenia.
Wśród dawnych mieszkańców Buszcza szybko pojawiło się przekonanie, że ich Gwiazda Betlejemska znów towarzyszy im w drodze.
Droga księdza Filipa Zająca do Urzędu Repatriacyjnego nie była łatwa. Musiał udać się aż do Zabrza i długo czekać na urzędowym korytarzu, zanim pozwolono mu wejść do gabinetu człowieka, od którego zależała decyzja.
W przestronnej sali konferencyjnej, przy długim dębowym stole, siedział łysiejący urzędnik w średnim wieku. Nad dokumentami pochylał się z wyraźnym zmęczeniem. Podniósł wzrok i skinął głową, dając księdzu znak, aby mówił.
— Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus — rozpoczął Filip Zając. — Przychodzę w sprawie moich parafian. Potrzebujemy trzech wagonów i zgody na zmianę miejsca osiedlenia.
Urzędnik spojrzał na niego z lekkim uśmiechem i wskazał wiszący nad biurkiem portret Stalina.
— A ja odpowiadam za sprawy państwowe — powiedział chłodno.
Różnica między nimi była widoczna natychmiast. Za oknami rozciągały się ruiny wojennego Śląska, a w pokoju panował niemal przesadny porządek.
— Skąd mam księdzu wziąć trzy wagony? — zapytał urzędnik. — Poza tym czasy się zmieniły. Sam autorytet Kościoła nie wystarczy.
Filip Zając nie podniósł głosu.
— Panie kierowniku, tu nie chodzi o pojedynczych ludzi. Nie proszę o przywilej dla siebie. Chodzi o całą wspólnotę, która została wysiedlona. Ci ludzie chcą zamieszkać razem, zachować swoją parafię i zacząć życie od nowa.
Urzędnik milczał przez chwilę.
— Razem... — powtórzył. — Czyli chcecie stworzyć tam swoją wieś?
— Chcemy żyć jako wspólnota — odpowiedział ksiądz.
Mężczyzna spojrzał ponownie na dokumenty.
— Racławice Śląskie... Ładna nazwa... warto by zostawić. Oczywiście trzeba będzie wszystko zatwierdzić... Zobaczę, co da się zrobić. Niczego jednak nie obiecuję.
Dla wielu osób takie słowa oznaczały odmowę. Filip Zając znał jednak urzędniczy język tamtych czasów. Wiedział, że „zobaczę, co się da zrobić” często było jedyną formą zgody, na jaką można było liczyć.
Wyszedł z urzędu z większą nadzieją, niż miał w chwili, gdy przekraczał jego próg.
Kiedy wrócił do swoich parafian, powiedział krótko:
— Myślę, że się uda. Teraz pozostaje nam cierpliwie czekać.
Piętnastego sierpnia 1945 roku transport dotarł na wrocławski Brochów. Tego dnia w Buszczu przypadał odpust ku czci Matki Bożej. Zamiast jednak dźwięku dzwonów i procesji pozostała kolejowa droga w nieznane.
Dla dawnych mieszkańców Buszcza była to szczególna chwila. Jeszcze niedawno gromadzili się wokół swojego kościoła, a teraz jechali przez kraj zniszczony wojną, zabierając ze sobą tyle, ile zdołali ocalić. Najcenniejszy skarb – obraz Matki Bożej Buszczeckiej – podróżował razem z nimi.
Z Brochowa należało jeszcze dotrzeć do Deutsch Rasselwitz. Trasa prowadziła okrężną drogą przez Kluczbork, Tarnowskie Góry, Zabrze i Gliwice. Podróż trwała długo, lecz nikt już nie narzekał. Każdy przebyty kilometr oznaczał oddalanie się od wojennego koszmaru i zbliżanie do miejsca, które miało stać się ich nowym domem.
Tamtej nocy wielu mieszkańców zauważyło na niebie niezwykłe światła. Było ich więcej niż wcześniej. Jasne punkty pojawiały się i znikały, przesuwały się powoli nad wagonami, jakby towarzyszyły transportowi w drodze.
Dla jednych było to jedynie nieznane zjawisko. Dla innych – znak, że w tej trudnej chwili nie zostali pozostawieni sami sobie.
O świcie światła zniknęły.
Nigdy więcej ich nie widziano.
Dla wielu mieszkańców Buszcza stało się to symbolicznym końcem wielomiesięcznej tułaczki.
Szesnastego sierpnia transport dotarł do Deutsch Rasselwitz. Rozpoczął się rozładunek ludzi, zwierząt i skromnego dobytku, który udało się przewieźć z dawnej ojczyzny.
Oba obrazy zabrano najpierw do pobliskiego Wierzchu, gdzie miały pozostać do czasu ustabilizowania sytuacji. Dopiero po ponad roku wróciły do Racławic Śląskich i ponownie zajęły swoje miejsce w życiu parafii.
Pierwsze miesiące na nowej ziemi nie były łatwe.
Ksiądz Filip Zając musiał ułożyć relacje z miejscowym niemieckim proboszczem, Edwardem Scholzem. Duchowny nie ukrywał dystansu wobec nowych mieszkańców. Dla niego ich przybycie było skutkiem wydarzeń, które oznaczały również utratę własnego świata.
Na szczęście plebania w pobliskim Wierzchu stała pusta. Filip Zając mógł tam zamieszkać i rozpocząć pracę duszpasterską. Odprawiał Msze święte zarówno w Wierzchu, jak i w Racławicach. Między miejscowościami przemierzał pieszo polne drogi prowadzące przez śląskie wzgórza.
Ten krajobraz był dla niego czymś zupełnie nowym. Zamiast spalonych wojną pól Brzeżańszczyzny widział spokojne doliny, lasy i zabudowania, które – choć obce – miały stać się dla jego ludzi początkiem nowego życia.
Nie oznaczało to jednak końca problemów.
Jednym z pierwszych sporów między duchownymi była sprawa szat liturgicznych.
Ksiądz Scholz nie chciał ich udostępnić.
— Nie mogę ich księdzu dać — mówił stanowczo. — Sam je kupowałem. Dla siebie.
Filip Zając próbował spokojnie tłumaczyć:
— Księże proboszczu, przecież nie chodzi o mnie. Chodzi o ludzi, którzy przybyli tutaj bez niczego. Kościół powinien być miejscem, gdzie łatwiej znaleźć pomoc niż przeszkodę.
Scholz jednak pozostawał nieugięty.
— To są moje rzeczy.
Spór trwałby zapewne dłużej, gdyby nie gospodyni obsługująca wspólny stół. Kobieta znała oba języki i od dawna próbowała łagodzić napięcia między mieszkańcami.
— Może najpierw podziękujemy Panu Bogu za to, co mamy — powiedziała spokojnie. — A potem zastanowimy się, czy chrześcijanin powinien odmawiać pomocy drugiemu człowiekowi.
Spojrzała na księdza Scholza.
— Przecież ornaty od tego się nie zniszczą.
Jej słowa nie rozwiązały od razu całego konfliktu, ale po raz pierwszy od dawna wśród obecnych pojawił się cień uśmiechu.
Późnym latem 1945 roku do Racławic przybyli mieszkańcy Baranówki – jednej z kolonii Buszcza. Przywieźli ze sobą własne szaty liturgiczne. Od tej chwili Filip Zając nie musiał już prosić niemieckiego proboszcza o pomoc.
Z czasem sytuacja zaczęła się zmieniać. Latem 1946 roku ostatni niemieccy mieszkańcy opuścili wieś. Wtedy ksiądz Zając mógł na stałe przenieść się do Racławic i zamieszkać przy swojej parafii.
Do nowego kościoła sprowadzono również oba obrazy.
Piętnastego sierpnia 1946 roku odbył się pierwszy odpust w odrodzonej parafii.
Dla dawnych mieszkańców Buszcza nie była to zwykła uroczystość. Było to spotkanie ludzi, którzy po latach straty odzyskiwali coś więcej niż tylko miejsce modlitwy. Odzyskiwali część własnej historii.
Cieszyli się wszyscy: ksiądz Filip, dawni parafianie oraz Franciszka Żołnowska, która przez cały czas wierzyła, że obraz Matki Bożej wróci do swoich ludzi.
Na uroczystość przybył również Franc Moravec. Kiedy dowiedział się, gdzie ostatecznie znalazł się cudowny wizerunek, postanowił odwiedzić Racławice.
Nie była to dla niego zwykła podróż. Wracał do miejsca związanego z wydarzeniami, podczas których on i inni ludzie narażali własne życie, aby ocalić obraz przed zniszczeniem.
Wydawało się wówczas, że najtrudniejsze chwile minęły.
Wojna się skończyła. Wspólnota przetrwała. Kościół został odbudowany na nowej ziemi.
Jednak historia nie pozwoliła im długo cieszyć się spokojem.
Ksiądz Filip Zając od początku miał trudności z odnalezieniem się w rzeczywistości Polski Ludowej. Dla niego zakończenie wojny nie oznaczało końca odpowiedzialności za ludzi, których prowadził przez lata cierpienia i wysiedlenia.
W swoich kazaniach przypominał wiernym o znaczeniu wiary, pamięci i odpowiedzialności za własne życie. Nie unikał tematów, które w tamtym czasie stawały się coraz bardziej niewygodne dla nowej władzy.
— Człowiek, który zapomina, skąd pochodzi, łatwo traci także świadomość tego, kim jest — mówił z ambony. — A wspólnota bez wartości szybko przestaje być wspólnotą.
Parafianie słuchali go uważnie. Wielu podzielało jego poglądy, inni zachowywali ostrożność, bo po wojnie każdy wiedział, że niektóre słowa mogą mieć konsekwencje.
Wieści o jego kazaniach zaczęły jednak docierać poza parafię. Dla lokalnych działaczy ksiądz Zając stał się człowiekiem niewygodnym. Nie dlatego, że nawoływał do przemocy – przeciwnie, przez całe życie pozostawał człowiekiem spokojnym – lecz dlatego, że przypominał o wartościach, których nowa ideologia nie chciała uznawać.
Wiosną 1948 roku, późnym wieczorem, ktoś zapukał do drzwi plebanii.
Za progiem stała młoda para.
— Jesteśmy po ślubie — powiedziała kobieta. — Chcielibyśmy prosić księdza o błogosławieństwo.
Filip Zając, jak zawsze w takich sytuacjach, otworzył drzwi.
Nie wiedział, że był to podstęp.
Gdy tylko weszli do środka, zaatakowali go.
Napad trwał krótko, lecz był brutalny. Uderzenia i kopnięcia spadły na starszego już duszpasterza, który nie spodziewał się żadnego zagrożenia od ludzi przychodzących rzekomo po modlitwę.
Podczas ataku padały obelgi i groźby.
— Jeszcze cię dopadniemy! — krzyczeli napastnicy.
Po chwili uciekli.
Filip Zając długo dochodził do siebie. Pobity i upokorzony mógł poczuć, że wszystko, czemu poświęcił życie, zostało zakwestionowane. Nie pozwolił jednak, aby strach zwyciężył.
Nadal odprawiał msze święte, odwiedzał parafian i pełnił swoją posługę.
Przeszedł już przez wojnę, utratę domu i wysiedlenie. Nie zamierzał teraz porzucać ludzi, którzy mu zaufali.
Zmarł w nocy z 17 na 18 sierpnia 1951 roku, w swoim domu parafialnym.
Odszedł spokojnie, otoczony modlitwą tych, którym służył.
Na końcu tej historii warto wrócić do Franciszki Żołnowskiej – mojej krewnej, do której od dzieciństwa mówiłem „babuniu”.
To dzięki niej opowieść o ocaleniu buszczeckiego obrazu nie pozostała wyłącznie zapisem w archiwach. Przetrwała również w pamięci rodzinnej – w słowach, gestach i obrazach zachowanych przez kolejne pokolenia.
Z dzieciństwa pamiętam dwa obrazy.
Pierwszy.
Babunia stoi przy przydrożnej kapliczce, w cieniu starych drzew. W dłoniach trzyma kilka orzechów, które właśnie mi podała. Uśmiecha się i mówi:
— Dziecinko, pokaż, jak modlisz się do Anioła Stróża.
Składam ręce.
— Aniele Boży, Stróżu mój, Ty zawsze przy mnie stój. Rano, wieczór, we dnie, w nocy bądź mi zawsze ku pomocy.
Patrzy na mnie z radością, jakby te proste dziecięce słowa były czymś niezwykle ważnym.
Nad nami powoli zachodzi słońce. Światło przesącza się między gałęziami drzew i na chwilę zatrzymuje się przy małej nadrzewnej kapliczce.
Drugi obraz.
Babunia leży już na łożu śmierci.
Jest słaba, ale mówi spokojnie.
— Szanuj starszych... i nigdy nie zapominaj o wieczornej modlitwie.
Były to jedne z ostatnich słów, jakie od niej usłyszałem.
Franciszka Żołnowska zmarła latem 1991 roku.
Do końca pozostała wierna temu, co było dla niej najważniejsze: Bogu, rodzinie i pamięci o miejscu, które musiała opuścić.
Przez całe życie nosiła w sobie świadomość, że uratowanie obrazu Matki Bożej Buszczeckiej nie było tylko ocaleniem przedmiotu. Było ocaleniem znaku, który przypominał ludziom, kim byli i skąd przybyli.
Historia mieszkańców Buszcza nie jest wyłącznie opowieścią o wojnie i przesiedleniu.
Jest opowieścią o tym, że człowiek może utracić dom, ziemię i cały dawny świat, a mimo to zachować coś, czego nie można odebrać siłą: pamięć, wiarę i poczucie wspólnoty.
Dzięki odwadze wielu ludzi obraz Matki Bożej Buszczeckiej przetrwał wojenną zawieruchę i znalazł swoje miejsce w Racławicach Śląskich.
Tam pozostał nie tylko świadkiem historii.
Pozostał świadkiem bohaterstwa ludzi.
Komentarze (7)
Ktoś mi coś napisze? Zachęcam do komentowania, dla autora to ważne.
Zapraszam na moje opowiadanie kamień szlachetny, jest o kamieniu mającym moc wpływania na charakter innych ludzi wokoło.
Skończ to żebranie.
Mamycię, mówisz do mnie czy do emiliko?
No przecież nie do ciebie.
3896 słów, czyli 10 stron A4😲
Lepiej byłoby podzielić na 4 części, bo ludzkość z natury jest leniwa...
Ale masz fajnego nicka. Lubię paluszki.
Wracając do tematu: "ludzkość jest leniwa", pewnie masz rację.
Dzięki, pomyślę o tym. :-)
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania