"Historia Mary Mikaelson" Rozdział 4
Budzę się na koronie wielkiego dębu schowana w jego ramionach, jako człowiek nie mogłam nawet o tym marzyć, a teraz mam go obok siebie. Żołądek się skręca, zaciskam zęby, a po policzkach spływają łzy. Mrugam szybciej żeby je rozgonić, wycieram policzki.
Zeskakuje z drzewa, muszę chwilę pobyć sama… Idę przez łąkę, wschodzi słońce, ale brak mi czegoś, brak mi delikatnego wietrzyku muskającego moje policzki… Chcę choć przez chwilę poczuć się poza tym wszystkim, czuć tylko wiatr. Rozpościeram ręce szeroko i rozbawionym głosem przemawiam.
-Wietrze, który dajesz ukojenie zaszczyć mnie swoją obecnością.
Niemal natychmiast czuję przyjemny dotyk wiatru muskającego moje policzki. Ach, gdyby jeszcze spadł przyjemny letni deszczyk. Kieruje wzrok ku chmurą i przemawiam.
-Wodo, która gasisz pragnienie, ześlij z chmur przyjemny letni deszcz.
Jak na życzenie, lub woda odkręcona w kranie zaczyna padać, a ja ze szczęścia tańczę w tym deszczu.
-Teraz już wiesz, że nie jesteś zwykłym wampirem? –Słyszę znajomy głos czarnego wilka.
-Więc czym jestem? –Pytam nie dowierzając.
-Jesteś vampwitch i wkrótce zrozumiesz znaczenie swojego istnienia. Mądrze wykorzystaj ten dar…
Nie zdążę otworzyć ust, a on znika. Staje w miejscu troszkę zdekoncentrowana, nawet tracę równowagę, ale w mgnieniu oka znajduję się w jego ramionach.
-Jesteś bezpieczna. –Szepce mi do ucha i całuje w policzek.
-Dlaczego tak się nie czuję? –Po policzkach spływają łzy, chowam twarz w jego ramionach. –Nie wiem kim jestem, musiałam zerwać kontakt z moją rodziną bez słowa wyjaśnienia. Boje się, bo czuję, że to zaledwie początek.
-Jesteś wampirem, dopiero poznajesz swoją naturę, ale spójrz na to z lepszej perspektywy. –Ociera moje łzy i delikatnie gładzi policzek. –Mamy siebie i razem przez to przejdziemy…
-Nie Adamie, ja nie jestem wampirem… Jestem również związana z naturą, czerpię z niej moc, choć tego nie rozumiem. Jeśli chodzi o nas… -Spoglądam w jego złote oczy, które patrzą na mnie z uwagą i mówię niemal szeptem. –Bałam się marzyć o tobie, bo bałam się, że to uczucie mogłoby mnie zabić…
Na jego twarzy pojawia się cień uśmiechu, widzę że to jest dla niego poważna sprawa.
-Zawsze, odkąd cię poznałem… Nie było dziewczyny, która mogłaby się z tobą równać. –Jego ramiona obejmują mnie mocniej, a jego słowa niemal łaskoczą moje ucho. –Nie mogłem z tobą być, bo umarłbym tracąc twoją miłość. Kiedy zniknęłaś wiedziałem, że to nie jest koniec, bo zależało ci na mnie. Chciałem zbudować dla nas lepszą przyszłość niż ta, na którą skazało nas przeznaczenie. –Ostatnie słowa wypowiada z niesamowitą pewnością. –Wiedziałem, że musi nadejść moment kiedy już na zawsze będziemy razem.
-I nadszedł, tak Adamie. Już nadszedł.
-Przetrwamy, przejdziemy przez to razem.
-Musimy się nauczyć jak się pożywić, żeby ich nie zabijać, żeby zapomnieli.
-Co proponujesz?
-Może jakiś domek na skraju lasu?
Więc ruszamy w drogę szukać pożywienia.
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania