"Historia Mary Mikaelson" Rozdział 7

Rozdział 7

 

Wsiadam do auta, on siedzi skulony. Chyba jest bezradny i nie ma już siły uciekać przed swoją największą słabością… Podnosi głowę i spogląda na mnie swoimi pięknymi złotymi oczami, chowa twarz w moich ramionach.

Nasze dłonie z tatuażami, łączą się z całość, w drugiej ręce trzymam ostatnią cząstkę jego rodziny. Czarny kawałek chalcedonu w kształcie słońca. Wtedy wszystko wokół nas jaśnieje…

 

-Adamie!

-Mary!

 

Czuję palący ból łączący nasze dłonie. Budzę się w środku polany, którą spowija gęsta mgła, przez którą prześwitują światła miasta i księżyc.

 

-Niedługo pełnia… -Przyciąga mnie do siebie i nasze usta pocałunek, który kiedyś był nam zakazany.

-Mary… -Zaczyna, a ja padam na kolana bo moje ramię przeszywa niewyobrażalny, palący ból… Wyduszam z siebie ostatecznie.

-Adamie! –Teraz leżę na ziemi i nie mogę się ruszyć… -Adamie.

 

Zapada cisza.

 

 

Budzę się na polanie, w ręku trzymam kamień rodziny Fray, wstaje dzień. Powoli siadam i uświadamiam sobie, że nie ma go przy mnie.

 

-Adam?! –Cisza. –Adam!

 

Nie ma go, zniknął… Zniknął, a ja nie zdążyłam wymazać mu wspomnień związanych z śmiercią jego rodziców. W takim stanie zdolny jest do wszystkiego. Próbuję dzwonić do niego, niestety nie odpowiada.

Czuję nieopisaną rozpacz, bezsilność… Biegnę i biegnę… Kiedy się zatrzymuję uświadamiam sobie, że stoję przed domem Mata. I wtedy wszystko co dobre we mnie zostaje zabite. Przeskakuję ogrodzenie i wskakuję na parapet jego okna. Zapewne zaraz będzie wstawał do pracy, ale jednak się w niej nie pojawi. Stukam w okno żeby otworzył i po chwili ukazuje się moim oczom chłopak o alabastrowej cerze z doskonale zarysowanymi czarnymi brwiami i krótkimi włosami tego samego koloru oraz wyrazistymi wiśniowymi ustami. Jego oczy barwy ciemnego bursztynu, coś głęboko brązowego z żółcią. Przeciera oczy niedowierzając.

 

-Mary? Co ty tu…

-Mogę wejść? –Przekleństwo każdego wampira, musi uzyskać zaproszenie żeby się dostać do środka.

-Tak, wejdź. Proszę, ale… -Wskakuję do środka.

-Tak w ogóle to od kiedy znasz moje imię, bo z tego co pamiętam to „nie znałeś mnie”. –Czuję jak wściekłość we mnie narasta. –Jak mogłeś! Jak mogłeś tak podle i tchórzowsko postąpić?

-Mary ja…

-Mnie się tak nie traktuje rozumiesz? -W mgnieniu oka jest przyparty do ściany. –Jak mogłeś…

-Mary… Przepraszam, wybacz mi…

-Jak mnie przekonasz? –Moja twarz jest kila centymetrów od jego, patrzę mu prosto w oczy, a on jest przerażony… -Tak, dokładnie tak. Musisz mnie przekonać.

 

Jego ramiona niespodziewanie mnie otaczają, usta łączą się z moimi w pocałunku i wtedy to następuje. Wyrywam się z uścisku, przypieram go do ściany i zanurzam kły w jego szyi. Jednak oszczędzę mu życie, żeby mi służył. Kiedy czuję się silniejsza, a on trzyma się jeszcze na nogach przestaję. Spoglądam w oczy, które kiedyś tak bardzo kochałam i przemawiam:

 

-Od dzisiaj służysz mi, bez względu gdzie będziesz, co będziesz robił. Kiedy ci rozkażę przybędziesz i spełnisz swoją misję. Będziesz miewał o mnie sny i będą cię budzić wyrzuty sumienia...

-Dobrze kochana. -Odpowiada mechanicznie.

 

Przegryzam swój nadgarstek i dokładam go do jego ust by skosztował mojej krwi. Ma ona właściwości lecznicze dla śmiertelników. Wskakuję na jego okno i mówię.

 

-Żegnaj.

 

A on stoi jak zaczarowany nie odrywając ode mnie wzroku.

Średnia ocena: 0.0  Głosów: 0

Zaloguj się, aby ocenić

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania