HODÓW – powieść przygodowa.
Prolog
Adrien de Brissac, jedyny syn francuskiego ambasadora i polskiej szlachcianki, już się nie boi.
Choć bał się śmiertelnie. Nie ucieka. Już nie.
Stoi tu, w obliczu śmierci, która, świszcząc, cicho tnie powietrze.
Widzi metalowy grot strzały.
Widzi jej prosty drewniany promień i przycięte lotki na jej końcu.
Jego serce uderza spokojnie. Nie ma w nim paniki. Nie ma kołatania. Jeszcze jedno, może dwa uderzenia, nim dosięgnie je ostrze. Gdy wbije się i zakończy jego niestrudzoną pracę.
Śmierć leci. Zna swój cel. Zna ścieżkę zapisaną w księdze życia i śmierci, tam, gdzie los wszelakiego stworzenia przypisany być musi. Bo co zapisane, skreślone być nie może.
Umazana krwią, ziemią i łzami twarz ma spokojną i zmęczoną.
A więc tak to się skończy, pomyślał. Bez słowa „przepraszam cię, ojcze” i bez słowa „wybaczam”.
Nie pożegnał się z Paryżem. Nie powita go już nigdy.
Adrien de Brissac, jedyny syn francuskiego ambasadora i polskiej szlachcianki, już się nie boi – zamyka oczy.
Czeka.
Rozdział 1
Jan Krzeszowski
A bowiem jadłem popiół jako chleb, a napój mój mieszałem z płaczem.
Mrok, mgła i księżyc.
Dwudziestoletni Samir był doświadczonym tatarskim zwiadowcą. Miał ledwie dwanaście lat, gdy po raz pierwszy wyruszył pod okiem starszego brata na wyprawę na lechickie ziemie. Akhmet, który był wytrawnym zwiadowcą, nauczył Samira tego wszystkiego, co było niezbędne, by pozostać niewidocznym i cichym niczym pająk wędrujący po pajęczej sieci.
Od pierwszej wyprawy Samir nabierał doświadczenia i wprawy godnej najlepszych ze znanych mu zwiadowców. Był dumny z zielonego pasa opasującego biodra. Pasa, który wyróżniał zwiadowców i nadawał im wyjątkową rangę.
Mrok, mgłę i księżyc nauczony był traktować niczym sprzymierzeńców. Mrok krył jego lekki, ciemny strój. Mgła rozmazywała sylwetkę konia, którego dosiadał, a księżyc ułatwiał w swoich zimnych, nikłych promieniach dostrzec ślady na ziemi. Samir miał wzrok sowy. Tam, gdzie inni widzieli jedynie kępy traw, łachy suchej ziemi lub zalegające liście, on widział ślady zwierząt i ludzi. Odczytywał ich kształt, głębokość i świeżość.
Jeszcze pół mili i zawróci. Tak postanowił. Nie chciał, by zaskoczył go świt, który o tej porze lata nadchodził wyjątkowo wcześnie. Pół mili było w sam raz, by wrócić bezpiecznie pod osłoną mroku i mgły. Gdzieś w oddali piskliwy głos lisa przerwał ciszę.
Żeruje, pomyślał Samir. To dobry czas dla lisów i wilków. Czas obfitości.
W opustoszałych wioskach i osadach, a nierzadko na polach i w lasach, pełno było martwych zwierząt i ludzi. Kto nie zdołał unieść głowy, ten trafiał w jasyr albo ginął. Podobnie traktowano wszelką zwierzynę. Czego nie zdołano uprowadzić, zabijano i pozostawiano wśród zgliszczy i popiołów. Ziemia, po której przechodziły czambuły, pełna była miejsc, w których mogły ucztować dzikie zwierzęta. Strawy wystarczało dla wszystkich.
Przez wszystkie te lata Samir przywykł do widoku pozostawionych na żer ciał niewiernych.
Oni nie są godni pochówku, przypomniał sobie słowa Akhmeta. Niewierni mogą skończyć jedynie jako jeńcy lub jako trupy. Samir widział wiszących na drzewach, spalonych, leżących w pogorzeliskach swych zagród, jak i tych, których śmierć dogoniła podczas ucieczki po polach i lasach. Ich los był Samirowi obojętny, przywykł. Okrucieństwo świata, w jakim żył było dla niego tak oczywiste, jak codzienny był wschód i zachód słońca.
Tak było, tak będzie, bo to jest wola Allaha. Mądre są słowa Proroka: wszak nie ja osądzam. Ja tylko wykonuję wyrok, który już był wydany, zanim się urodziłem.
Jeszcze ćwierć mili, nim zawróci. Postanowił, że po powrocie poprosi brata o obiecany mu przed wyprawą wyjątkowy kindżał. Ostrze, które od kilku pokoleń posiadali synowie rodu Mansura. Samir mimowolnie uśmiechnął się na tę myśl.
W tej samej chwili dostrzegł kilka śladów. Ktoś próbował je zamazać. Jak dla Samira – zbyt nieudolnie. Zbyt pospiesznie. Ktoś, kto spieszy się, by ukryć swoją obecność, robi to z dwóch powodów: chce się zasadzić albo chce się ukryć. Samir był pewien, że w tym przypadku chodzi o drugi powód. Łowca szykujący zasadzkę zatarłby ślady dokładniej. Tu ktoś, kto próbował się ukryć, popełnił kilka błędów.
Samir zsiadł z konia. Lekko pociągnął go za uzdę i ruszył, wpatrując się w nikłe ślady pozostawione na suchej, polnej drodze porośniętej kępami trawy. Jego niski, kosmaty stepowy bachmat potrafił poruszać się tak cicho, iż ruchy jego i kroki bardziej naturze rysia przypisać by można niż koniowi.
Samir przystanął i pochylił się nad jednym ze śladów. Ciemna, niewielka plama obok odciśniętej w ziemi stopy – krew, a więc to ktoś ranny – łatwy cel. Nie wrócę z pustymi rękoma, pomyślał. Nie tej nocy.
Ruszył dalej. Koń, jak duch, poszedł za nim.
Po kilkunastu krokach koń spiął się minimalnie.
Dla Samira był to czytelny znak. Zatrzymał się. Stał przez chwilę nieruchomo – nasłuchiwał. Jeśli tej nocy mgła i ciemność mają jakiś dźwięk, to jest nim cisza. Przepełniona i ciężka. Samir wsłuchiwał się w ciszę uważnie.
Jeśli jest tam, za pniem, choćby mysz, usłyszy bicie jej serca. Robak drążący tunele w korze drzewa też nie umknie jego wyczulonemu słuchowi. Gestem dłoni nakazuje koniowi stać i rusza powoli sam. Jego kroki są cichsze niż odgłos spadającego na ziemię liścia. Oddech może konkurować z szelestem skrzydeł motyla.
W ciemności, na tle rozległej dzikiej łąki, dostrzegł rosnący samotnie rozłożysty, ogromny, ciemny kształt drzewa.
Jeśli ktoś chciał się ukryć i odpocząć, a zwłaszcza ktoś ranny, to nie było ku temu lepszego miejsca. Samir ściągnął łuk i założył strzałę na cięciwę. Podchodził ostrożnie. Pień drzewa był wyjątkowo duży, na tyle, by ukryć za nim jeźdźca i jego konia. Jeszcze kilka kroków. Nic.
Samir zatrzymał się i nasłuchiwał chwilę. Cisza.
Trzymając się kilka kroków od pnia drzewa, bezszelestnie zaczął obchodzić go dookoła.
Oczy Samira błysnęły w mroku, a w pogardliwym uśmiechu na mgnienie zabielały zęby. Kilka kroków przed nim, pod naciągniętą aż na głowę derką, leżał człowiek. Choć ciemność nadal panowała nad światem, Samir bez trudu rozpoznał też przywiązanego do niskiego konaru konia.
Zwierzak był piękny, duży, silny i – Samir był tego pewien – drogi. Dla takiego konia byłby gotów przebyć pół świata i zabić bez mrugnięcia okiem. Oczami wyobraźni widział już pełne zazdrości i podziwu spojrzenia innych Tatarów, gdy wróci do obozu z taką zdobyczą. Widział też pełne uznania spojrzenie Akhmeta, któremu Samir od dawna próbował dorównać. Wszystko to przeleciało mu przez głowę z prędkością jaskółki.
Wypuszczona z tej odległości strzała musiała być śmiertelna. Samir nie wątpił, że śpiący pod derką człowiek już nie żyje. Strzała wbiła się głęboko. Celował tam, gdzie, jak przypuszczał, było serce. To, że trafiony nawet nie drgnął, jedynie utwierdziło Samira w jego przypuszczeniach. Ruszył w stronę zabitego. Nadal ostrożny, nadal czujny. Zrobił krok, drugi…
Cisza. Taka prawdziwa, ścinająca krew w żyłach, ta, która, rozszerzając źrenice, jednocześnie wysusza usta i gardło na wiór. Coś jest nie tak. Wysunął kindżał do połowy ostrza. Czuł czyjeś oczy na sobie. Rozkosz polowania zamieniła się w bolesne uczucie strachu. Wbrew własnej woli, wbrew instynktowi, który podpowiadał mu, by natychmiast uciekać, Samir zrobił następny krok.
Gdyby nie ten krok, jego historia potoczyłaby się inaczej. Jedno przestawienie stopy zadecydowało o dalszym losie.
Cichy, ledwie słyszalny szelest liści tuż nad nim.
Koń, z którego zdobycia tak zadowolony był Samir, lekko uniósł głowę. Jego oczy nie patrzyły na niego, patrzyły na coś ponad nim.
W jednej chwili Samir zrozumiał, że popełnił błąd. To nie za pniem drzewa skrywało się niebezpieczeństwo. Nie w mroku i mgle przed nim. Nikt nie wyłoni się nagle z ciemności. Pod derką nie było człowieka. To pułapka, w którą dał się wciągnąć.
Nim Samir zdołał zrobić półobrót, nim dłoń trzymająca kindżał zdołała go wyciągnąć z pochwy, ciemna, wysoka postać zeskoczyła z konarów.
Samir zobaczył twarz. Ta chwila wystarczyła, by żałował przybycia na ziemie Lachów. Oddałby wszystko, by wrócić do swojej rodzinnej jurty, do codziennych trudów życia na stepach. Oddałby to wszystko, co zdołał już zdobyć, łupiąc wraz ze współplemieńcami te ziemie i ludzi na nich mieszkających.
Oczy stojącego przed nim człowieka lśniły w mroku jak oczy drapieżnika. Twarz pokrywał szary popiół. Czoło, choć ukryte pod popiołem, przecinały pionowe bruzdy biegnące ku przymrużonym, złym oczom. Orli nos nadawał twarzy władczy charakter, a ciągnący się po obu bokach ust wąs częściowo zasłaniał wilczy uśmiech białych zębów. Ostatnią myślą Samira było to, że zna tę twarz. Znał ją z opowiadań. Znał ją z mrocznych, przerażających historii przekazywanych szeptem przy ogniskach.
Nim zdołał otworzyć usta, pięść uderzyła go w skroń. Samir wpadł w ciemność.
Krzeszowski przez chwilę ważył kindżał w dłoni. Potem pewnym rzutem wbił go w pień drzewa. Chwycił Samira za poły i zaciągnął pod konar. Liną sprawnie splątał nogi nieprzytomnego.
– Poślę cię do Mahometa – rzekł cicho Krzeszowski. – Jeno pierwej pogawędzimy.
Gdyby Samir był przytomny i dano mu wybór, zapewne sam podciąłby sobie gardło, byle nie gawędzić z człowiekiem, który, choć znany jedynie z opisu i przydomku, jaki nadali mu Tatarzy, budził w nim przerażenie większe niż sam diabeł.
Kara kul cini – Czarny Demon Popiołów – czyste zło zrodzone w bólu, krwi, łzach i, jak szeptali inni, w popiele spalonego dawno temu świata. Kto spotkał Kara kul cini, ten nie mógł liczyć na litość, nie mógł oczekiwać przebaczenia. Jedynie śmierć mogła przynieść mroczną ulgę, lecz nim nadeszła, Kara kul cini pokazywał, czym jest piekło.
Umysł Samira błąkał się jeszcze w ciemności, a wiotkie ciało leżało bezbronne pod konarem drzewa.
Milczący Krzeszowski już po chwili podkładał grubsze kawałki drewna na wierzch rozpalonego właśnie ogniska. Płomienie wydobyły z ciemności więcej szczegółów. Kindżał wetknięty ostrzem w ogień. Przerzucona przez konar lina zwisała nad Samirem. On sam, sprawnie związany w kostkach pozbawionych obuwia nóg, z dłońmi oplecionymi ciasno sznurem aż do łokci.
Mocnym szarpnięciem Krzeszowski dociąga sznur. Teraz oba przedramiona Samira stykają się od dłoni do łokci. Odcięty z ubrania Samira kawałek Krzeszowski wpycha mu w usta.
Prostuje się i przez chwilę ocenia swoją pracę. Ciche mruknięcie pod nosem: „Może być”. Sięga po rozgrzany w ogniu kindżał.
Pierwszy był ból, który obudził świadomość. Świadomość chciała krzyczeć. Krzyk ugrzązł, stłumiony przez wypełniającą usta szmatę. Samir otworzył oczy. Twarz pokryta popiołem pochylała się nad nim. Zimne oczy obserwowały reakcję Samira, gdy przed twarzą przesunął się kindżał z rozgrzanym do czerwoności ostrzem. Krzeszowski, nadal patrząc w oczy Samira, przesunął dłoń i przyłożył ostrze do jego stopy.
Fala bólu zalała mu zmysły. Łzy rozmazały obraz, a krzyk wybrzmiał jak jęk. Teraz to Samir szukał oczu Krzeszowskiego. Spod knebla bełkotał coś niezrozumiałego.
Popielatą twarz Krzeszowskiego rozjaśnił lekki uśmiech.
– Ledwom ci pięty podgrzał, a ty już ćwierkać chcesz? – Wyciągnął gałgan z ust Samira. – Ćwierkaj, jeno czysto i szczerze.
W oczach Samira zobaczył hardość, a zamiast ćwierkania usłyszał ochrypły głos.
– Ja naru kuni bardan wa salaman ala Ibrahim.
– O ogniu, bądź chłodem i pokojem dla Abrahama – powtórzył Krzeszowski słowa Samira. – Inna lillahi wa inna ilajhi radżi’un. Ja nie tam cię poślę, nie do Boga wrócisz, synu szakala – dodał, przecząc słowom wypowiedzianym w języku Samira.
Wepchnięty ponownie knebel uciął wściekły potok słów. Potem Samir czuł jedynie ból przerywany pytaniami. Gdy nie odpowiadał, ból był długi, wypalający duszę i wolę, dławiący oddech. Pęcherz Samira poddał się przy trzecim pytaniu, pytaniu, na które za wszelką cenę nie chciał odpowiedzieć – a jednak odpowiedział.
Inne, szeptem zadane tuż przy uchu Samira pytania czekały na odpowiedź. Te, na które odpowiedzi padały szybko, mniej bólu przynosiły. Te, których odpowiedzi w głębi umysłu Samira skrywać się próbowały, kosztowały go uciętą prawą dłoń i oko, dla odmiany lewe.
Nie miał Krzeszowski ni litości, ni miłosierdzia nad zwiadowcą o imieniu Samir z rodu Budziaków, synem Mansura, bratem Akhmeta. Nie miał ni litości, ni miłosierdzia nawet wtedy, gdy żołądek Samira nie wytrzymał, a zwieracz, bólem pokonany, puścił i z głośnym bulgotaniem wszystko, co w jelitach zalegało, po nogach Samira spłynęło.
A gdy, zaspokoiwszy swoją ciekawość, Krzeszowski wsiadł na konia, tego, którego nieszczęsny Samir chciał jako powód do dumy zagarnąć, pozostawił umęczonego Samira za szyję pod konarem podciągniętego. Stopy, okrutnie gorącym żelazem poznaczone, palcami ledwo ziemi dotykały, tak by przy życiu wiszącego, jak najdłużej pozostawić i męczarni większej mu zadać, nim skona.
Prawa dłoń, ostrzem szabli odrąbana, zwisała na szyi Samira na sznurku przewleczonym, jak kawał mięsiwa do wędzenia gotowy. Lewa, od więzów wolna, zwisała niczym martwa. Samir użyć nijak jej nie mógł, palce cztery mając połamane, a z piątego, wskazującego, do samej kości mięso żywcem ściągnięte, tak że kość upiorny szpon kostuchy przypominała.
Ocalałym okiem odprowadził Samir niknącego w mroku i mgle Krzeszowskiego. A wraz z nim odchodził koń Samira, ciągnięty za uzdę.
Księżyc wyjrzał na chwilę zza ciężkich chmur. Oświetlił drzewo, oświetlił ciepły jeszcze popiół wypalonego ogniska i oświetlił twarz bez lewego oka. Zdrowe oko skierował Samir ku ciemnemu niebu i księżycowi. Otworzył usta, by skargę swą ku Allahowi wykrzyczeć. Zamiast tego z ust gęsta krew popłynęła w dół, ku piersi. Nigdy już nie wypowie Samir modlitwy Allahowi należnej. Skargi nie wyszepcze ani bluźnierczych słów wrogom i niewiernym należnych, w ich twarze nie pośle.
Jego odcięty język leżał sczerniały wśród ciepłych jeszcze popiołów.
Myśl jaśniejsza przebiła się przez ból z podpowiedzią, która koniec męczarni obiecywała. Wystarczy, że pozwoli palcom stóp opór porzucić. Podciągnąć nogi i zawisnąć na pętli. Tylko to – zgiąć kolana, wytrzymać chwilę i…
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania