Hotel 04
Poranne godziny w kazdym hotelu wygladaja tak samo. Leniwie ciagnacy sie czas, do ktorego dostosowuja sie obecni tu ludzie, spowalnijacy wszystko dokoola.
Pokojowka powolnymi ruchami odkurzala ciagnacy sie od wejscia do recepcji dlugi dywan. Portier, ktory nawet nie drgnal i nie raczyl, chociazby udac zainteresownie.
Jedynie starsza Pani nie podlegala tym porannym rytualom. Mowila do swojego meza bez przerwy, intensywnie przy tym gestykulujac. Przy czym jej facet wogule nie byl tym niezainteresowny. Wodzil jedynie oczami za poruszajacym sie odkurzaczem, ktorego glosny dzwiek ratowal go z tej opresji. Musialo to byc malzenstwo z bardzo dlugim stazem, z ktorego przynajmniej polowe czasu dziadek wolalby wymazac, albo chociaz zamienic to jej gadanie na dzwiek bardziej interesujacy, na przyklad na taki, na ktorym wlasnie sie skupial.
Na koncu sali siedzial facet w garniturze. Czytal gazete i popijal kawe. Wysokie czolo i zadarty nos nadawaly jego twarzy wyraz lekcewazacej wyzszosci. Filizanke trzymal za ucho kciokiem i palcem wskazujacym, sprawiajac ze cala dlon ukladala sie w symbol przedstawiajacy liczbe zero. Podnoscil ja powolnymi, dostojnymi ruchami nadajac tej zwyklej czynnosci znaczenia nadzwyczajnej ceremoni.
- To musi byc makler albo bankier - pomyslal John
- Oni wszedzie wygladaja tak samo. Rozroznia ich tylko wiek.
Facet mial okolo czterdziestu pieciu lat i trudno bylo Johnowi jednoznacznie to roztrzygnac. Przygladal mu sie jeszcze przez chwile po czym z zadowoleniem stwierdzil
- To musi byc makler.
- Jakbys siedzial swoim tlustym dupskiem na takiej kasie, to tez bys spowolnil swoje ruchy - powiedzial jakby do niego
W zyciu Johna przewinela sie niezliczona ilosc ludzi z roznych zakatkow swiata. Znal on najgorszych zbirow o wszelakej narodowosci, biznesmenow z najwyzszych sfer z ktorym latal odrzutowcami, a nawet bywal na bankietach wyprawianych przez najznakomitrze rodziny.
Wystarczyla mu niewiele czasu, aby rozgryzc kazdego czlowieka. Zwlaszcza tych, co cos znaczyli, tych ktorzy mogliby potencjalnie sprawic jakies problemy. Policjanta po tajniaku umial rozpoznac w mgnieniu oka. Zdradzalo ich nie tylko to w jaki sposob sie poruszali, ale cos jeszcze. To ich wnikliwe spojrzenie, wwiercajace sie prosto do glowy. Te oczy, ktore zdawaly sie, ze posiadly wlasna swiadomosc i same potrafily przeczytac czlowieka kiedy klamie. Nie lubial tego spojrzenia.
W holu nie bylo nikogo waznego. Sama publicznosc, tak jak okreslal ludzi postronnych. Ludzi, ktorzy nie odgrywaja zadnych rol i nie stanowia zadnego istotnego czynnika, ktorym musialby sie przejmowac. Zaliczal ich do zwyklego tla. Tla akcji, ktora zaraz sie tu wydazy.
- ciekawe, czy oni tez tak o sobie mysla, czy zdaja sobie sprawe z tego, ze sa jedynie tlem do tysiecy zdazen, ktorych nie widza, albo nie chca zobaczyc.
Odpowiedzial sobie szybko na pytanie
- przeciez tlo nie moze byc swiadome swojego istnienia. Podobnie jak kamien lezacy na ziemi nie odgrywajacy zadnej wiekszej roli. Nieistotny czynnik, nie potrafiacy wykrzesac sam z siebie zadnego dzialania.
I wlasnie tym byli dla niego tacy ludzie. Nic nie znaczace, lezaca na ziemii kamienie, ktorych niezliczona ilosc mijal na swojej drodze. Jedyna ich rola sprowadzala sie do tego, ze czasem przypadkowo swoja obecnoscia mogly cos popsuc. Od tak niechcacy przypadkowo wplynac na rozwoju wydazen. Jedynie trzeba bylo uwazac aby sie o nie potknac, zeby omijac niepostrzezenie. A jesli juz jakims cudem wpadalo sie na takiego, to nazalo szybko zdeptac, zanim wplynie na rozwoj wydazen.
Zyjacy w blogiej nieswiadomosci ludzie, niemajacy pojecia o sprawach, ktore sie tocza tuz obok nich. Ilez to razy mijali oni niebezpiecznych mordercow czy innych szalencow, jakich pelno chodzi po ulicach. I nawet sie do nich usmiechali i witali nawiazujac plytka rozmowe o sprawach nieistotnych. Gdyby tylko widzieli, ze sa oni zdolni aby zabic, z latwoscia z jaka jednym trzasnieciem packi zabija sie muche, jesli oczywiscie tylko im sie to oplaci. I gdyby tylko umieli ich rozpoznac, to by sie zdziwili, ze nie lalezy sie bac tych najglosniejszych noszacych sie jakby byli panami swiata. Najgorsi sa ci niepozorni.
Biedni szczesliwi glupcy.
Dokladnie jak ten gosc siedziacy na portierni. Przychodzi przez caly rok do swojej pracy, codzienie wykonujacy te same czynnosci i nic poza tym. Tydzien po tygodniu, miesiac po miesiacu, rok za rokiem. Az w koncu dobil do wieku przedemerytalnego. Przebrnal przez swoje poukladladane i bezpieczne zycie jak cien samego siebie, ktorym moglby kiedys sie stac. A moze sie stal? A moze wlasnie jest teraz w swoim swiecie, gdzie jest kims innym?
Patrzyl sie obojetnie przed siebie, a twarz jego nie reagowala na zadne bodzce. Nawet nie podazyl wzrokiem za Johnem, ktory juz wczesniej przewidzial, ze go nie zatrzyma.
Siedzial obojetnie i zawieszony patrzyl sie sie przed siebie wprost na drzwi wejsciowe. Wrosl w to miejsce i stal sie niczym wiecej, niz meblem albo przyrzadem o ograniczonej uzytecznosci.
- kolejny kamien...
John minal portiernie i wszedl do windy. W srodku az blyszczalo. Sciany wylozone byly wypolerowanym metalem, ktorego lsniaca powierzchnia odbijala wszystko niczym lustro. Prostokatny panel sterujacy byl matowy i odznaczal sie od scian. Na nim znajdowaly sie krysztalowe przyciski. John nacisnal ten z cyfra trzy. Drzwi zasunely sie, winda ruszyla i zawiozla go na wskazane pietro.
John rozejzal sie po dlugim korytarzu, a nastepnie zamknal oczy...
Zaczal naslychiwac otoczenie. Z porannej ciszy zaczal wylapywac przerozne dzwieki.
Stukot filizanki - ktos zaparza kawe
Cichy szum silnika - klimatyzacja
Piosenka"you are so beautifull"-para kochankow
....
... I wiele, wiele innych.
Widzial uszami i niczym nietoperz zeskanowal cale otaczenie. Nie slyszal, nic co by moglo mu przeszkodzic.
Podszedl do ostatnich drzwi i przyblizyzyl sie do nich tak blisko, ze az wyczul roznice temperatury jaki bil od plaskiej powierzchni. Ale nic poza tym. Zaden dzwiek, zadna wibrajacja, Troche sie tym zaniepokoil, bo tym razem zaden dzwiek nie dolecial do jego uszu.
- kurcze nie lubie dzialac na slepo - pomyslal
Z najwieksza ostroznoscia dosisnal drzwi, a przez powstaka luke z wnetrza pokoju dobiegl do jego nozdrzy strumien powietrza. Nic nie poczol.
Przecietnemu czlowiekowi nic by to nie mowilo, ale nie Johnowi.
- mam Cie - pomyslal.
- Juz jestes moja!
Normalnie o tej godzinio powinno sie dac slyszec jakies dzwieki, albo chociazby zapach swierzo zaparzonej kawy. Jego ofiara jeszcze spi.
Uzywajac wytrychow otworzyl dzwi i bezszelestnie wszedl do srodka.
Rozejzal sie dokoola. Zeskanowal kazdy najmniejszy mankament. W jednej chwili znal juz cale rozmiezczenie mieszkania. Na prawo kuchnia i lazienka po lewej sypialnia. W glowinym pomieszczeniu potwierane okna. Podszedl do drzwi balkonowych i spojrzal w strone budynku naprzeciw, na okno od pokoju, w ktorym spedzil cala dobe.
Zamknal jeszcze raz oczy by dostrzec to co niewidzialne.
- To jest ten moment. Zaraz sie wszystko zakonczy
Wyjal noz i nacisnal klamke od dzwii sypialni. Byl pewien, ze ona tam jest.
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania