Hrabia, Kameleon i lista

CZARNA WOŁGA NA MARSZAŁKOWSKIEJ

Warszawa, listopad 1978 roku. Deszcz ze śniegiem zamieniał stolicę w szarą, błotnistą breję. Kapitan Marek Kowalski siedział w swoim Fiacie 125p, obserwując wejście do hotelu „Victoria”. W radiu leciało „Wszystko czego dziś chcę” Trojanowskiej, ale Marek słyszał tylko miarowe tykanie zegarka i własny oddech.

– Tato, idzie – szepnął siedzący obok Wiktor.

Z hotelu wyszedł mężczyzna w beżowym prochowcu. Pod pachą ściskał skórzaną aktówkę. To był „Hrabia” – łącznik, który od miesięcy wodził milicję za nos. Chwilę później z mroku wyłoniła się Czarna Wołga. Bez świateł, jak widmo. „Hrabia” wsiadł, a samochód ruszył z piskiem opon w stronę mostu Poniatowskiego.

– Jedziemy – rzucił Marek, wrzucając jedynkę.

Pościg trwał kilkanaście minut. Wołga kluczyła między kamienicami Pragi, aż w końcu wjechała na teren opuszczonej parowozowni. Marek zgasił światła i zaparkował sto metrów dalej.

– Zostajesz w aucie, Wiktor. To nie są żarty. Ci ludzie nie pytają o dokumenty, zanim strzelą – Marek wyciągnął z kabury swoją P-64 i sprawdził magazynek.

– Zapomnij, tato. Sam ich nie upilnujesz – Wiktor był już na zewnątrz, trzymając w ręku ciężką latarkę.

Wewnątrz parowozowni śmierdziało mokrym betonem i starym olejem. W świetle jednej latarki widać było „Hrabiego” i dwóch osiłków w skórzanych kurtkach. Na środku stała otwarta skrzynia.

– Towar jest czysty. Prosto z magazynów wojskowych – charczał jeden z goryli. – Ale cena wzrosła. Dewizy, żadnych złotówek.

Marek zrobił krok do przodu, ale pod jego butem trzasnęło szkło. Cisza, która zapadła, była głośniejsza od wystrzału.

– Milicja! Ręce za głowę! – krzyknął Kowalski, wychodząc z cienia.

Zamiast rąk w górze, zobaczył błysk lufy. Huk rozdarł powietrze. Marek padł za stalowy filar, a beton nad jego głową rozprysł się w pył.

– Wiktor, kryj się! – wrzasnął.

Odpowiedziały mu kolejne strzały. „Hrabia” próbował uciekać z aktówką w stronę rampy. Wiktor, niewiele myśląc, rzucił latarką w stronę drugiego napastnika, oślepiając go na ułamek sekundy, i rzucił się do przodu, przewracając stertę drewnianych skrzyń. Hałas był potworny.

Marek oddał dwa precyzyjne strzały. Jeden z osiłków jęknął i osunął się na ziemię, trzymając się za ramię. Drugi zaczął panicznie uciekać w stronę wyjścia, prosto na Wiktora. Chłopak nie czekał – niskim wejściem podciął napastnika, a gdy ten upadł, Marek był już przy nim, przyciskając go kolanem do ziemi.

– Gdzie jest „Hrabia”? – syknął Kapitan.

Wiktor wskazał na górną galeryjkę. Łącznik biegł po zardzewiałych schodach, potykając się o własny płaszcz. Marek ruszył za nim. Na samej górze, pod dziurawym dachem, przez który wpadały płatki śniegu, „Hrabia” znalazł się w potrzasku.

– Koniec zabawy, Jerzy – Marek podszedł blisko, mierząc do niego z pistoletu. – Oddaj teczkę.

– To nie moje, Marek… ja tylko dostarczam przesyłki – wybełkotał „Hrabia”, trzęsącymi się rękami podając aktówkę.

Marek otworzył ją jedną ręką. W środku nie było narkotyków ani pieniędzy. Były tam paszporty na inne nazwiska i mikrofilmy.

– Szpiegostwo? – Marek uniósł brwi. – To już nie jest sprawa dla zwykłej milicji. To bilet w jedną stronę na Rakowiecką.

Gdy na teren wjechały Nysy z posiłkami, Marek usiadł na zderzaku swojego Fiata i zapalił papierosa. Wiktor stał obok, wycierając brudną od smaru twarz.

– Żyjesz, młody? – zapytał kapitan, podając synowi ogień.

– Żyję. Ale następnym razem weźmiemy kogoś do wsparcia. Ten twój Fiat ledwo zipie po takim pościgu.

Marek uśmiechnął się gorzko, patrząc jak „Hrabia” jest wpychany do suki.

– W tym mieście, Wiktor, rzadko kiedy masz wsparcie, na które zasługujesz. Ale masz rację… auto trzeba oddać do remontu.

I jak? Taka wersja "bez techniki" siada lepiej? Mamy kontynuować wątek tych mikrofilmów, czy wolisz nową historię, np. o tajemniczym morderstwie w pociągu relacji Warszawa-Berlin?

MORDERCZY TRANZYT: WARSZAWA–BERLIN

Dwa dni później. Dworzec Gdański, godzina 22:15.

Peron tonął w żółtym świetle latarni, które ledwo przebijało się przez kłęby pary buchającej z lokomotywy ekspresu do Berlina Zachodniego. Marek Kowalski, z postawionym kołnierzem płaszcza, wmieszał się w tłum podróżnych. Wiktor stał przy kiosku „Ruchu”, niby to przeglądając najnowszy numer „Przekroju”, ale jego wzrok nie schodził z wagonu sypialnego.

– Mikrofilmy to była tylko połowa sukcesu, tato – szepnął Wiktor, gdy Marek przeszedł obok niego. – „Hrabia” sypnął podczas przesłuchania. Prawdziwy „mózg” operacji wsiada do tego pociągu. Ma przy sobie drugą część dokumentacji.

– Widzisz go? – zapytał Marek, nie poruszając wargami.

– Wagon numer cztery, przedział szósty. Wysoki, okulary, dyplomatka przykuta łańcuszkiem do nadgarstka. Wygląda na dyplomatę, ale to „Kameleon”. Najlepszy kurier w branży.

Marek kiwnął głową. Pociąg ruszył z szarpnięciem. Nie było czasu na czekanie na wsparcie. Kowalski wskoczył na stopień ostatniego wagonu, a tuż za nim, zwinnie jak kot, wślizgnął się Wiktor.

Wewnątrz pociągu panował duszny zapach kurzu i warszawskiej szynki z wagonu Warsa. Przejście przez kolejne wagony przypominało skradanie się w labiryncie. Gdy dotarli do wagonu czwartego, Marek wyciągnął pistolet, ale trzymał go nisko, osłoniętego połami płaszcza.

– Czekaj tu. Jak zacznę krzyczeć, odcinasz hamulec bezpieczeństwa w korytarzu – rozkazał Marek.

Wszedł do przedziału numer sześć. „Kameleon” siedział sam, czytając gazetę. Nawet nie drgnął, gdy Marek usiadł naprzeciwko.

– Daleko się wybieramy, panie radco? – zapytał kapitan, mrużąc oczy.

„Kameleon” powoli opuścił gazetę. Zza grubych szkieł patrzyły oczy zimne jak lód na Wiśle.

– Nie macie jurysdykcji w pociągu międzynarodowym, kapitanie. Za trzydzieści minut przekraczamy granicę.

– Jurysdykcję mam wszędzie tam, gdzie widzę zdrajcę – uciął Marek. – Dawaj teczkę.

Nagle pociąg gwałtownie przechylił się na zakręcie. „Kameleon” wykorzystał moment – z rękawa wypadł mu krótki nóż sprężynowy. Marek chwycił go za nadgarstek, a w ciasnym przedziale wywiązała się brutalna walka. Stolik pękł pod ciężarem ciał, a szklanka z herbatą w koszyczku rozprysła się w drobny mak.

– Wiktor! Teraz! – huknął Marek, gdy nóż centymetry od jego gardła zaczął przecinać materiał płaszcza.

Pociągiem szarpnęło tak mocno, że obaj mężczyźni wypadli na korytarz. Wiktor zaciągnął hamulec. Rozległ się przeraźliwy pisk tarcz, spod kół sypnęły snopy iskier, a pasażerowie zaczęli krzyczeć. „Kameleon” próbował wstać, ale pęd hamującego składu rzucił go o ścianę.

Wiktor doskoczył do kuriera, wyrywając mu teczkę, ale „Kameleon” kopnięciem odrzucił chłopaka na bok i rzucił się do wyjścia awaryjnego. Pociąg jeszcze się toczył, gdy kurier otworzył drzwi i wyskoczył w ciemność lasu pod Kutnem.

– Tato! Ucieka! – krzyknął Wiktor, trzymając odzyskaną dyplomatkę.

Marek dopadł do otwartych drzwi. Widział tylko znikający w zaroślach cień. Oddał trzy strzały w mrok, ale odpowiedziało mu tylko echo lasu.

– Niech ucieka – mruknął Marek, ciężko dysząc i wycierając krew z rozciętego łuku brwiowego. – Mamy to, po co tu przyszedł.

Wiktor otworzył teczkę. W środku, obok mikrofilmów, leżała lista. Dziesiątki nazwisk. Oficerowie, dyrektorzy, ludzie z ministerstw.

– To nie była tylko kradzież dokumentów, tato – szepnął Wiktor, patrząc na listę. – To była siatka. „Kameleon” zbierał haki na pół rządu.

Marek wyjrzał przez okno na pogrążone w mroku pole. Wiedział, że ta noc się nie kończy. Ta noc właśnie otworzyła puszkę Pandory, której nikt w Warszawie nie będzie chciał zamknąć.

– Schowaj to, młody. I nikomu nie mów, co widziałeś. Od teraz nie ufamy nikomu, kto nosi mundur inny niż mój. A i z tymi moimi… też bym uważał.

Pociąg stał w szczerym polu. W oddali wyły syreny milicyjnych suk, które nadjeżdżały od strony szosy. Marek zapalił papierosa, patrząc jak dym miesza się z parą z lokomotywy.

– No to co, Wiktor? Wracamy do Warszawy. Mamy tam parę osób do odwiedzenia.

Ciąg dalszy nastąpi? Czy Marek i Wiktor zdołają dotrzeć do Warszawy z listą, zanim „Kameleon” powiadomi swoich mocodawców? A może wolisz teraz scenę przesłuchania, gdzie Marek musi "zmiękczyć" kogoś z listy?

Marek i Wiktor nie czekali na milicję z Kutna. Wiedzieli, że jeśli na liście są nazwiska z resortu, to pierwsza suka, która zajedzie na miejsce, może nie należeć do „tych dobrych”. Wyskoczyli z wagonu po drugiej stronie nasypu, grzęznąc po kostki w błocie, i ruszyli w stronę świateł odległego PGR-u.

ROZDZIAŁ III: WYŚCIG Z CIENIEM

Warszawa przywitała ich dwa dni później – brudna, zmęczona i podejrzliwa. Marek nie pojechał do komendy na Mostowskiego. Zamiast tego zaparkował Fiata w wąskiej uliczce na tyłach placu Grzybowskiego, u zaprzyjaźnionego mechanika, który nie zadawał pytań.

– Wiktor, słuchaj uważnie – Marek wyciągnął listę z dyplomatki i schował ją do wewnętrznej kieszeni marynarki. – Ta lista to wyrok śmierci. Są tu nazwiska ludzi, którzy jednym telefonem mogą sprawić, że znikniemy z rejestru ludności. Musimy znaleźć kogoś, kto boi się ich bardziej niż oni nas.

– Masz kogoś takiego? – zapytał Wiktor, pocierając zmarznięte dłonie.

– Mam. „Stary”. Siedzi w archiwum na Rakowieckiej. Oficjalnie na emeryturze, nieoficjalnie wie, kto komu sypał do kawy w czterdziestym ósmym.

Dotarli do kamienicy przy Mokotowskiej. W mieszkaniu pachniało starą kawą i naftaliną. „Stary” przejrzał listę przez grube szkła okularów. Jego ręce, pokryte plamami wątrobowymi, zaczęły drżeć.

– Marku… coś ty narobił? – wychrypiał. – Tu jest nazwisko wiceministra. I szefa zaopatrzenia z „Ursusa”. Wiedzieliście, że budują lewy rurociąg do Berlina? Przetaczają państwowe paliwo prosto do zachodnich cystern. Miliony marek, Marek. Miliony.

W tym momencie szyba w oknie pękła z suchym trzaskiem. „Stary” osunął się na podłogę, nim echo strzału dotarło do ich uszu.

– Snajper! – wrzasnął Marek, rzucając się na Wiktora i przyciskając go do parkietu. – Z dachu naprzeciwko!

Kolejna kula rozbiła kryształową karafkę na stole. W mieszkaniu zapanowała ciemność – Wiktor czołgając się, zdołał kopnąć lampę.

– Tato, oni wiedzą! – dyszał chłopak. – „Kameleon” musiał ich ostrzec!

Marek wyciągnął pistolet i oddał dwa strzały w stronę okna, by zmusić strzelca do schowania głowy.

– Wyjściem przez kuchnię! Schodami dla służby!

Zbiegli na dół, gdy pod bramę z piskiem opon podjechały dwie Czarne Wołgi. To nie była milicja. To byli „smutni panowie” w ortalionach, z twarzami bez wyrazu. Marek i Wiktor dopadli do Fiata. Silnik zakaszlał, splunął niebieskim dymem, ale w końcu zaskoczył.

– Gdzie jedziemy? – krzyknął Wiktor, patrząc w lusterko, w którym odbijały się reflektory goniącej ich Wołgi.

– Do źródła! – odkrzyknął Marek, kręcąc kierownicą tak mocno, że auto niemal stanęło na dwóch kołach. – Skoro kradną paliwo w „Ursusie”, to tam muszą mieć dokumenty przewozowe. Jeśli to zdobędziemy, lista przestanie być tylko papierem, a stanie się dowodem!

Pościg przez nocną Warszawę wyglądał jak scena z najgorszego snu. Fiat skakał na wybojach, a kule z pistoletów maszynowych Rak, którymi strzelali pasażerowie Wołgi, dziurawiły karoserię. Marek wjechał na teren budowy Trasy Łazienkowskiej. Wokół tylko hałdy ziemi, betonowe rury i ciemność.

– Wiktor, chwyć lewarek! – rozkazał Marek. – Jak wjadę w tę zwężkę, wyrzuć go przez okno prosto pod ich koła!

To był desperacki ruch. Fiat przemknął między betonowymi barierami, a Wiktor z idealnym wyczuciem cisnął ciężkim żelastwem. Opona Wołgi pękła z hukiem, samochód obrócił się wokół własnej osi i z ogromną siłą uderzył w koparkę. Eksplozja paliwa rozświetliła plac budowy na pomarańczowo.

Marek zatrzymał auto kilkaset metrów dalej. Przez chwilę słychać było tylko trzask płomieni i stygnięcie silnika Fiata.

– Żyjesz? – zapytał Marek, wycierając krew z czoła.

Wiktor skinął głową, ale jego wzrok był wbity w płonącą Wołgę.

– Tato… to się nie skończy w „Ursusie”, prawda? Oni przyjdą po nas do domu.

Marek wyciągnął listę, teraz już wygniecioną i brudną.

– Nie przyjdą. Bo zanim wzejdzie słońce, ta lista trafi na biurko kogoś, kto chce zająć miejsce tego wiceministra. W tym systemie, Wiktor, jedynym sposobem na przeżycie jest znalezienie większego rekina.

Marek odpalił papierosa od żaru silnika.

– Ruszamy. Mamy jeszcze parę godzin, zanim Warszawa się obudzi i zapomni o tym pożarze.

Marek nie skręcił w stronę Ministerstwa. Zamiast tego, ku przerażeniu Wiktora, skierował Fiata na Wybrzeże Kościuszkowskie, tam gdzie Wisła płynęła czarna i obojętna.

– Co ty robisz? – krzyknął Wiktor. – „Ursus” jest w drugą stronę! „Stary” nie żyje, Wołga spalona, a ty jedziesz nad rzekę?

– „Ursus” to pułapka, młody. Tam już czekają – Marek mówił cedząc słowa, wzrok miał wbity w drogę. – Jeśli pójdziemy do „większego rekina” w rządzie, po prostu zamienimy jednego kata na drugiego. Ta lista to nie jest waluta. To jest bomba. A my wyciągniemy zawleczkę na oczach wszystkich.

FINAŁ: KONFRONTACJA W ŚWIETLE REFLEKTORÓW

Warszawa, Hotel Forum, godzina 04:30 rano.

W hotelowym lobby, ociekającym złotem i zachodnim luksusem, kręciło się kilku zaspanych portierów i zachodni dziennikarze, którzy kończyli pić whisky po nocnych Polonijnych targach. Marek wszedł tam pewnym krokiem, mimo że jego płaszcz był poszarpany, a twarz brudna od sadzy. Wiktor szedł tuż za nim, ściskając dyplomatkę.

– Kapitan Kowalski, Milicja Obywatelska – rzucił Marek do recepcjonisty. – Połącz mnie z pokojem 402. Natychmiast.

– Ale panie kapitanie, tam śpi korespondent „Reutersa”...

– Łącz, albo następną kawę wypijesz w areszcie na Wilczej!

Pięć minut później w lobby pojawił się zaspany Amerykanin w szlafroku. Marek nie tracił czasu. Wyciągnął listę i rzucił ją na marmurowy kontuar.

– To jest spis ludzi, którzy okradają ten kraj na miliony marek. Wiceministrowie, oficerowie, dyrektorzy. Tu są numery kont w Szwajcarii i daty transportów paliwa. Jeśli to opublikujecie, nie będą mogli mnie po cichu sprzątnąć. Będą musieli zrobić proces pokazowy, żeby ratować własne tyłki.

Amerykanin spojrzał na dokumenty i nagle wytrzeźwiał.

– To jest gorący temat, man. Ale oni was zabiją, zanim wyjdziecie z tego hotelu.

– Dlatego ty stąd nie wyjdziesz – odparł Marek. – Wiktor, dawaj mikrofilmy.

W tym samym momencie automatyczne drzwi hotelu rozsunęły się z sykiem. Do środka wszedł „Kameleon”. Nie miał już okularów, a na jego twarzy widniało świeże rozcięcie po skoku z pociągu. Za nim stało czterech ludzi w cywilnych ubraniach, ale z kaburami wyraźnie odznaczającymi się pod marynarkami.

– Oddaj papiery, Marek – powiedział „Kameleon” spokojnym, niemal przyjacielskim tonem. – Dziennikarz nie zdąży ich przeczytać. A ty nie zdążysz przeładować.

Marek uśmiechnął się krzywo. Wyciągnął z kieszeni zapalniczkę Zippo i przystawił ją do krawędzi listy.

– Jedna klatka filmu jest już w skrzynce kontaktowej, o której nie masz pojęcia, „Kameleonie”. Jeśli tu zginę, mój człowiek wyśle ją do Moskwy. Tam bardzo nie lubią, jak ich polscy namiestnicy kradną paliwo przeznaczone dla Armii Czerwonej. Myślisz, że wiceminister cię uratuje, gdy przyjdą po niego ludzie z KGB?

„Kameleon” po raz pierwszy stracił pewność siebie. Marek postawił wszystko na jedną kartę – blefował o Moskwie, ale wiedział, że strach przed „Wielkim Bratem” był jedyną rzeczą silniejszą niż chciwość polskich urzędników.

– Układ – zaproponował Marek. – Puszczasz nas wolno. Dziennikarz bierze kopię, żebyście nie mogli nas zabić po drodze. Lista zostaje u mnie jako polisa ubezpieczeniowa. Wy czyścicie nasze kartoteki i zapominacie o sprawie „Hrabiego”.

Cisza w lobby trwała wieczność. Słychać było tylko szum klimatyzacji i ciężki oddech dziennikarza. „Kameleon” spojrzał na swoich ludzi, potem na płonącą w ręku Marka zapalniczkę.

– Masz dwanaście godzin, Kowalski – syknął kurier. – Potem ta polisa przestanie działać.

EPILOG: ŚWIT NAD WISŁĄ

Godzinę później Marek i Wiktor stali na Moście Śląsko-Dąbrowskim. Słońce powoli wstawało nad Pragą, barwiąc niebo na kolor brudnej pomarańczy.

– Naprawdę wysłałeś film do Moskwy, tato? – zapytał cicho Wiktor.

Marek wyciągnął z kieszeni małą rolkę kliszy i wrzucił ją prosto w nurt rzeki.

– Nigdzie nie wysłałem. W tym kraju nie ma komu ufać, młody. Ani naszym, ani tamtym.

– To co teraz?

Marek spojrzał na syna i po raz pierwszy od wielu dni uśmiechnął się szczerze.

– Teraz jedziemy na śniadanie. A potem... potem zmieniamy auto. Ten Fiat ma za dużo dziur po kulach, żeby przejść przegląd techniczny.

Wyciągnął z kieszeni paczkę „Sportów”, zapalił ostatniego i zaciągnął się głęboko. Warszawa budziła się do życia – robotnicy szli na ranną zmianę, tramwaje dzwoniły na zakrętach, a wielka afera powoli rozpływała się w porannej mgle, zostając tylko w pamięci dwóch ludzi, którzy odważyli się sprawdzić, co kryje się między liniami systemu.

KONIEC.

Średnia ocena: 0.0  Głosów: 0

Zaloguj się, aby ocenić

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania