Hrabina von Fahrenheit

-Opowieść o pewnym pałacu

lub stos plagiatów; najlepiej ułożyć wcześniejsze (i zapewne lepsze) motywy literackie, malarskie, muzyczne, profetyczne, jak stare karty do gry, a następnie odrzucić je daleko od siebie;

PAŁAC RODZINY F….

Po pałacu rodziny von Fahrenheitów pozostało zaledwie kilka słupów zakreślających granicę parku angielskiego. Słupki i chaotycznie porozrzucane kamienie tworzą coś w rodzaju siatki-nowej przestrzeni.

Najstarszym synem hrabiostwa von Fahrenheit był Maksymilian. Max von Fahrenheit w lewym skrzydle pałacu, w którym lubił przebywać, był złocistym blondynem tak jak wszyscy antenaci z rodu ojca, był blondynem błękitnookim. Od czasu do czasu, najczęściej tuż po północy wyruszał na lunatyczny spacer po labiryncie komnat, korytarzy, zakamarków, schowków, a wtedy stopniowo ciemniał. Zatrzymywał się na tarasie – gdzie palił cygaro, wtedy był już brunetem o egzotycznej śniadej skórze...

Max von Fahrenheit przez dłuższy czas nie będzie nas interesował; nie wykluczamy, że kiedyś jeszcze coś o nim opowiemy... Ale co? Właściwie wszystko już napisaliśmy o tym beztroskim bawidamku, nałogowym hazardziście, człowieku o zmiennych nastrojach, który przez wiele godzin snuł niezwykle nudne historie o polowaniach w Afryce, Rosji, o lodowcach Grenlandii, górach lodowych , które późną jesienią przypływały do brzegów malowniczych wysp tropikalnych....

Starszy hrabia von Fahrenheit chętnie zapraszał gości, a wtedy przechodził na język Racine’a i Voltaire’a. Nigdy nie pił gdańskiego piwa; przy kieliszku 100-letniego wina z piwnicy swojego dziadka Augusta Gottlieba podtrzymywał niezbędne znajomości. Przyjaźnie uważał za coś w bardzo złym stylu, wręcz podejrzanego----

Podobno chciał dyskretnie opuścić pałac, chciał to uczynić w sposób wysmakowany, estetycznie wielowątkowy...

" Jakie to monotonne – po chwili namysłu powiedziała hrabina von Fahrenheit -"ta historia wciąż zmienia kierunek jak strumień, który płynie przez nasze łąki, ale i tak wszystko jest nudne..."

Przywiązany do szczytu północnej wieży pałacu, wprawiany w drżenie przez porywy wiatru, raz gwałtownego, to znów łagodnego, unosił się i opadał imponujących rozmiarów Zeppelin hrabiego von Fahrenheita. Podobno od czasów wczesnej młodości sprowadzał z zagranicy materiały, wszystko kompletował, a następnie montował na niewielkim metalowym podeście wieńczącym wieżę północną pałacu; z tego miejsca można było podziwiać nie tylko park otaczający pałac, ale również nadmorski kurort Nidden, w którym spędzało wakacje wielu sławnych ludzi z tamtej epoki.

Teraz Zeppelin wyglądał trochę groźnie, przypominał stającego dęba konia wyścigowego. Nikt nie zauważył, co tak naprawdę się wydarzyło. Hrabia wbiegł po drewnianych schodach na szczyt wieży, wskoczył do hebanowej gondoli... Zaproszeni goście usłyszeli ogłuszający świst, jakiś pisk rozdzierający niebiosa.... Niebiosa?? Co za potworny archaizm!! Po chwili błękitne niebo znów było czyste,- wypolerowane jak parkiet w sali balowej pałacu....

Niestety, pracowici historycy nigdy nie zdołali ustalić, co się stało z hrabią von Fahrenheitem? Pomimo braku jakichkolwiek śladów, motywów, pobudek, listów i tym podobnych odbyło się uroczyste pożegnanie tragicznie zaginionego hrabiego... Na wyspie na wielkim i lodowatym jeziorze za linią mieszanych lasów zbudowano mauzoleum nieodżałowanego hrabiego, mauzoleum w sposób natrętny przypominało majestatyczne katedry gotyckie z Francji; miało w sobie również pewne cechy romańskich kolegiat obronnych, które jeszcze w XIII wieku wznoszono na pustkowiach...

Przerywamy ten wątek, właśnie został całkowicie wyeksploatowany i wydrążony. Początkowo pasjonujący wątek teraz stał się pustą muszlą leżącą na dnie (na jakim dnie? Czyżby na dnie miejscowego jeziora?)

Gdybyśmy jednak dalej rozciągali ten wątek, napisalibyśmy kopię niejednej powieści portugalskiej lub przygodowej opowiastki z XIX wieku, takiej, jakie kiedyś lubili chłopcy w wieku około 11-12 lat....

Na szczycie wieży w środkowej części pałacu Fahrenheitów zbudowano stację telegrafii semaforowej Chappe’a--- w jakim celu?tego nikt nie wiedział...

I tyle...

--

Minęło wiele lat, po pałacu Fahrenheitów pozostało trochę kamieni rozrzuconych w gęstwinie pokrzyw i łopianów; były jeszcze słupy, które zakreślały granice tej przestrzeni. Po nalotach dywanowych stolica regionu najpierw płonęła przez kilka tygodni, a później zapadła się w bezdenne bagniska. Po kilku miesiącach przybyli w te okolice osadnicy z dalekich stron

A jednak stacja kolejowa przetrwała:

Zardzewiałe tory kiedyś prowadziły do samego Królewca, ale tego miasta od dawna już nie ma; otwarte drzwi kabiny maszynisty lokomotywy dieslowskiej...Wiatr otwierał i zamykał te drzwi z łoskotem; kabina od dawna była pusta, maszyniści kiedyś opuścili to miejsce, nie planowali powrotu...Wiatr otwierał drzwi kabiny maszynisty i porywał jakieś przedmioty. Nikt nie potrafił ich opisać; brakowało nazw, książek, wszelkich interpretacji...

Zadawanie dalszych pytań było głupie, wręcz zuchwałe. Stary dziad, który siedział na jedynej ławce na peronie ( podobno siedział na tej ławce od 50 lat, siedział prawie nieruchomo; tylko co kilka minut sięgał po zieloną butelkę, z której pił łyk kwaśnego, bardzo taniego wina. Po chwili znów siedział nieruchomo...) Dziad zamaszystym ruchem cisnął pustą butelkę w stronę gęstwiny pokrzyw tuż za nasypem kolejowym, wyjął z kieszeni spłowiałego płaszcza kartkę z napisem „ nie budzić, nie przeszkadzać”, a następnie zasnął na kolejne 50 /pięćdziesiąt lat…

- jego sen miał wiele wartości profetycznych, zapewne może się jeszcze komuś przydać w przyszłości...

Ale to też plagiat, plagiat ordynarny i zupełnie jawny!

-Podobno jedzie do nas pociąg widmo- pociąg pancerny, który wyruszył z Królewca w przedostatnim roku wojny- pociąg pełen żołnierzy, którzy od ponad 70 lat szukają drogi do domu...Jak im pomóc?- głośno zastanawiał się zawiadowca stacji. Wypowiedział te słowa, a następnie zupełnie machinalnie- automatycznie zasalutował. Zastępca też zasalutował . Podobno dziad, który teraz wygodnie leżał na zielonej ławeczce, również zasalutował, ale przez sen... Zawiadowca i zastępca przypuszczali, że dziad po każdym zdaniu wypowiedzianym przez zawiadowcę salutował, dlatego na wszelki wypadek stali na baczność....(!)

- pociąg może dotrzeć do nas za jakieś dwa lata, dwadzieścia lat, trzydzieści dwa lata, a nawet dwieście dwadzieścia dwa lata...a może nigdy?

"Czas wracać do domu" powiedział zawiadowca, a następnie wyłączył światło i zamknął biuro.

Milczący konsekwentnie dziad nieruchomo spał na zielonej ławeczce, obok leżała kartka, o której wystarczająco dużo już napisaliśmy.

To też plagiat, zuchwały, wręcz brawurowy...

"Jeśli pociąg kiedyś dojedzie do nas, nastąpi prawdziwy zmierzch naszej cywilizacji....Wtedy będzie gorąco, będziemy mieli w tych stronach małą wojenkę" głośno pomyślał zastępca zawiadowcy. "Z drugiej strony trudno powiedzieć, jak ci żołnierze wyglądają? Spędzili prawie 71 lat w pociągu pancernym" odpowiedział zawiadowca.

Taki plagiat to wstyd, czas się wstydzić, chociaż odrobinę, nigdy nie jest za późno na poprawę...

--- Zawiadowcy i jego zastępcy od dawna już nie ma, już nam nie towarzyszą...Szyny od pewnego czasu syczą i gwiżdże, co oznacza, że pociąg pancerny zbliża się do stacji; ma jeszcze jakieś 22 lub 32 lata jazdy z prędkością monotonną...

A jednak ta opowieść ma trochę sensu...

Profesor AB wielokrotnie przelatywał motolotnią nad makietą pałacu i pobliskiej stacji kolejowej. Robił zdjęcia i coś zapisywał; za każdym razem odkrywał kolejne struktury: wielkoprzestrzenne rysunki naniesione na skały wapienne niedaleko brzegu morskiego. Po każdym przelocie struktury graficzne coraz bardziej się komplikowały i plątały; na pewno zostały ułożone z drobnych kamieni, ale były widoczne tylko z odpowiedniej wysokości...

W zależności od kierunku i prędkości przelotu rysunki na skałach ulegały zdumiewającemu wzbogaceniu; profesor AB setki razy okrążył ten teren, a wtedy ze zdumieniem stwierdził, że mogły zawierać całą wiedzę zgromadzoną przez ludzkość. Jeśli jednak leciał tylko 5 metrów niżej, wszystko znikało, a zamiast nich znów widać było kilka słupów na granicy ogrodu i szaloną gęstwinę pokrzyw....

To Wszystko ma w sobie dużo więcej (bez)sensu...

Dużo pamiętasz, może zbyt dużo....?

Teraz staraj się zapominać...

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 1

Zaloguj się, aby ocenić

Komentarze (1)

  • Moews godzinę temu
    Pamiętam moją podróż sprzed wielu lat na Warmię. Dojechaliśmy do miejscowości Biesal. Zapytałem towarzysza podróży Petera S. z Berlina, jak ta miejscowość nazywała się przed wojną. Odpowiedź: "również Biesal, pobliskie Rapaty nazywały się Rapaten. W Rapatach w domu nad jeziorem spotykam starszą panią z ostatniej rodziny autochtonów. Pani wyjaśnia, że syn i zięć od dawna pracują w Monachium. Tam dalej, gdzie pozostały już tylko ruiny i straszliwe królestwo zielska, groźnego zielska, był pałacyk starego rodu junkierskiego. Tą drogą ciągnęły nieprzebrane tłumy uciekinierów z okolic Tylży i Kłajpedy. To był dziwny i magiczny region- mówi Peter S. Peter jest potomkiem polskiej rodziny hrabiowskiej, która w XIX wieku osiedliła się w Berlinie. Nosi trudne do wymówienia (dla Niemców) nazwisko: S........i); Wracamy do Biesalu; po drodze żona Petera zachwyca się dzikimi kaczkami i bocianami nad leśnym jeziorkiem. " U nas już tego nie ma. Może gdzieś daleko od miasta...? " Teraz krótki postój w szczerym polu. Pociąg typu kolejka podmiejska EN57 przecina upiorne pustkowia... Dalej jedziemy przez Frygnowo, kręcimy się wokół Działdowa i za chwilę dojeżdżamy do Mławy. " Mój dziadek przez pewien czas prowadził tutaj sklep, ale to było przed wojną"- mówi żona Petera S. "Później dziadek i babcia wrócili do Gdańska" -dodaje. Peter S. po śmierci mamy czasowo trafił do sierocińca w Amerykańskiej Strefie Okupacyjnej późniejszego Berlina Zachodniego. Od kilku lat z wielkim trudem brnie przez meandry polskiej gramatyki i wymowy. "Wiesz, mój ostatni pobyt w Rapatach to było latem 1945r. tuż po zakończeniu wojny. Strasznie nas traktowali w sierocińcu, więc którejś nocy stamtąd uciekłem. Na wschód jechałem pociągami towarowymi, najtrudniej było z przekroczeniem granicy Radzieckiej Strefy Okupacyjnej i Polski. Ale udało się- przyłączyłem się do kilku polskich rodzin wracających z robót przymusowych. Wreszcie dotarłem do krainy moich pięknych wspomnień dziecięcych-do Rapat. Tam jednak mieszkali już zupełnie inni ludzie- pierwsi osadnicy z Kresów Wschodnich. Zamieszkałem u tej mazurskiej rodziny, której syn i zięć już od lat pracują w Monachium." Ale w jaki sposób znalazłeś właściwą drogę z Berlina do Rapat koło Morąga, przecież miałeś wtedy 12 lat- zapytałem Petera. " Miałem stary atlas drogowy, jeszcze z 1937 r."- odpowiedział Peter. " W Rapatach spędziłem spokojną wiosnę i piękne lato, kiedy ewakuowano dzieci z bombardowanego Berlina" Moje pytanie: "czy wiedziałeś wtedy coś o zbrodniach niemieckich? Peter:" Mama znała język polski, ale babcia i mama bały się mówić po polsku; o zbrodniach nikt nie mówił przy dzieciach. Na starość odkryłem swoją polską tożsamość. Zamieszkałem w okolicach Poznania. Kiedy przyjeżdżam do dzieci do Berlina, mam wrażenie, że jestem trochę inny od rodziny i znajomych". Po latach wspominam nieżyjącego już Petera S. i myślę o tożsamości, którą niektórzy z nas po latach, po wielu pokoleniach starają się odbudować... Nic nie jest proste i czarno-białe...

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania