Hurtownik (frag. szer. utw.)
(...)
Wyjął we wtórną przeliczkę, co skrył w szkatule,
By równiutek podliczki kiesę zasilił poddostawcy,
I nie da należności rozłogiem na kilka,
Bo przepadem znikają czasem klity bywalcy.
Skręcił pęgę w zwitę i wbił w trzos przysobny,
Za nią szalę zawinął o zwiększonej nośności
Bo wyliczy zawartość ponad zenit z kieszonkówy,
I odmiar dokładny zapewni urzuconej ilości.
A to nie ważnica pradawna o bratnich ramieniach,
Co równoszacunki wymierza próbkom w pracowni ,
I nie hak pod sprężyną w niedokład swej skali,
Bo oprzyrząd trza fachurny mieć w metniej sortowni.
I bankówę zabrał z póły, bez długu do spłaty,
By z koryta się posilić na szlaku jak zaburczy bęben,
I ramę ćmików smolistych, bo kopci jak trociniak,
A co drugi nadłamany, pudło w gniot wymięte.
A że tuleja i tłoczysko harują czym wypalą -
Bo na wodę z potoku to i koń wio żwawo nie ruszy -
Nachlał furę benzyną w opór, aż strużyna pociekła,
Zerwał się popędem w cel, ni widu ni słychu złowróżby.
Łupał ton niski z falą - zagłuszało myśli,
Aż przetwornik, co dźwiękiem wybrzmiewa, charczał,
Na schyłek wojażu wjedzie za dwie miary zegara,
I oby żaden kundel z budy na przerzutę nie zawarczał.
W ogon ni rzep jeden się nie zczepił od zaczątku,
Nikt za nim w ślad nie dążył, klarowne to i jasne,
Dotrze w cel, to pewne, licho nie zaczajon, wiadom,
Lecz niewiadom, co wpisane na powrotną jazdę.
A nuż poślą misjonarkę w szpionnym zatraceniu,
Co kręci noskiem i niucha, co przybyło z zakładu,
A zapach za mocą wspomnienia jej wije,
O złotych czasach i zawiązie z psinami układu.
Bo ongiś sama notoryką zażyw uprawiała,
I zna drogi, na których widują straganiarzy,
Lecz oni na czujce pouważą węszycielkę,
I złożą na jej twarzy jak w ołtarz - pęk zaganiaczy.
Leciał rogatką jak przetartym znanym szlakiem,
Aż weduta ukazała surowiznę piętrowców,
Na pustkę ogonną rój nalazł i swoich spotyka,
Skierował wóz na ustroń mieścia, zdala od wieżowców.
Stanął na uboczu, wydzwonił stronnika na przyjście,
Ubocze jak inne, bo równoleżnie tłumnie schodzili białobiorcy,
Po kropla w kroplę jednako napchane zapakunki,
Co też w podziale rzutem pod pogon wezmą gońcy.
Uderzył w taraban - rychło zawita w siedzibie,
I wnet wjechał na placyk u boku kwatery,
Wysiadł, podbił na pewniaka do wejściowej bramy,
Swój swego przywitał - dalej szmery, bajery.
A że nie schadzka to biesiadna, a rzecz na przychód,
Ułożył na szali w mig juk pełen prószywa
Zacnego, jak ostatnio i ciężkość ta sama,
Usypał z grud - pociągnął, łzy kapią, gorycz spływa.
Splotem dzień natrafił na szerszy arsenał,
I do pary pobrał dwie próbki na przymiarkę,
Co mianen myśl suwało na labo bez grządek,
Rano, tuż po korycie chlapnie maźną plamkę.
(...)
Komentarze (1)
Dziwny styl pisania, coś pobrzmiewa jakby staropolszczyzną. Ciężko to zrozumieć. Tekst wymaga dużej uwagi aby przez niego się przebić i co nieco zrozumieć. Dla piszącego zabawa słowem, ale czytający ma bardzo pod górkę. Może gdyby był krótszy, byłby mniej męczący? Nie oceniam, bo jestem pod wrażeniem i jeszcze nie mam obiektywnego spojrzenia.
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania