Uwaga, utwór może zawierać treści przeznaczone tylko dla osób pełnoletnich!

I - Prolog - Seria opowiadań ze świata Nenufarów

Akt I -Dar od Boga-

 

W bezkresie nocnego nieba, gdzie gwiazdy gromadami walczyły by przeszyć posępność mocy mroku, jak nasiona wysilają się by przebić się przez ogrom twardego gruntu. W krainie gdzie chłodny wiatr niósł pomruki drzew które zapewniały ochronę zielonych ostępów, miejsce miał akt który rozdarł niebo na dwie bliźniacze płaszczyzny.

Gwałtowny huk przebił firmament morza ciszy, a blask oblał ziemię jak, gdyby jedna z gwiazd wyrwać się miała z mrocznych objęć nieboskłonu.

W chwilę, z kuli płonącego blasku wyklarował się obiekt który przemierzał północne obszary nieba, ciągną za sobą dwa długie ogony jeden złoty, drugi zaś krwiście szkarłatny. Fenomen ów trwał krócej niż zamówienie wieczornego pacierza, gdy złota pręga odłączyła się od swego krwistego oprawcy po czym z rykiem porównywalnym do najprawdziwszej bestii runęła w stronę ziemskiego padołu. Ciągnąc za sobą złocisty warkocz gwiazda uderzyła w ziemię pod którą zatrząsł się grunt, a cieki wodne wylały jakby w strachu przed nadejściem potwora.

Wszystkiemu przyglądali się autochtoni, wpatrzeni w zajście wraz z modlitwą lub płaczem na ciężkich i zmęczonych od przerwanego snu twarzach. Szczególne uwagi zaczęły kiełkować w głowie miejscowego kapłan, w obliczu całego zajścia doszukiwał się on pracy ręki diabła, który to miałby zejść na ziemię w postaci upadłego anioła. Zakazał on swym wszystkim wiernym podróży w rejony upadku plugawego nasienia i gorączkowo przekonywał swego pana ziemskiego iż jałmużna może uspokoić Boga, który pomoże zgładzić plugastwo gdy wyjdzie z przeklętego miejsca gdzie przyszło na świat.

Nie wszyscy mieszkańcy jednak należeli do grupy bogobojnych.

Na szczególną odwagę łamania religijnego tabu wznosili się ci którzy wypili o parę kolejek za dużo, a przy okazji serca ich rozgrzane były uczuciem do ukochanej której chcieli zaimponować. Grupa czwórki śmiałków podpita i targana płomiennymi emocjami mijającego już świętowania równonocy wiosennej udała się w kierunku zakazanego lasu.

- Ja nie jestem żaden tchórz, co by jak kurcze gdokoł … - powiedział trzymając bukłak pełen czystego niczym woda trunku. Był wysokim barczystym blondynem ze spojrzeniem tępym od spożytego alkoholu.

- Janek już wszystkim pokazałeś że nie jesteś, teraz możemy już wracać - odezwała się niska kobieta z chustą otuloną wokół głowy. Za jej plecami stał wysoki śniady mężczyzna lekko zataczając się wokół siebie.

-Posłuchaj się Irnes dobrze mówi, wracajmy póki nikt nie zważył na nasze wstąpienie, póki bóg śpi i nie widzi cośmy uczynili. - Powiedział mężczyzna w asyście do Irnes.

-Jarogniew nie wiedziałam żeś piórem obrósł jak kurcze co dopiero ze skorupki wyskoczyło - powiedział krępa kasztanowłosa kobieta. - Janku chyba nie zawrócimy w tym momencie kiedy przed sobą tyle do odkrycia, tchórzostwem byłoby zawrócić. - Krzyknęła do prowadzącego grupę silnym barytonem.

-Klaudia czemu go namawiasz jeszcze sobie coś zrobi, wracajmy to nie jest warte pijackiego zakładu - prosiła Irnes.

-Jeśli myślisz że zaręczyłam się z tchórzem to grubo się mylisz. W przeciwieństwie do Jarogniewa, jeżeli Janek się o coś założy, nawet przy kielichu to słowa dotrzyma.

- odpowiedziała z urazą.

-Prawda, nie sądziłem że się tego podejmie ale mogą nas za to wychłostać. Powinniśmy już wracać, Janek wygrał zakład. - przyznał jarogniew, z niechętną aprobatą Klaudii.

Trzy pary oczu zwróciły się w stronę poprzedniej lokalizacji pijanego Janka by spróbować nakłonić go do powrotu, ale młodzieńca już tam nie było.

-Matko, antychryst go pożarł - zaszlochała barytonem rubaszna kobieta - mój ukochany, tylko nie on! -Zalała się łzami.

Dla wstawionego Jarogniewa była to koszmarna scena jego najlepszy przyjaciel właśnie został pożarty przez szatana, a on i jego przyjaciółki zapłacą za złamanie religijnego tabu życiem.

-Ej, słuchajcie trzęsidupy tutaj są ślady jego butów, on chyba zszedł dalej w dolinę

- zawiadomiła przestraszoną dwójkę Irnes, badając ostatnie miejsce gdzie widzieli śmiałka. - No chyba że ten wasz cały antychryst ukradł mu buty i teraz próbuje zwabić nas dalej w las. - dodała pod nosem cynicznie.

-Ło matko myślałam że już mi przepadł, szybko chodźmy za nim bo jeszcze go w potoku utopce potopią. - powiedziała szlochając jeszcze do niedawna kobieta, po czym ruszyła krępym krokiem.

-Jarogniew będziesz tam tak stał? Chyba nie każesz damom iść pierwszym w czeluście demonicznego lasu? - powiedziała podnosząc się z nad śladów butów Irnes, uśmiechając się pod nosem dokuczliwie. Nawet nie zauważył kiedy zdjęła chustę z głowy i wypuściła swój złoty warkocz usiany kwiatami które zaplatał jej jeszcze tego samego dnia podczas biesiady w wiosce. Była naprawdę urodziwa, miał szczęście że się z nią zaręczył, a to wszystko dzięki Jankowi który ich sobie przedstawił.

- Co znów z nim jest nie tak, patrzy się na mnie ale jakby wrósł w ziemię - pomyślała.

- Jaro, nie czas na bycie cykorem - wybiła go z rytmu korpulentna kobieta trącając go w miednicę z siłą nieznaną mu przedtem. Wybity z zauroczenia ruszył na przód formacji i chwiejnym krokiem starał się nie zgubić śladów przyjaciela schodząc lasem w dół doliny. Ku ich nieszczęściu noc była kruczo czarna a chmury legionami zakrywały blask księżyca i towarzyszące mu gwiazd. Może to i lepiej, przynajmniej stworzyciel nie widzi ich występków - pomyślał.

Po chwili marszu dało się słyszeć szum górskiego strumienia, a ślady raz w błocie raz na suchym gruncie dawały znaki gdzie udała się zguba.

- Widzicie to - zapytała Irnes. Wszystko stało się jakby bardziej przejrzyste gdy złocista łuna wystająca znad wysokiej grobli zaczęła przebijać się przez połamane konary drzew. Teren wokół ściany ziemi był zdewastowany drzewa wyrwane z korzeniami pozbawione koron leżały na wpół zakopane w ziemi. Na Jarogniewie zrobiło to ogromne wrażenie.

-Jak wielka musiała być siła zdolna zrobić coś takiego, zniszczyć tak wielką połać terenu. Nawet lawina nie jest tak niszczycielska w swej postaci. - pomyślał.

-Irnes patrz tam to chyba jego bukłak, tam na gałęzi! - Wrzasnęła roztrzęsiona kobieta. Obydwie pobiegły w miejsce które wskazała i podjęły znalezisko.

-Pusty, idiota wypił wszystko. Przecież to był bimber Romualda on ściął by nawet niedźwiedzia w takiej ilości. - Powiedziała Irnes.

-W takim razie od dziś nazywajta mnie niedzwiodem - usłyszały zapijaczony głos przerywany odbijaniem się resztek jedzenia próbującego się wydostać z głębi trzewi. Obie podeszły w stronę głosu gdzie zauważyły zarzyganego Janka leżącego w błocie przy strumieniu, cały pokryty był błotem.

-Idioto a jakby cię utopiec do wody zawlókł, co ja bym poczęła? W Ogóle o mnie nie myślisz, pijaku jeden! - Zaczęła krzyczeć Klaudia z łzami spływającymi jej po twarzy.

- Pierwsza panna z Orawoki, taki chód miała szeroki! - zaczął śpiewać pijackim głosem.

-Ja ci dam panny z Orawoki, ostatni raz się tyle strachu najadłam przez ciebie ty durniu. - Krzyczała dalej nie przerywając szlochania.

-Jaro, podnieś go im szybciej stąd wrócimy tym lepiej, jeszcze na nas ktoś doniesie do kapłana. - Powiedziała nie patrząc w tył Irnes. - No szybciej, na co czekasz? - dodała gdy nie zauważyła reakcji chłopaka.

-Chyba nie sądzisz że go uniosę? - Ciągnęła po czym odwróciła się za plecy i zauważyła brak Jarogniewa.

-Nosz kurwa, lepiej dla niego żeby tym razem to był antychryst. - Wysyczała przez zaciśnięte zęby, po czym sięgnęła za ramię ubłoconego pijaka żeby dźwignąć go na nogi.

Jarogniew podziwiał obraz ogromu zniszczenia jaki dokonał się wokół grobli która zdawała się kołem zakręcać po okolicy, co zaczął widzieć gdy powoli wspinał się na ścianę usypanej masy ziemi, skał i porąbanych drzew. Złocista łuna wylewała się już w coraz to większych ilościach, jak z zupa pokrzywowa z drewnianej misy. Tym razem nie czuł się przyparty do muru jak zawsze, czuł ciekawość i mimo tego że umysł kazał mu brać nogi za pas wspinał się dalej ponieważ ciekawość i chęć odkrycia niewiadomego była w nim silniejsza. A może chciał być postrzegany przez partnerkę bardziej męsko i samodzielnie, do tej pory to ona zawsze decydowała o tym co będą robić.

Wspiąwszy się na krawędź wychylił głowę na drugą stronę a jego oczom ukazała się polana obsiana gromadami złocistych kwiatów emanujących błyszczącym światłem.

-Jeżeli kapłan uznał coś tak pięknego za dzieło diabła to jak według niego miałoby wyglądać dzieło boskie? - zadał sobie bluźniercze pytanie w głowie. Kwiaty miały kształt który znał z godła swojego Pana, to były lilie w najpiękniejszej odsłonie jaką pewnie dało się kiedykolwiek ujrzeć.

-Te kwiaty, gdybym dał je Irnes na pewno byłaby szczęśliwa i może spojrzała by na mnie jak na mężczyznę. Kochała przecież nosić wianki zaplatane z kwiatów lub wplatać je sobie we włosy - pomyślał, a po chwili myśli zamieniły się w czyn.

Zszedł ostrożnie po zboczu i wyszedł na polanę było tu tak jasno jak za dnia mimo ciemnego nieba widział złotą łunę która niejako zamykała krater. Szedł przez trawiastą alejkę a po bokach miał gromady emanujących światłem kwiatów, piękno ich blasku ogrzewało jego skórę, było to dziwne ale nie zwracał na to szczególnej uwagi gdyż wydawało mu się to uczuciem nader przyjemnym jak dobry sen po którym wstaje się z łóżka i zaczyna dzień z pełnym sił.

-Ty, to twoja wina! Ty to wszystko zapoczątkowałeś, to przez ciebie oni wszyscy nie żyją!!! - Jarogniew odwrócił się przez ramię i zobaczył wysoką postać zakutą w czarną zbroję z niebieskim półksiężycem na piersi.

-Teraz pomszczę tych których zabiłeś po tylu latach czekania wreszcie ich dusze zaznają spokoju - rzekł gniewnie po czym sięgnął w stronę pochwy chwytając za miecz. Podczas wyciągania oręża z pochwy z klingi zaczęła wylewać się ciemna smolista mgła która unosiła się w powietrzu. W tym momencie Jarogniew wiedział że stanie i dumanie nic mu nie da, instynktownie zaczął biec polaną przed siebie jak najdalej, czy może jednak to całe piękno było pułapką założoną przez szatana? Pierwszy raz w życiu biegł tak szybko, w końcu ten bieg zależał od jego życia.

Sprintował przed siebię jak sarna uciekająca przed wilkiem, gdy nagle usłyszał za swoimi plecami ogromny huk a gdy instynktownie zaczął oglądać się za siebie by zbadać wzrokiem tajemniczy dźwięk, spod jego stóp znikną grunt a sam Jarogniew znalazł się pod wodą. Szczęście chciało że chłopak wychował się w dolinie dziesięciu jezior gdzie pływanie było czymś czego człowiek uczył się zaraz po pierwszych krokach na lądzie. To też z impetem odbił się od dna i wypłyną po drugiej stronie cieku, po czym złapał się obiema rękoma za brzeg na którym ironio rosła złota lilia którą właśnie przygniótł dłonią. Kwiat był ciepły w dotyku a jego bliskość sprawiała ułudę bezpieczeństwa, podciągnął się na brzeg strumienia po czym znów spojrzał na dłoń w której miał kwiat który zdawał się oplatać wokół jego ręki. Jarogniewa nie interesował już pościg przed którym jeszcze chwilę temu musiał uciekać, czuł się jak gdyby matka ściskała go do piersi, był bezpieczny.

Płatki kwiatu powoli przylegały do dłoni chłopaka po czym, jeszcze chwilę temu przyjemne ciepłe uczucie zaczynało przemieniać się w parzące skórę jak żarzące się węgielki doznanie, przy czym w tym samym czasie z płatków rośliny zaczął wydobywać się złocisty dym którego wcześniej nie zauważał. Żyły liści zaczęły świecić się w blasku nieznanym wcześniej oczom młodzieńca. Próbował on ściągnąć kwiat z dłoni lewą ręką lecz tylko pogorszył sprawę gdyż niektóre płatki zaczęły teraz przylegać do drugiej dłoni. Spróbował zanurzyć kończyny w rzece lecz na nic jego staraniom, ból w parę chwil stał się tak dotkliwy że chłopak zagryzł zęby w bólu po czym chwilę później zaczął się wić po ziemi, przybierając embrionalną pozycję. Nie mogąc dalej wytrzymać katuszy zemdlał z wycieńczenia wywracając oczy na drugą stronę.

Akt II -Jednak nie od Boga-

Kapłan Pius Schwammen kroczył pewnym krokiem przez ciemny i wąski korytarz lochów osadzonych w piwnicach kamiennego zamku ciosanego z głazów wapiennych, lokalnego Pana ziemskiego Shatinion’a de Dudła. Za nim asystowała mu dwójka innych mężczyzn i jedna wysoka kobieta z włosami przykrytymi pod kornetem i teczką u boku. Byli zmuszeni przez szerokość korytarza do podążania w dwóch rzędach.

- Ojcze wielebny informuję iż, Lord Dudła życzy sobie wpierw zobaczyć raport spisany przez siostrę Jures nim zostanie on wysłany do Stolicy apostolskiej - orzekł stanowczo mężczyzna ubrany w długie zielone lniane szaty z szablą u boku pasa. Na wierzchu torsu miał zaś zużytą przeszywanicę w kolorze ecru. Był on rosłym mężczyzną o barczystych ramionach i gustownym wąsie, powoli zaczynał siwieć a jego piwny brzuch wyprzedzał jego osobę o parę ładnych centymetrów.

- Kapitanie Wawrzyniak, może Pan być spokojny, raport trafi wpierw na biurko naszego suwerena nim wyślemy go do Ojca Świętego. Przecież kościół nigdy nie działał wbrew lokalnym władzom, jesteśmy wszak jedynie doradcami i pokornymi sługami w naszym ziemskim padole. Dlatego nie rozumiem waszych zbędnych przypomnień - odpowiedział duchowny, przyspieszając kroku. - Stolica apostolska przysłała nam jednego ze swoich najlepszych Inkwizytorów by dogłębnie zbadał czy owy chłop nie jest przypadkiem antychrystem lub nie ma koneksji z panem Piekieł. - Mówiąc to Duchowny wskazał na ubranego w skórzaną kurtę i czerwony płaszcz z kapturem niskiego człowieka. Był to inkwizytor, szkolony w Świętym mieście latami by tropić i wypleniać wszelkie oznaki mocy nieczystej i sprzecznej z naukami kościoła.

- W takim razie nie każmy oskarżonemu dłużej czekać, im szybciej wyjaśnimy ten incydent tym szybciej chłopi porzuca swe niepokoje i wrócą do pracy na polu - Skwitował Kapitan.

Jarogniew obchodził czub kamiennej płyty, nienaturalnie wyrwanej z ziemi, po czym zatrzymał się za nią. Za wyrwanym płatem ziemi rozciągała się równina, usiana niezliczoną ilością ciał, nie poznawał żadnej z chorągwi jak i krajobraz odarty z wszelkiej roślinności zdawał mu się nienaturalny. Ten obraz zniszczenia ciągną się od miejsca gdzie stoi aż po horyzont, choć żadne z widzianych przez niego ciał nie zdało się poruszać, w powietrzu unosiły się dźwięki jęków bólu i żałosnego płaczu. Z niektórych kęp zgromadzonych ciał tlił się ciemny dym.

-Czy ja śnię czy może tak wygląda piekło? -Gdy przechodził się po pobojowisku zaczął zauważać iż mija ciała ludzkie jak i takie których kształty nie przypominały mu niczego co kiedykolwiek by widział. Cała ta sytuacja wydawała mu się nienaturalna a równocześnie tak rzeczywista, jak sen albo prędzej koszmar sądząc po dobranej scenerii. Choć wcześniej nie zwracał na to uwagi teraz zaczęło mu to wadzić, słońce nie świeciło naturalnym złotym ciepłym światłem, było czerwone i sprawiało że czuł się nie najlepiej gdy na nie patrzył. Po chwili spoglądania w jego kierunku chciał odwrócić wzrok lecz nie mógł ruszyć głowy. W ułamku chwili całe ciało odmówiło mu posłuszeństwa a Gwiazda zaczęła rosnąć w jego spojrzeniu do momentu aż przysłoniła mu całe pole widzenia. Jarogniew poczuł ogromny ból na żołądku po czym bezsilnie próbował zablokować odpływ pokarmu sprzeczny z ruchem układu pokarmowego.

- Tutaj ojcze wielebny,- Jarogniew pamiętał ten głos, to był strażnik który przepytywał go od trzech dni nie dając mu spać. - tak jak składałem w raporcie Kapitanowi, oskarżony ukrywa prawdę i wmawia że nic nie pamięta oprócz wejścia do lasu. Wedle doniesienia od kobiety mieszkającej nieopodal, miał wejść do lasu sam i wyjść ze stygmatami na dłoniach. - Wyjaśniał Kapłanowi. Światło jakie rzucała pochodnia trzymana przez strażnika, wypalała w źrenicach Jarogniewa pulsujące punkciki bólu. Bolały go także żebra, były posiniaczone od ciosów pałką, każdy oddech sprawiał ból i uciążliwe duszenie, do tego ten smród wymiocin który wtapiał się w nozdrza powoli je wypalając.

- Dziękuję Haroldzie odpocznij, zajmiemy się dalszym ciągiem przesłuchania- Odprawił go Kapitan. Całe lochy śmierdziały wilgocią i rozkładanymi się resztkami rzygowin czy też innych wydzielin które podczas przesłuchań były nieodłączną ich częścią. Wawrzyniak był do tego przyzwyczajony, choć od dawna już nie prowadził tak drastycznych przesłuchań, właściwie nie pamiętał kiedy ostatnio pobił kogoś by uzyskać informacje. Oskarżony wyglądał jak wrak człowieka, był przypięty za dłonie przez łańcuchy zwisające ze ściany do której przylegał plecami. Jego ręce od palców po przedramiona były pokryte kruczo czarnymi znakami z miejscowymi pustkami pojawiającymi kolor jego skóry który był chorobowo blady. Nie miał na sobie koszuli a jego tors był obity pałką aż przybrał niebiesko fioletową barwę. Widocznie Harold nie był zadowolony z odpowiedzi na pytania jakie mu zadawał. Kobieta rozłożyła teczkę na drewnianym stole przy wejściu do wnęki w której trzymano oskarżonego. Wyjęła z niej pióro, kawałek pergaminu i pełny kałamarz po czym zamoczyła w nim sterówkę i skinęła głową wykazując gotowość do notowania.

- Według zeznań, strażnicy zauważyli czwórkę chłopstwa wychodzącą z lasu objętego zakazem. Jedna z chłopek powiedziała strażnikom że zauważyła jak oskarżony wychodził z lasu i podbiegła z grupą sprawdzić jedynie czy nic mu nie jest. - Streszczał raport Kapitan. - Ten tutaj ponoć jest jednym z mieszkańców wioski przy zakazanym lesie. - Tyle udało się ustalić lokalnym strażnikom.

- Jarogniew słyszał jedynie pisk w uszach, a obraz jaki widział przed sobą przypominał tańczące kolorowe płomienie. Wkrótce Potem jeden z nich czerwony podszedł do niego i zaczął coś mówić. Po chwili oczekiwania na odpowiedź sięgnął do jednej z jego dłoni, choć Jarogniew nie widział co dokładnie robił zaczęło to sprawiać ból.

- Czy to konieczne ojcze wielebny? - Odezwał się Wawrzyniak.

- Czyżby lata służby na wyższym szczeblu z dala od okrucieństwa, sprawiły że stał się Kapitan bardziej empatyczny? - Odpowiedział Kapłan.

- To nie ma nic do znaczenia po prostu nie lubię nic nie znaczącego rozlewu krwi.

- Zapewniam Pana Kapitanie iż nie jest to nic nie znaczącego, proszę spojrzeć. - powiedział odwracając się w stronę pozostałej trójki Inkwizytor. W dłoni trzymał krótki sztylet a z niego spływała złota maź. - Zapewniam was iż żadne stworzenie naszego Pana nie krwawi w takiej barwie. Mój osąd jest jednoznaczny, to stworzenie jest dziełem szatana który chce podszyć się pod człowieka i zniszczyć nas dzieci boga od środka naszej społeczności. Z mocy nadanej mi przez Ojca świętego ogłaszam go winnego i skazuję na śmierć przez ścięcie i spalenie jego ciała na stosie, by dusza tego stworzenia wróciła z piekła z którego wypełza. Kara zostanie wymierzona jutro w południe na placu głównym ku przestrodze gawiedzi by już nikt nigdy nie decydował się na łamanie prawa kościelnego. - Wygłaszał - Kapitanie Wawrzyniak poproszę również o spis imion chłopów których widziano z tym osobnikiem przy wyjściu z lasu by sprawdzić czy szatan nie odcisnąć piętna i na nich. - Ogłosił po czym otarł sztylet o chustę i schował ją do pochwy która była ukryta pomiędzy warstwami jego szat.

- Skoro taka jest wola Stolicy Apostolskiej przekażę ją prosto do Lorda Dudeła. - Skwitował Wawrzyniak.

- Naturalnie Kapitanie, poczekamy na błogosławieństwo szanownego Lorda, jednakże prosiłbym o poinformowanie go bez zbędnej zwłoki. - Po słowach Kapłana, Wawrzyniak odebrawszy kalkę raportu siostry wielebnej ruszył prosto do swojego suwerena. Gdy tylko zniknął za kamienną ścianą Inkwizytor podszedł do Kapłana, stali teraz ramie w ramie.

- Jeżeli Dudła okaże się nieprzychylny decyzji kościoła, wskazane będzie zmienić władzę w tej części ziem centralnych, takie są rozkazy od Ojca Świętego Jeżeli zaś chodzi o przeklęty las przydzieliłem oddział gwardii Valońskiej by żadne wtargnięcie się nie powtórzyło. Przy czym ruszę niezwłocznie by zbadać gęstwiny boru i przesłuchać chłopstwo- Oznajmił Inkwizytor.

- Naturalnie wszystko zostanie wykonane, tak jak sobie życzy jego świątobliwość.

Wiatr delikatnie kołysał zasłoną w głąb pokoju położonego na górującej nad miastem twierdzy z karminowej cegły. Polgrod kolebka rodu Dudeła i największe miasto na wschód od życiodajnego Kortu, który zapewniał ziemiom centralnym wodę pod ich pola pszenicy. Miasto żyło powoli, a przynajmniej tak wydawało się to z perspektywy człowieka które je obserwował. Lord Shatinion de Dudeła obserwował z tarasu początek nowego dnia, zapijał się przy tym naparem z liści niedawno przywiezionych do niego w prezencie przez Witolda, który to od lat prowadził ekspedycję na wschód za morze Błękitnej Opoki. Jego brat wiedział co dobre, teraz zapewne pokonuje wielką rafę, a może już zawiną do szklanego portu i przygotowuje karawanę, cudowne jest życie podróżnika- pomyślał.

Dopijając filiżankę naparu odwrócił się w stronę komnaty i przekroczył granicę framugi balkonu wpływając z wiatrem do przestronnego biura, a właściwe to do kompleksu pokoi gdzie miał miejsce na pracę jak i na odpoczynek, wszystko zaprojektowane zgodnie z nowym stylem jaki widział u szwagra z Pepicornu. Pepicy znali się na drewnie jak nikt inny, ich meble były rozchwytywane przez wszystkie wielkie rody starego kontynentu, były symbolem zamożności i statusu.

Z przemyśleń nad dorównywaniem szwagrowi wyrwało go pukanie do drzwi komnaty i głos Alfreda.

-Mój Panie, Kapitan Wawrzyniak oczekuje z raportem, na wizytę - dało się słyszeć jedynie jego głos. Alfred był jednym z niewielu zaufanych ludzi Lorda, a w obecnych czasach zaufanie było na wagę złota. Władcy ziem centralnych po kolei tracili część swej suwerenności przez sięgającą coraz dalej i bardziej nachalnie dłoń Świętego miasta. Stolica apostolska w przeciągu ostatniego wieku zwiększyła swoje wpływy, z początku pokorna posługa ich kapłanów zdawała się nic nie znaczącą sprawą, która uspokajała nastroje niewygodnych kmieci, lecz im więcej zbierała ona popleczników tym silniejsze piętno odciskała na władcach ziem po jakich stąpała. Tak oto kościół ograł ziemie centralne i po trochu ograbiał je z niezależności, powoli i z delikatnym uśmiechem niewiasty na ustach przykładając niegdyś wielkim rodom sztylety do gardeł.

- Panie czy mam go odprawić? - Zapytał nie słysząc odpowiedzi seniora.

- Nie wpuść go, będę czekał w części biurowej - Wyrwał się z przemyśleń, po czym ruszył do odnogi komnaty w której to stało małe biurko z ciemnego dębu, jego nogi zakończone były zdobieniami przypominającymi łapy gęsiobiesów. Stara legenda mówiła że pierwszy z rodu Dudeła podczas polowania w górskim borze oddalił się od taboru i popędził za jeleniem w górę rzeki. Dotarł do małego stawu w którym to zwierzę zatrzymało się by zaczerpnąć wody przez palące je pragnienie. Łowca oddał celny strzał wychylając się spod pałki wodnej po czym usłyszał przerażający ryk a spod słońca świecącego w kierunku ziemi spadł gęsiobies i porwał jelenia tylko po to by rzucić go na skałę przy wodzie. Zwierzęta te były nader inteligentne, zauważyło ono strzałę i zaczęło krążyć w powietrzu nad stawem by znaleźć tego kto zabrał mu przyjemność z odebrania życia ofierze. W czasie gdy role się odwróciły, a łowca właśnie miał stać się ofiarą potomek Dudeła ukrył się pod jedną z lili pływających na stawie. Gęsiobies krążył tak aż do momentu gdy słońce chyliło się ku upadkowi, zwierzęta te bowiem były drapieżnikami dziennymi ponieważ w nocy traciły atut zaskoczenia przez ich jasne upierzenie. Łowca wrócił do taboru ze zwierzyną która nie spodobała się bestii, mając na głowie lilie która to teraz jest herbem rodu Dudeła.

- Panie… - wyrwały go z wiecznych przemyśleń słowa Kapitana, którego to jeszcze przed chwilą tu nie było. Wawrzyniak stał po przeciwnej stronie biurka. Był jego zaufanym dowódcą pokładał w nim wielkie nadzieje oraz zaufanie, z jego pomocą utrzymał władzę podczas najazdu Mengutów z za kamiennych stepów. Był człowiekiem słowa, wychowanym przez jeden ze starszych rodów ziem południowych. Pech chciał że podpadł on ojcu który to wygnał go i nakazał by nigdy nie pokazywał się w Gevonie.

-Tak jak już mówiłem Panie, Harold podczas swojego pierwszego przesłuchania usłyszał od mamrotającego więźnia w przerwach między przesłuchaniami o polach złotego kwiatu i kojącym świetle, pochodzącym zapewne z miejsca w zakazanym lesie - wyjaśniał. - Naturalnie ukryłem tę wiadomość przed kapłanem i sprawiłem by więzień podczas przesłuchiwania przez inkwizytora miał głowę zajętą makowym zielem.

- Dobrze zrobiłeś, choć kościół zatrważająco szybko wysłał tutaj jedno ze swoich najwierniejszych dzieci. Podobno Wielki inkwizytor, jaśnie oświecony Paulus Morr zaszczycił nas swoją jaśnie pierdolniętą obecnością - pociągną Dudeła.

- Lepiej bym tego nie ujął, jedna z pierwszych rzeczy jakie zrobił to skazał oskarżonego na śmierć przez ścięcie i oczekuje wydania wyroku już jutro - dodał.

- Słyszałem o stanowczości świętej inkwizycji ale to co się tu dzieje to istny sprint na pojedynczym wdechu w wykonaniu urzędników kościoła. - Powiedział po czym odebrał od dowódcy pergamin z nakazem egzekucji skwitowaną pieczęcią papieską u dołu dokumentu.

- To nie wszystko, w okolicach lasu gdzie znaleziono oskarżonego pojawił się oddział gwardii Valońskiej, zamknęli dostęp do lasu i otoczyli go szczelnym kordonem - dodał.

- Co zrobili?! - wykrzyknął retorycznie w gniewie. - Niemożliwe jest by Stolica apostolska działała po omacku, muszą wiedzieć coś jeszcze. Najgorsze jest to że pozwalają sobie na tak daleko idące czyny, nie dość że przysyłają inkwizycję to jeszcze armię - ta myśl wbijała się w głowę Dudeła że czuł jak prawie przebija się na wylot.

- Oddział liczy około kopy zbrojnych, według wstępnych doniesień. To jeszcze nie armia, choć z pewnością porządnie uzbrojona grupa świetnie wyszkolonych Valończyków. Niestety muszę przyznać iż bez zwołania lenników czy opuszczenia gardy sił obronnych Polgrodu szansę na wygranie przypuszczalnej potyczki przy lesie mają siły Papieskie. - raportował dalej.

- Jakiej znów bitwy, nawet gdybyśmy taką wygrali pozostaje rola wiernych fanatyków których kościół będzie nas nękał tak długo aż nie odpuścimy - wyjaśnił przeczesując długi choć cieniutki wąsik. - Jak na razie tę rundę wygrali, nam nie pozostaje nic innego jak zagrać w ich grę i czekać aż puszczą gardę - mówił po czym podpisał akt kary śmierci.

Średnia ocena: 1.0  Głosów: 1

Zaloguj się, aby ocenić

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania