I stawili się synowie Boży

Zdarzyło się pewnego dnia, gdy synowie Boży przyszli stawić się przed Panem.

Przybytek Boga lśnił nieskazitelną, lodowatą bielą, godną miejsca Jego Tronu. Niezliczone zastępy aniołów zamarły w idealnych szykach — według rangi, regulaminu i protokołu, nie poruszywszy ani jednym skrzydłem. Kronikarze skrzypieli diamentowymi piórami, wpisując w niebiańskie zwoje bieg ciał niebieskich oraz policzone co do ostatniego tchnienia modlitwy ziemskich sprawiedliwych.

Na wyniosłym tronie zasiadał sam Jehowa Bóg. Otoczony oślepiającym blaskiem, spoglądał na stworzony wszechświat z łaskawością wielkiego Monarchy, u którego cały kosmos jest wpięty do akt, ponumerowany i spoczywa w niezawodnym, nienaruszalnym porządku.

Po Jego prawicy wznosił się Jezus. Nie było w Nim jednak ani krzty łagodności galilejskiego pasterza, ani śladu ziemskiego cierpienia. Przed niebiańskim dworem stanął groźny i potężny Król Królów, gotów niebawem wymierzyć odpłatę za wszelkie zło, jakie działo się od stworzenia świata. Od stóp do głów zakuty w olśniewającą, mieniącą się złotem zbroję, ze spojrzeniem napiętym od sprawiedliwego gniewu i wodzowskim błyskiem podejrzliwości w oku, ściskał w dłoni potężny łuk bojowy. Za Jego szerokimi plecami pobrzękiwał złoty kołczan, szczelnie nabity błyskawicami i strzałami — śmiercionośnym arsenałem przygotowanym do natychmiastowej zagłady ośmiu miliardów nieokazujących skruchy mieszkańców Ziemi w nadciągającym ogniu Armagedonu.

Król-Wojownik płonął nerwową niecierpliwością. Co chwila poprawiał pas broni, z brzękiem sprawdzał cięciwę i raz po raz spoglądał przez kryształowy pomost pzybytku w dół, na kłębiące się ziemskie chmury. Strzały parzyły Go w ramię. Rozkaz do totalnej czystki ludzkości wyraźnie się opóźniał, lecz surowy ceremoniał porannego zgromadzenia w niebiosach nakazywał zachowanie pozorów.

W oddali, u stóp marmurowych kolumn, dokąd zaledwie docierało czyste światło niebios, gromadziły się dziwne cienie. Dawni bogowie narodów, dawno zepchnięci przez Pismo do rangi demonów i bezczynnych gapiów, tulili się z chłodu w zbutwiałe od stuleci skóry ofiarnych zwierząt. Moloch ponuro wpatrywał się w swoje okopcone, miedziane dłonie; Baal drapał się po wyschniętych rogach; nienasycony Mamona cicho przebierał palcami, ziewając od sterylnej prawości przeciągającej się ceremonii. Byli śmiertelnie znudzeni. Starożytne potwory mniemały, że epoka wysublimowanego okrucieństwa przeminęła bezpowrotnie w mrokach dziejów, i jeszcze nie domyślały się, jakie widowisko zostało dla nich przygotowane.

W przybytku zapadła głucha cisza, niczym w głębokiej próżni. Kronikarze zamarli z opuszczonymi piórami.

Jehowa poruszył się na tronie, zamierzając otworzyć radę wstępnym, pełnym majestatu słowem i wskazać niebiańskim zastępom na mrowie śmiertelników.

Lecz w tej samej chwili uroczystą ciszę rozdarł obcy dźwięk, zupełnie niestosowny w tak wzniosłym miejscu. Przez rozstępujące się szeregi cherubów dobiegł miarowy, suchy stukot wypolerowanych półbutów.

Ku granicy zgromadzenia, niespiesznie poprawiając krawat i niosąc pod pachą pękatą skórzaną teczkę z setkami archiwalnych skoroszytów, zbliżał się Szatan.

---

Przez szeregi cherubów, z obrzydzeniem usuwających się przed jego nienagannie wyprasowanym garniturem od Brioniego, Szatan wkroczył na proscenium niebiańskiej sali. W jego powierzchowności nie było nic z potwora z kościelnych fresków: ani rogów, ani kopyt, ani siarkowego dymu. Przed zebranymi stanął dystyngowany jegomość o wypielęgnowanej twarzy i spokojnym spojrzeniu człowieka, który ma właśnie omówić wielce nieprzyjemne wyniki finansowe jednego z podległych działów. Omiótł salę pobieżnym wzrokiem, uśmiechnął się ledwie dostrzegalnie i zatrzymał wzrok na Tronie.

Na jego widok Jezus postąpił gwałtownie naprzód. Złote płyty Jego zbroi zgrzytnęły, sypiąc snopami iskier. Wojownik z wściekłym świstem napiął cięciwę; grot strzały Dnia Sądu, gotowej rozpruć wszechświat, zamarł dokładnie cal od nasady nosa przybysza.

— Jakim prawem się tu zjawiasz, oszczerco! — zagrzmiał Król Królów, aż kryształowe płyty pomostu zadrżały drobnym echem. — Jedno słowo Ojca, a obrócę ciebie i twoje demony w pył na progu Nowego Świata!

Szatan nawet nie mrugnął powieką. Prześlizgnął się jedynie spojrzeniem po grocie strzały, po czym spojrzał na Jezusa z wyrazem pobłażliwego ubolewania.

— Opuść broń, Mesjaszu. Ostatnim razem, gdy zebraliśmy się omówić sprawę Hioba, wszystko również zaczęło się od niewinnego pytania o granice ludzkiej wiary. W rezultacie człowiek ów stracił dzieci, majątek i zdrowie, a my i tak nie doszliśmy do porozumienia w kwestii dopuszczalnych metod weryfikacji. Nie chciałbym powtórki.

W cieniu kolumn ożywiły się cienie. Moloch, oderwawszy się od kontemplacji swych okopconych palców, trącił łokciem Baala:

— Patrz no, przyszedł mecenas. Zaraz się zacznie...

Głos z tronu rozległ się bez gniewu, z tą monumentalną niespiesznością, z jaką poruszają się galaktyki. Jehowa uniósł prawicę, powstrzymując niecierpliwy poryw Wojownika.

— Skąd przychodzisz? — zapytał Wszechwładca, dochowując odwiecznego protokołu.

— Odbyłem podróż inspekcyjną po Twoich ziemskich włościach, Boże. Badałem stan spraw w terenie, oceniałem klimat moralny, zapoznawałem się z osiągnięciami lokalnej administracji. Przeszedłem wszystko wzdłuż i wszerz. Muszę przyznać, że pracy jest tam jeszcze bez liku — odparł Szatan z uprzejmym uśmiechem.

Jehowa z łaskawością wygładził fałdy świetlistego obłoku, niczym szatę przed uroczystą mową, i zwrócił się do zgromadzenia z nieskrywaną dumą Stwórcy, pewnego doskonałości swego dzieła:

— Zwróciłeś jednak uwagę na lud noszący moje imię, na Świadków Jehowy? Czy na całej ziemi jest ktoś inny, tak bezgranicznie oddany mojemu słowu? Kto wielbi mój Tron od pierwszego promienia jutrzenki po ostatni brzask zachodu słońca, kto wznosi Sale Królestwa na chwałę mojego Imienia, wykonuje nakazy bez zbędnych dociekań i przyjmuje zgotowany mu los bez cienia sprzeciwu?

W przybytku zapadła uroczysta cisza. Aniołowie nabrali już tchu do dziękczynnej hosanny. Jezus z satysfakcją opuścił łuk i wyprostował ramiona, sprawiając, że złote płyty pancerza zalśniły triumfalnie w niebiańskim blasku.

Szatan odczekał chwilę, pozwalając powszechnemu uniesieniu osiągnąć apogeum. Potem ledwo słyszalnie chrząknął, uniósł wyżej skórzaną teczkę i przygotował się do jej otwarcia.

— Imię to oni noszą Twoje, Najwyższy — odezwał się tonem człowieka zmuszonego przekazać klientowi przykre wnioski z audytu. — Tu nie ma żadnych zastrzeżeń. Marka jest rozpoznawalna, identyfikacja wizualna utrzymana w szlachetnych błękitach, strategia marketingowa dopracowana bez zarzutu. Pozwólcie jednak uściślić jeden nader ciekawy szczegół: od kiedy to absolutna władza Stwórcy wszechświata przeszła w zarząd spółki akcyjnej z ograniczoną odpowiedzialnością, zarejestrowanej w stanie Nowy Jork? Czyżby Król Niebios sprawował teraz swą wolę wyłącznie poprzez akty notarialne drukarskiego trustu i uchwały jedenastu czcigodnych starców, którzy przypisali sobie wyłączne prawo przemawiania w imieniu Najwyższego, rozporządzają cudzym losem, dekretują zasady pożycia małżeńskiego, reglamentują dostęp do zbawienia, a przy tym ani razu nie pofatygowali się okazać pełnomocnictwa podpisanego bezpośrednio przez Ciebie?

— Zuchwały bluźnierco! — zakipiał Jezus, zaciskając pięści w pancernych rękawicach. — To mój niewolnik wierny i roztropny! Jedyny kanał łączności między Niebiosami a grzesznym ciałem! Oni głoszą czystą naukę, znoszą prześladowania za prawdę i przygotowują miliony dusz na nadchodzący wielki ucisk!

— Kanał łączności? — Szatan uniósł brew z niekłamanym zdziwieniem. — Chcesz powiedzieć, że ten koszmarny miszmasz skostniałych dogmatów, zakazów i comiesięcznych okólników jest Waszym kanałem łączności? Ach, dajcie spokój, mój drogi Mesjaszu. Tak dalece zatraciliście się w polerowaniu grotów strzał, że zupełnie przestaliście interesować się ziemskimi wiadomościami.

Podszedł do kryształowego parapetu i z głuchym łomotem postawił na nim swój ciężar. Mosiężne zamki sucho trzasnęły. Z otwartej teczki powiało farbą drukarską, pyłem starych archiwów, pożółkłym papierem i specyficzną wonią urzędowej stęchlizny, która na zawsze wżarła się w korytarze betelskich kancelarii.

— Zanim zetrze się z powierzchni ziemi osiem miliardów ludzi w imię ocalenia tego przedsiębiorstwa — rzekł cicho Szatan, wyjmując z teczki opasły tom z wytartym złoceniem „The Watchtower” — czy Wysoki Sąd raczy zarządzić choć jedną niezależną kontrolę? Proponuję zacząć od proroctw. Od tych samych nieomylnych zapowiedzi, którymi wasz roztropny niewolnik już od niemal półtora stulecia karmi naiwnych śmiertelników, raz po raz przesuwając datę końca świata na kolejny okres sprawozdawczy.

Otworzył tom, ostrożnie przekartkował kilka stron i zatrzymał się na rozdziale zaznaczonym czerwoną tasiemką.

— Zacznijmy od roku 1914. A może od razu przejdziemy do 1925? U mnie, widzi Pan, wszystko jest usystematyzowane.

Szatan niespiesznie przeglądał pożółkłe od czasu karty papieru, aż wreszcie wyciągnął jedną i uniósł ją do oczu.

— Wróćmy zatem do źródeł tego bogobojnego przedsięwzięcia. Koniec dziewiętnastego wieku, stan Pensylwania. Pobożny pasmanterzysta Charles Taze Russell nagle uświadamia sobie, że Pismo Święte wraz ze wszystkimi jego prorokami to zaledwie preludium, a autentyczny zamysł Najwyższego został zaszyfrowany... w kamiennych szybach wentylacyjnych piramidy Cheopsa.

Szatan podniósł wzrok na promieniejący Tron i rozłożył ręce z uprzejmym zakłopotaniem:

— Przez tysiąclecia Ty, Najwyższy, objawiałeś się w płonących krzewach i rozstępowałeś morskie głębiny. Lecz okazuje się, że aby obliczyć dokładną datę końca świata, Twój przyszły „kanał łączności” musiał biegać z miarką po grobowcach pogańskich faraonów i wyliczać tak zwane „cale piramidowe”! I pal licho samą geometrię grobowców. Owczarnia płaciła brzęczącą monetą za świętą wiarę. Wspomnijmy chociażby słynną „cudowną pszenicę” — zachwycający agronomiczny startup pastora Russella, sprzedawany prostodusznym owcom po bajonskiej cenie sześćdziesięciu dolarów za buszel z uroczystym zapewnieniem, że zbliżające się Królestwo Boże obdarzy ziarno pięciokrotnym plonem! Co prawda brooklyński sąd i eksperci Departamentu Rolnictwa uznali to z jakiegoś powodu za pospolite oszustwo, ale kogo obchodzą świeckie prawa, gdy na karku wisi koniec świata?

Jezus zgrzytnął zębami. Złote płyty Jego pancernych rękawic z brzękiem zacisnęły się na majdanie łuku.

— Najpierw obiecano rok 1874, potem uroczyste przesunięcie na 1878, aż wreszcie — gwoźdź programu: październik 1914 roku! — Szatan podniósł głos, zwracając się już do zdrętwiałych szeregów serafinów. — Milionom ludzi donośnie obwieszczono: w październiku czternastego roku wszystkie ziemskie królestwa zostaną starte w proch, a wierni w ciele uniosą się ku niebiosom! Nadszedł listopad. Niebiosa świeciły pustkami. Ludzkość nadal metodycznie mieszała błoto w okopach pierwszej wojny światowej, lecz pastor Russell wcale się nie zmieszał. Skoro widzialny koniec nie nastał — to znaczy, że dokonał się w sposób niewidzialny! Genialny manewr, czapki z głów.

U stóp marmurowych kolumn Mamona zachichotał cicho, pocierając kościste palce:

— Sprzedawać powietrze pod pozorem niewidzialnego przyjścia... No, chłopak miał łeb do interesów!

— Lecz prawdziwy rozkwit tego cyrku nastąpił, gdy u steru stanął „sędzia” Joseph Rutherford — ciągnął Szatan, wertując pękaty plik pożółkłych sprawozdań. — Człowiek o rzadko spotykanym despotyzmie, który rozpędził prawowity zarząd za pomocą prawniczych kruczków i przekształcił wiernych w zastraszoną armię roznosicieli makulatury. Pamiętacie jego gromkie hasło grzmiące na wszystkich stadionach: „Miliony obecnie żyjących nigdy nie umrą”? Rutherford uroczyście wyznaczył generalne porządki wszechświata na rok 1925. I to nie byle jaki Armagedon — obiecał, że z prochu powstaną starożytni książęta: Abraham, Izaak i Jakub, aby osobiście objąć rządy na Ziemi!

Szatan odczekał chwilę, spoglądając wymownie na Jezusa:

— Wierni wyprzedawali farmy, rzucali pracę i wypatrywali patriarchów. A troskliwy sędzia Rutherford, podczas gdy miliony przymierały głodem w kleszczach Wielkiego Kryzysu, wystawił w słonecznej Kalifornii luksusową hiszpańską willę „Beth-Sarim” — „Dom Książąt”! I zakupił dwa najnowocześniejsze, szesnastocylindrowe Cadillaki — rzecz jasna wyłącznie po to, by starotestamentowi prorocy mieli czym wygodnie dojechać ze stacji kolejowej. Co prawda Abraham z Izaakiem do San Diego nigdy nie dotarli, toteż w owej rezydencji do końca swych dni w samotności sączył kolekcjonerską, szmuglowaną whisky sam Rutherford. Cóż za rozczulające poświęcenie!

Przez szeregi aniołów przetoczył się stłumiony szept. Jehowa na tronie trwał niewzruszony niczym granitowy obelisk, jedynie poświata wokół Jego czoła z lekka zgęstniała.

— A dalej ciągnął się już niekończący się jarmark niespełnionych nadziei! — teczka w dłoniach Szatana trzasnęła sucho. — Ileż to razy wasz „wierny niewolnik” mącił w głowach naiwnym śmiertelnikom? Przypomnijmy mgliste aluzje do lat czterdziestych, gdy w samym zarzewiu drugiej wojny światowej literatura zaklinała, że do końca zostały „policzone miesiące”! Wspomnijmy nerwowe szepty o roku 1954, podchody pod lata sześćdziesiąte... I wreszcie arcydzieło świadowskiej dramaturgii — psychozę wokół jesieni 1975 roku!

Szatan odwrócił się ku pomostowi, patrząc prosto w płonące wściekłością oczy Jezusa:

— Od 1966 roku Wasi Niewolnicy wbijali trzodzie do głów: równe sześć tysięcy lat od stworzenia Adama upływa jesienią siedemdziesiątego piątego! Ludzie za bezcen wyprzedawali domy, porzucali studia, popadali w długi, odmawiali sobie posiadania dzieci, byle tylko poświęcić ostatnie miesiące przed Armagedonem na roznoszenie czasopism. I co wydarzyło się jesienią 1975 roku, Królu Królów? Liście opadły, spadł deszcz, a wierchuszka na Brooklynie zwyczajnie rozłożyła ręce i oznajmiła, że bracia... „ulegli nadmiernej ludzkiej wyobraźni” i sami są sobie winni!

Szatan odłożył niedbale opasły tom z powrotem na parapet i uśmiechnął się miękko, jadowicie:

— Niemal stulecie samych falstartów, szarlatanerii i pisanych wstecz proroctw. I w imię tego przedsiębiorstwa wciąż trzymasz napiętą cięciwę Swego bojowego łuku, Mesjaszu?

Szatan odczekał chwilę dla efektu, omiatając zgromadzenie chłodnym, triumfującym wzrokiem, i niespiesznie przewrócił stronę w swoim obszernym dossier.

— Zostawmy zresztą w spokoju rojenia o zmartwychwstałych patriarchach. Koniec końców, przez niespełniony koniec świata ludzie tracili zaledwie majątki, oszczędności i zmysły. Przejdźmy do spraw znacznie bardziej namacalnych — do ludzkiego życia. Do zdrowia tych samych ufnych owiec, które powierzyliście na wypas swym brooklyńskim plenipotentom.

Wyłuskał z teczki cienką broszurę z lat trzydziestych i ze znudzoną miną podrzucił ją na dłoni.

— Zacznijmy od medycyny. Od tej samej boskiej mądrości, która strumieniami płynęła ze stron czasopisma „Złoty Wiek”. O ile pamiętam, w latach dwudziestych i trzydziestych Niewolnik wierny i roztropny ogłosił szczepienia bezpośrednim splugawieniem przymierza Boga oraz wszczepianiem szatańskiego jadu bydlęcego w czyste ciało chrześcijan! Tysiące wiernych pokornie chorowało na ospę i błonicę, święcie wierząc, że strzykawka ze szczepionką odcina drogę do życia wiecznego. Minęło trzydzieści lat, w brooklyńskim Betel zmienił się prezes — i szczepienia po cichu, bez słowa przeprosin, stały się dziełem wielce pożądanym w oczach Bożych! Lecz to była zaledwie niewinna rozgrzewka przed prawdziwym arcydziełem faryzejskiej myśli.

Szatan przeniósł ciężkie spojrzenie na Jezusa:

— Przypomnijmy sobie rok 1967, Królu Królów! W „Strażnicy” ukazuje się programowy artykuł, w którym przeszczepianie narządów zostaje uroczyście ogłoszone... ludożerstwem i kanibalizmem! Przez trzynaście długich lat ludzie ze schorowanymi nerkami i gasnącymi sercami powoli umierali na rękach swoich bliskich, dumnie odrzucając operację, byle nie stanąć przed Twoim sądem w randze ludożercy! A potem, jesienią 1980 roku, w króciutkiej notatce na ostatniej stronie czytelnikom melancholijnie oznajmiono, że transplantacja jest odtąd zwykłą „kwestią osobistego sumienia”. Ci, którzy pomarli w oczekiwaniu na rychłe zmartwychwstanie, widocznie po prostu nie doczekali kolejnego numeru świeżej prasy!

Jezus groźnie ściągnął brwi, zaciskając łuk tak mocno, że złote płyty na Jego kłykciach aż zazgrzytały.

— To było poszukiwanie prawdy! — rzucił twardo, ciskając gromy ze ślepiów. — Ścieżka prawych lśni coraz jaśniej aż do pełnego dnia! Mój Niewolnik uczył się pojmować wolę Niebios i odcinać światową zgniliznę!

— Światło lśni coraz jaśniej? — przerwał Szatan z jadowitym chichotem. — Mój drogi Mesjaszu, przecież u Was to światło mruga niczym tania chińska girlanda z wyprzedaży! Lecz nawet to blednie w zestawieniu z ich koronnym klejnotem — dogmatem o krwi.

Wyciągnął pękaty stos kolorowych czasopism i cisnął nim o kryształowy parapet przed Tronem. Błyszczące okładki pomknęły po zwierciadlanej tafli, odsłaniając fotografie uśmiechniętych nastolatków i niemowląt.

— Od 1945 roku brooklyńska kancelaria uczyniła zakaz transfuzji krwi świętą krową tego kultu. Ileż to tysięcy wiernych spoczęło w grobach w imię obłąkańczych teorii brooklyńskich starców? Ich czasopisma z lubością publikowały galerie dziecięcych portretów, piejąc z zachwytu: „Młodzież, która stawia Boga na pierwszym miejscu”! Rodzice czuwali przy łóżkach na oddziałach reanimacji i patrzyli, jak ich dzieci wykrwawiają się na śmierć, ponieważ starsi z Komitetów Łączności ze Szpitalami pełnili dyżury pod drzwiami, pilnując, by matka nie zgrzeszyła ocaleniem własnego dziecka! Osiemdziesiąt lat bezwzględnego dogmatu! I w co ta święta nieugiętość ostatecznie się wyrodziła?

Szatan wyjął ostatni, pachnący jeszcze farbą drukarską dokument i teatralnym gestem rozwinął go przed zgromadzeniem:

— W haniebną kazuistykę biochemiczną! Najpierw oświadczyli, że krwi pełnej przyjmować nie wolno, lecz jeśli za pomocą hydrolizy przemysłowej rozszczepi się ją na mikroskopijne frakcje — albuminy i immunoglobuliny — wówczas ich przyjęcie staje się dopuszczalne. Innymi słowy: litr krwi to grzech śmiertelny, ale trzy cysterny krwi od dawców, przetworzone na proszek na potrzeby jednego zastrzyku, to błogosławieństwo i kwestia sumienia! A teraz spójrzcie na ten szczyt obłudy, zatwierdzony dosłownie parę dni temu, jesienią dwudziestego szóstego roku!

Potrząsnął triumfalnie arkuszem papieru:

— Cztery główne składniki! Erytrocyty, leukocyty, płytki krwi i osocze — dokładnie to, za odmowę przyjęcia czego przez osiemdziesiąt lat kładli ludzi do grobów — teraz również pozostawiono osobistemu uznaniu i sumieniu wierzącego! Wtłoczenie do żyły czterech butelek z osobna stało się odtąd prawe i miłe Bogu! Lecz broń Panie Boże zlać je do jednego wspólnego naczynia — albowiem wtedy natychmiast następuje grzech śmiertelny i bunt przeciwko Stwórcy!

W ciszy niebiańskiego przybytku, przy odległych marmurowych kolumnach, rozległo się głośne, soczyste klaskanie.

Moloch, który dotąd obojętnie dłubał okopconym paznokciem w kryształowej podstawie kolumny, nie wytrzymał. Wstał w całej swej potwornej posturze, wyszczerzył mosiężną paszczę i zaniósł się chrapliwym, pełnym zawiści rechotem:

— A to skurczybyki! A to zuchy! — zachrypiał prastary bożek, potrząsając zwęglonymi pięściami. — Nie, no posłuchajcie tylko tych geniuszy! My w Dolinie Hinnom uczciwie żądaliśmy składania ludzkich pierworodnych na rozżarzoną miedź przy wtórze bębnów, bez cienia obłudy! A te świętoszki zmusiły rodziców, by morzyli dzieci na szpitalnych łóżkach w imię erytrocytów, tylko po to, by potem po prostu wydać biuletyn: „Oj, bracia, światło zajaśniało jaśniej, teraz już można”! Czapki z głów przed wami, brooklyńskie przytulisko, przy was jestem po prostu zasmarkanym smarkaczem!

Oczy Jezusa rozbłysły nieznośnym, białym płomieniem. Złote płyty pancerza szczęknęły złowrogo; gwałtownym półobrotem uniósł łuk bojowy i jednym płynnym ruchem napiął cięciwę. Grot strzały Dnia Sądu, huczący pierwotną potęgą i gotów spopielić przestrzeń, wycelował prosto w środek miedzianego czoła osłupiałego Molocha.

— Milcz, pomiocie demonów! — zagrzmiał Król Królów, a echo Jego głosu przetoczyło się po niebiańskim przybytku niczym grom. — Jeszcze jedno twoje plugawe słowo, a sczeźniesz w jeziorze ognia przed wyznaczoną godziną!

Z Molocha natychmiast uszło całe powietrze. Pycha opadła zeń jak pozłota z taniego bibelotu. Wtulił głowę w ramiona, pośpiesznie schował okopcone łapska za plecy i cofając się w głęboki cień za kolumnę, zaczął bełkotać cienkim, przestraszonym głosikiem, niczym uczniak przyłapany przez dyrektora przy wybitej szybie:

— Ale o co chodzi? Ja przecież nic takiego, Władco… Ja czysto od strony technicznej, z czysto zawodowego zainteresowania metodologią utylizacji biomasy… Stoję sobie, milczę, prymus naprawiam, nikogo nie ruszam…

Jezus ciężko odetchnął, lecz cięciwy nie zwolnił, wciąż popieląc wzrokiem skulonego idola.

Szatan jedynie uśmiechnął się pobłażliwie, przyglądając się tej scenie.

— Cóż za porywające męstwo żołnierskie, Mesjaszu — zauważył cicho, układając starannie karty sprawozdania z powrotem w teczce. — Lecz uciszenie przerażonego starotestamentowego biesa jest o wiele prostsze niż odpowiedź na proste pytanie: co powiesz owym matkom, których dzieci zginęły w imię poprzedniej wersji instrukcji Twojego Niewolnika?

Jezus stał, oddychając ciężko, i ze wściekłą bezsilnością wpatrywał się w mrok za kolumnami, w który przed chwilą czmychnął Moloch. Majdan łuku bojowego jęknął żałośnie w pancernej rękawicy.

Szatan jedynie pobłażliwie pokręcił głową, napawając się osiągniętym efektem. Następnie niespiesznie przewrócił kolejną pożółkłą kartę swego dossier i z cichym szelestem położył ją na wierzchu otwartej teczki.

— Zresztą, Królu Królów, biochemia i nekrologi to dla brooklyńskich mędrców materie zbyt przyziemne. Ze znacznie większym rozmachem Twój „roztropny niewolnik” ćwiczył się w wyższej matematyce i fizyce kwantowej! — Odwrócił się ku zdrętwiałym szeregom serafinów, podnosząc głos: — Przypomnijmy sobie wielką epopeję o „pokoleniu roku 1914”!

Jehowa na wyniosłym tronie ledwie zauważalnie poruszył brwią. Światłość wokół tronu zafalowała.

— Przez dziesięciolecia! — dobitnie zaakcentował Szatan, zakreślając palcem krąg w powietrzu. — Na stronie tytułowej każdego numeru czasopisma „Przebudźcie się!” Twoim ziemskim poddanym uroczyście wbijano do głów niewzruszoną prawdę: Stwórca obiecał, że pokolenie ludzi, którzy widzieli wydarzenia roku 1914, pod żadnym pozorem nie przeminie, zanim nie nadejdzie Armagedon! Początkowo mowa była o tych, którzy powitali pierwszą wojnę światową w świadomym wieku. Miliony ludzi wyprzedawały majątki, rezygnowały ze studiów, nie odkładały na starość i nie rodziły dzieci, święcie wierząc, że nie zdążą osiwieć przed Twoją zwycięską salwą z łuku!

Wyciągnął z teczki dużą, zalaminowaną tablicę i demonstracyjnie skierował ją w stronę Tronu:

— Lata mijały. Świadomi świadkowie czternastego roku zaczęli banalnie i zdradziecko wymierać na miażdżycę tętnic. Ciało Kierownicze pospiesznie obniżyło poprzeczkę: uznano, że wystarczyło po prostu urodzić się w 1914 roku, choćby w powijakach usłyszeć huk kanonady! Lecz prawa biologii, niestety, miały za nic brooklyńską prasę. W połowie lat dziewięćdziesiątych nawet niemowlęta pierwszej wojny światowej przekroczyły osiemdziesiątkę! I cóż czyni Twój „kanał łączności”, gdy grunt pod nogami zaczyna płonąć? W listopadzie 1995 roku wykonują woltę godną najlepszych cyrkowych akrobatów: po cichu wymazują obietnicę Stwórcy ze strony tytułowej czasopisma i obwieszczają, że „pokolenie” to wcale nie żaden przedział czasu, lecz po prostu zbiorczy obraz złych, niegodziwych ludzi!

— Oni szukali głębszego sensu Pisma! — żachnął się Jezus, a Jego dłoń uniosła się w obronnym geście. — „Nie przeminie to pokolenie” to proroctwo wierności! Niewolnik usiłował pojąć zamysł Ojca w zmieniającym się świecie!

— Zamysł Ojca? — zakpił jadowicie Szatan. — Ach, gdybyż na tym poprzestali! Lecz bez roku 1914 rozpadała się cała konstrukcja: wszak jeśli nie ma pokolenia, to diabli biorą Twoje niewidzialne objęcie władzy i cały ich monopol na prawdę! I wtedy na scenę wkroczył niedościgniony geniusz scholastyki — czcigodny brat David Splane ze swym nieśmiertelnym wskaźnikiem!

Szatan teatralnym gestem rozwinął kolorowy wykres, gęsto pokryty wielobarwnymi strzałkami, przecinającymi się osiami czasu i liniami przerywanymi:

— Spójrzcie na to arcydzieło demencji, aniołowie i archaniołowie! Dogmat o „nakładających się na siebie pokoleniach”! Okazuje się, że pokolenie składa się z dwóch grup namaszczonych! Grupa „A” widziała rok czternasty. Grupa „B” otrzymała namaszczenie za życia grupy „A”! I skoro staruszek z pierwszej grupy napił się kiedyś herbaty w Betel z młodym karierowiczem z grupy drugiej, zostają ogłoszeni... jednym i tym samym, nierozerwalnym pokoleniem!

Szatan odwrócił się ku Jehowie i załamał ręce:

— Według tej zachwycającej logiki, Najwyższy, jeśli mój pradziadek w dzieciństwie widział żywego Napoleona, a ja w dzieciństwie zastałem żywego pradziadka — to znaczy, że jesteśmy z Bonaparte rówieśnikami i powinniśmy byli siedzieć w jednej ławce! Dzięki tej teologicznej gumie Armagedon można teraz odwlekać choćby i do trzeciego tysiąclecia, mianując nowych pomazańców wprost przy łożu śmierci poprzednich!

Przy marmurowych kolumnach rozległo się głośne, przeciągłe sapanie.

Baal, który do tej pory siedział w kucki i w zamyśleniu skrobał długim pazurem swe wysuszone rogi, podniósł się powoli w pełnym wzroście. Prastary kananejski władca chmur i urodzaju poprawił zbutwiałą lwią skórę na ramieniu, zmierzył szkic Splane’a płonącym okiem i zagwizdał z zachwytem:

— Nie, Moloch, gadaj sobie z tą swoją tanią anatomią, co chcesz, ale ja chylę czoła przed tymi gośćmi! — zahuczał Baal, celując sękatym palcem w stronę schematu. — My w Sydonie i Tyrze łupiliśmy z pospólstwa byki i zboże tu i teraz. Obiecałeś deszcz — dawaj chmury, inaczej kapłanów nazajutrz powieszą na palmach! A ci arcymistrzowie sprzedali ludziom zbawienie w wieczną hipotekę pod zastaw nieistniejącego pokolenia! Ludzie za darmo tyrają na budowach, przepisują mieszkania, sprzątają sale, wyprzedają ojcowizny, a termin odbioru inwestycji przedłuża się im po prostu o kolejne sto lat z mocy prawa naczyń połączonych ze starcami! Brawo! Na piaski Karmelu, takiego mechanizmu wywłaszczania w imię abstrakcyjnej daty nie znały nawet najprzedniejsze świątynie Babilonu!

Jezus zacisnął zęby tak mocno, że ich zgrzyt poniósł się echem pod lodowatymi sklepieniami przybytku. Ostrze błyskawicznej strzały w Jego łuku drżało nerwowo, przeskakując z szydzącego Baala na spokojnego, błyszczącego Szatana.

— Dość tych bluźnierstw! — ryknał Król Królów, a z Jego pancernych rękawic trysnęły złote iskry. — Wyrywasz cytaty z kontekstu epoki, oszczerco! Mój Niewolnik na ziemi służy w pocie czoła, nie szczędząc sił, strzegąc świętości i wierności pośród zepsutego świata!

Szatan odłożył starannie wykres Splane’a i cicho zatrzasnął zamki swojej teczki.

— W pocie czoła, powiadasz? Strzegąc świętości pośród zepsutego świata? — Uśmiechnął się miękko, niemal współczująco, i zwrócił się ku milczącej światłości Tronu. — Wiesz, Wszechwładco, możemy w nieskończoność spierać się o hermeneutykę, strzałki na brystolu i starożytne fenickie daniny. Lecz po cóż kruszyć kopie zaocznie? Po cóż zgadywać, co dokładnie Twój Syn miał na myśli dwa tysiące lat temu, skoro w tej samej chwili na planecie Ziemia, w błogosławionym stanie Nowy Jork, kwitnie sobie Ciało Kierownicze złożone z jedenastu nieomylnych dżentelmenów, którzy znają Twoją wolę o niebo lepiej niż Ty sam?

Szatan postąpił krok naprzód i rozłożył ręce w nienagannym sądowym ukłonie:

— Czyż sprawiedliwie jest sądzić pasterzy pod ich nieobecność? Proponuję Wysokiemu Sądowi konfrontację twarzą w twarz. Wezwij ich tutaj, Najwyższy! Wszystkich jedenastu, wprost z ich przytulnych apartamentów i studiów w Warwick! Niech architekt pokoleń David Splane osobiście wykreśli ów schemat przed Twoim obliczem! Niech złotousty Stephen Lett wyjaśni Ci za pomocą swych niezrównanych grymasów, dlaczego niemowlęta są Twoimi osobistymi wrogami! I niech Jeffrey Winder powtórzy Twoim serafinom, dlaczego wierny niewolnik nigdy nie ma obowiązku przepraszać za kłamstwa!

Jehowa nie drgnął, lecz w lodowatej bieli przybytku na moment zamarł skrzyp diamentowych piór kronikarzy. W zapadłej absolutnej ciszy prawica Stwórcy opadła ledwie dostrzegalnie, dając bezsłowną aprobatę.

Przestrzeń przed kryształowym parapetem skurczyła się z cichym pomrukiem. Powietrze zawirowało w optycznym leju, zapachniało klimatyzowanym biurowym ozonem, drogimi męskimi perfumami, bezkofeinową kawą i farbą drukarską świeżych broszur.

W następnej sekundzie, prosto na zwierciadlany pomost niebiańskiego przybytku, z głuchym stukotem skórzanych podeszw runęło jedenastu skonsternowanych mężczyzn.

Stali w zwartej, zbitej gromadce, w nienagannie wyprasowanych garniturach trzyczęściowych, z lazurowymi znaczkami JW.ORG w klapach i masywnymi złotymi sygnetami na palcach. Kenneth Cook zamarł z niedopitą porcelanową filiżanką w dłoni; Mark Sanderson kurczowo ściskał do połowy zjedzoną kanapkę z indykiem; Jeffrey Winder przyciskał do piersi teczkę z klauzulą Komitetu Kadr; Stephen Lett wciąż trzymał palce przy policzku, zastygły w wyćwiczonym grymasie pełnego boleści współczucia przed niewidzialną kamerą; David Splane zaś mrugał bezradnie powiekami, ściskając w prawej pięści teleskopowy wskaźnik laserowy. Obok nich spoglądali po sobie z lękiem Gage Fleegle, Samuel Herd, Geoffrey Jackson, Jody Jedele, Jacob Rumph oraz sędziwy Gerrit Lösch.

Przez kilka sekund panowała grobowa cisza, mącona jedynie buczeniem lamp, które zdawali się przywlec za sobą wprost ze studia nagraniowego.

— Co... co to za awaria oświetlenia? — wydusił chrapliwie Sanderson, chowając kanapkę za plecy i mrużąc oczy od oślepiającego blasku niebios. — Jody, czy my jesteśmy w hali zdjęciowej w Ramapo? Kto odpalił reflektory na pełną moc?

— To... to nie studio — wyszeptał Gage Fleegle, cofając się i nastupując na lśniący półbut Gerrita Löscha. — Bracia... spójrzcie w górę...

Jedenaście par oczu powoli uniosło się ku Tronowi. Przed nimi, przesłaniając horyzont, wznosiła się nieznośna chwała Stwórcy, a nieco na prawo, zakuty w olśniewający złoty pancerz, górował groźny Król Królów z napiętym potężnym łukiem, którego grot pałał białym płomieniem Dnia Sądu.

Stephen Lett pierwszy ocknął się z odrętwienia. Jego brwi wystrzeliły pod samą łysinę, szczęka nawykowo opadła, nadając twarzy wyraz maślanego uniesienia, a dłonie same złożyły się w daszek na brzuchu:

— Bracia... — zanucił swym popisowym, przeciągłym głosem prezentera telewizji JW Broadcasting, zwracając się do współbraci. — Chyba... dokonało się! Jesteśmy... w niebiosach! To pochwycenie pomazańców! Zostaliśmy zabrani jako pierwsi, w samym środku porannego wielbienia!

— Chwała Jehowie... — odetchnął z ulgą Samuel Herd, poprawiając krawat i prostując plecy przed anielskimi szeregami. — Wreszcie odpadła konieczność przygotowywania się do dorocznego zgromadzenia...

— Przepraszam najmocniej, że przerywam ten rozczulający tryumf korporacyjnego ducha, dżentelmeni — rozległ się z boku aksamitny, drwiący głos.

Członkowie Ciała Kierowniczego synchronicznie wzdrygnęli się i odwrócili. Przy marmurowym parapecie, z ręką niedbale wsuniętą w kieszeń spodni od Brioniego, stał Szatan.

— Zmuszony jestem zmartwić waszą zgraną delegację: to nie jest uroczysty bankiet z okazji przejścia na emeryturę. To nadzwyczajny audyt niebiańskiej kancelarii. A na wokandzie — owoce waszej nader burzliwej działalności finansowo-proroczej.

Szatan prześlizgnął się spojrzeniem po lękliwie skulonych starcach, tłoczących się coraz ciaśniej obok siebie, zmrużył oczy i z przesadnym zdumieniem przyłożył dłoń do policzka:

— O rety! Własnym oczom nie wierzę! A gdzież podział się nasz powszechnie uwielbiany weteran z Wietnamu, pogromca obcisłych dżinsów i koneser dwunastoletniej szkockiej single malt, brat Anthony Morris Trzeci? Czyżby został wykluczony z elitarnej spółdzielni niewolników i zesłany w ciemności zewnętrzne, w głuszę Karoliny Północnej, bez prawa do niebiańskiego pochwycenia? Cóż za potworna strata dla niebiańskiej kawalerii! Któż teraz będzie obiecywał, że grzesznicy stopią się w Armagedonie niczym dymiący tłuszcz na patelni?

Starcy pobledli. Gerrit Lösch nerwowo zakaszlał, Mark Sanderson zaczął gorączkowo poruszać szczęką, a Geoffrey Jackson postąpił krok do przodu, zasłaniając sobą pozostałych członków Ciała:

— My... my nie jesteśmy upoważnieni do udzielania komentarzy w sprawach personalnych poza oficjalnymi komunikatami prasowymi Towarzystwa — wyrecytował drewnianym głosem, patrząc gdzieś ponad oskarżycielem.

— O, do spraw kadr jeszcze dojdziemy, drogi bracie Jacksonie — przeciągnął słodko Szatan. — Lecz zaczniemy od nauki. Od wyższej geometrii!

Wskazał ostro palcem na skulonego prelegenta ze wskaźnikiem:

— Brat David Splane do raportu! Niech brat wyciągnie swój słynny wskaźnik laserowy i będzie tak uprzejmy wytłumaczyć Samemu Stwórcy wszechświata, dlaczego Jego proste słowo „pokolenie” nagle przeobraziło się w nakładający się na siebie przekładaniec ze sędziwych pomazańców! Twórca słucha brata z wyjątkową uwagą!

W tym momencie Jezus postąpił krok naprzód, a od poruszenia Jego złotych naramienników po kryształowym pomoście przemknęły oślepiające refleksy. Nie opuścił napiętego łuku, lecz w stalowym błysku Jego źrenic, płonących dotąd żarem sprawiedliwego sądu, przemknęło ciężkie, niemal pełne obrzydzenia zmieszanie. Wojownik Armagedonu zmierzył wzrokiem stłoczoną u Jego stóp gromadkę przerażonych mężczyzn w pogniecionych krawatach i z lazurowymi znaczkami w klapach.

— Więc to są oni… — odezwał się głucho Król Królów, a w Jego tubalnym basie po raz pierwszy zabrzmiał nie groźny majestat, lecz skrywana gorycz oszukanego wodza. — Oto ci, dla których przez wieki trzymałem kołczan pełen błyskawic! Ci, którzy zaklinali się na placach, jakoby znali każde tchnienie Mojego wojska! Odpowiedzcie przed Tronem, niewolnicy: na jaką to prawdę rozmiękczyliście Moje imię przed narodami? Z czym stajecie na sąd Wszechwładcy?

Opuścił gwałtownie łuk, opierając jego dolny gryf o pomost. Złota cięciwa ucichła, wydawszy ostatni metaliczny jęk.

Szatan uśmiechnął się jedynie z politowaniem i wymownym gestem wskazał Davida Splane’a.

Splane przełknął nerwowo ślinę, czując, jak kołnierzyk koszuli podchodzi mu wilgocią. Nogi odmawiały mu posłuszeństwa, lecz dziesięciolecia spędzone przed studyjnymi reflektorami w Warwick wyrobiły w nim bezwarunkowy odruch: gdy na ciebie patrzą — wysuwaj wskaźnik. Palce same namacały w kieszeni chłodny cylinder. Z suchym, metalicznym trzaskiem teleskopowy wskaźnik rozsunął się na pełną długość.

— B-bracia… to znaczy… Wasz Niebiański Majestat — wyjąkał Splane, rozglądając się nerwowo w daremnej nadziei na dostrzeżenie znajomego promptera i zielonego tła green screenu. Spróbował nadać twarzy ów łagodny, przymilny wyraz dobrotliwego wujka-nauczyciela, jakim zazwyczaj wykładał zawiłości Pisma gospodyniom domowym, lecz wargi drżały mu zdradziecko. — My… my jesteśmy niezmiernie wdzięczni za tę unikalną duchową sposobność do wyjaśnienia głębi zrozumienia…

Nacisnął przycisk na wskaźniku. Cienka czerwona smuga pomknęła ku kryształowemu parapetowi, zadrżała na fałdach nadziemskiej światłości wokół Tronu i bezsilnie zgasła w oślepiającej bieli przybytku.

— Widzicie… — Splane zakaszlał w kułak i zaczął machać wskaźnikiem w powietrzu, kreśląc niewidzialne prostokąty. — Słowo „pokolenie” w dwudziestym czwartym rozdziale Ewangelii według Mateusza… świeccy uczeni-helleniści naiwnie pojmują jako przedział czasu odpowiadający długości życia jednego człowieka. Lecz to cielesne, ograniczone spojrzenie! W Komitecie Redakcyjnym przeprowadziliśmy kolosalną pracę badawczą!

Zerknął kątem oka na Kennetha Cooka, szukając oparcia, lecz ten jedynie mocniej wbił głowę w ramiona.

— Wyobraźcie sobie dwie równoległe linie! Linię „A” i linię „B”! — głos Splane’a przeszedł w piskliwy falset, gdy spróbował narysować palcem schemat na wypolerowanej posadzce. — W skład grupy „A” wchodzili owi pomazańcy, którzy na własne oczy widzieli pierwszą wojnę światową w 1914 roku! Lecz zestarzeli się i… yyy… zasnęli snem śmierci. Zanim jednak zmarli, pojawiła się grupa „B” — inni pomazańcy! A skoro ich życia zbiegły się w czasie… rozumiecie? Oddychali tym samym powietrzem, pili herbatę w brooklyńskiej jadalni, podawali sobie dłonie! A zatem, zgodnie z prawem kontekstualnego nakładania się, grupy „A” i „B” tworzą… jedno niepodzielne, nierozerwalne superpokolenie! To przecież takie proste, logiczne i budujące duchowo!

W przybytku zapanowała martwa cisza. Kronikarze zamarli z piórami w zawieszeniu, spoglądając na czcigodnego prelegenta z jawnym powątpiewaniem w jego zdrowie psychiczne. Jehowa na tronie nawet nie drgnął — z Tronu bił jedynie lodowaty chłód.

Jezus powoli przeniósł wzrok z nakreślonego na posadzce niewidzialnego wykresu na Splane’a. W oczach Króla Królów odmalował się tak bezbrzeżny, nieznośny wstyd, jak gdyby zmuszono Go właśnie do pokwitowania odbioru cyrkowych rekwizytów.

Szatan niespiesznie zaklaskał w dłonie, rozbijając mroźne milczenie.

— Znakomicie, Davidzie. Czapki z głów przed kwantową teorią uścisków dłoni. Zostawmy jednak geometrię budowlańcom. Porozmawiajmy o chrześcijańskiej miłości. Brat Stephen Lett, krok w przód!

Stephen Lett wzdrygnął się całym ciałem. Lecz ledwie padło jego nazwisko, jego twarz zadziałała w trybie autonomicznym: brwi wystrzeliły ku łysinie, kąciki ust powędrowały pod same uszy, a oczy zaokrągliły się do rozmiarów filiżanek. Złożył pulchne dłonie w daszek na brzuchu, zakołysał się na obcasach i przemówił owym niezrównanym, przeciągłym tonem, jak gdyby zwracał się do grupy opóźnionych w rozwoju przedszkolaków:

— Có-ó-óż… za… wspania-a-ałe… niebiańskie zgromadzenie! — zaintonował, przeciągając samogłoski tak, że echo zatańczyło pod sklepieniem. — Wszyscy jesteśmy ta-a-ak wdzięczni Jehowie za to… na czasie przypomnienie! Lecz niech wolno mi będzie zapewnić Wysoki Sąd: nasza organizacja… nigdy nie była tak bogata duchowo, jak dzisiaj! Ni-g-dy!

— Wliczając w to owe niemowlęta, które na kongresie regionalnym ochrzcił brat mianem „osobistych wrogów Boga”? — zapytał przymilnie Szatan. — Te same noworodki, które nie potrafią jeszcze nawet utrzymać łyżki, a wasz trybunał już skazał je na spalenie w Armagedonie?

Lett ani przez ułamek sekundy się nie zmieszał. Jego gumowa twarz błyskawicznie przepoczwarzyła się z promieniejącego zachwytu w żałosną, przesadnie tragiczną maskę:

— My jedynie… odzwierciedlaliśmy… święty gniew Stwórcy przeciwko zepsutej ludzkości! A poza tym… koszty produkcji materiałów w studiach w Ramapo nieustannie rosną! Inflacja, koszty obsługi prawnej… Braciom i siostrom dobrze robi składanie datków na Królestwo od najmłodszych lat! Nawet jeśli w tym celu trzeba odmówić sobie dodatkowej porcji lodów, organizacja z wdzięcznością przyjmie owe skromne grosze na fundusz ogólnoświatowej działalności!

Jezus zasłonił oczy pancerną rękawicą, powstrzymując głuchy jęk.

— Dość o finansach — uciął chłodno Szatan, przerzucając kartę w archiwum. — Przejdźmy do spraw personalnych. Brat Jeffrey Winder, Komitet Kadr. Proszę powiedzieć, jak tam miewa się wasz bezwzględny dogmat o nieomylności?

Winder, tęgi i surowy, postąpił naprzód z kamienną twarzą partyjnego dygnitarza. Przycisnął służbową teczkę mocniej do piersi, niczym tarczę.

— Nasze stanowisko zostało jasno i dobitnie przedstawione na Zgromadzeniu Statutowym — wyrecytował drewnianym głosem. — Ciało Kierownicze nie jest natchnione z góry i może popełniać błędy w kwestiach doktrynalnych. Jednakże Ciało Kierownicze w żadnym wypadku nie ma obowiązku przepraszać za minione pomyłki w interpretacjach! To nasza żelazna zasada. Przeprosiny podważają porządek teokratyczny i osłabiają zaufanie trzody do wyznaczonego kanału przewodnictwa!

— Doprawdy? — Szatan podszedł do niego blisko, patrząc prosto w zimne oczy aparatczyka. — Wyrzucaliście ze zborów szczerych ludzi, rozbijaliście ich rodziny, doprowadzaliście do samobójstw za choćby jedno nieśmiałe pytanie o waszą rację! Zmuszaliście rodziców do patrzenia, jak ich dzieci gasną bez transfuzji erytrocytów, bo wtedy światło rzekomo „jeszcze nie zajaśniało”! A teraz stoicie przed Tronem wieczności i oświadczacie, że nie macie obowiązku powiedzieć nawet zwykłego „przepraszam” tym, których życie zdruzgotały wasze błędne biuletyny?

Winder hardo uniósł podbródek:

— Postępowaliśmy zgodnie ze wskazówkami publikacji obowiązującej w danym momencie. Sprawa jest zamknięta.

Jedenastu członków Ciała zbiło się w jeszcze ciaśniejszy szyk. Stali, ocierając zimny pot jedwabnymi chusteczkami, obracając na palcach masywne sygnety i gorączkowo poprawiając krawaty, przekonani, że ich biurokratyczny pancerz przetrwa każdą niebiańską nawałnicę.

I w tej samej chwili z głębokiego mroku przy odległych kolumnach, dokąd nie sięgało światło niebios, dobiegł stłumiony, jadowity szept.

Dawni bogowie nie potrafili już dłużej milczeć. Skupili się u podstawy marmurowych filarów, szturchając się łokciami i wymieniając sarkastyczne uśmieszki, nie kryjąc swego szczerego, profesjonalnego podziwu.

— Słyszałeś, Baal? — wychrypiał Moloch, z obrzydzeniem wypluwając zgorzelinę na płyty pomostu. — „Przepraszać nie wypada”! Słyszałeś to sformułowanie? A ja, miedziany durnowaty, myślałem, żem najlepiej ze wszystkich się ustawił: żądałem pierworodnych do pieca przy huku trąb! Ale ja przynajmniej nie łgałem Fenicjanom, że robię to dla ich wiecznego zbawienia w rajskim ogrodzie! A te gogusie wpakowały do piachu trzy pokolenia pacjentów przez leukocyty i płytki krwi, po czym wzruszyli ramionami: „Oj, światło się zmieniło, bierzcie na zdrowie”, i nawet kartki z kondolencjami nie przysłali! Trzeba mieć tupet z granitu!

— Dajże spokój z tą swoją anatomią, blaszaku — syknął na niego Mamona, chciwie mrużąc maślane ślepia i przebierając chudymi palcami niewidzialne banknoty. — Ty spójrz na ten wskaźnik! Ty popatrz na ich krawaty! Przecież oni wydusili z ludzi miliardy na budowę Sal Królestwa, przepisali cały majątek na nowojorską osobę prawną, potem te sale hurtowo wyprzedali, a owieczki zagonili do hal w Ramapo, żeby montowały im filmiki za miskę zupy! A trzoda jeszcze znosi im drobniaki zaoszczędzone na lodach! Na złoto Tyru, z zazdrości aż mnie w wątrobie strzyka!

— Milcz już, kramarzyku — zahuczał Baal, kpiąco gładząc swe rogi. — Jam na Karmelu z Eliaszem bił się o każdy dzban wody! Moi kapłani żyły sobie szkłem pruli, dowodząc, że deszcz spadnie! A ten okularnik ze strzałkami po prostu wyszedł do ludzi z kawałkiem plastiku: niby że jak dziadek w Betel uścisnął dłoń młodemu karierowiczowi, to znaczy, że są jednym i tym samym człowiekiem, a koniec świata odkłada się o kolejne siedemdziesiąt lat! I osiem milionów durni potakuje i bije brawo! Nie, Moloch, my przy tej ferajnie to po prostu marne szczeniaki z grupy żłobkowej. Nam w otchłani pora otwierać kursy dokształcające u brooklyńskich księgowych!

Szept prastarych potworów wił się niczym wąż po przybytku, mieszając się z lodowatym milczeniem Tronu. Jedenastu starców lękliwie tuliło się do siebie, Król Królów zaś, nie uroniwszy ani słowa, powoli odwrócił się od nich, spuszczając płonące źrenice ku dołowi.

Jezus powolnym ruchem włożył bojowy łuk do kołczana na plecach. Złota broń Dnia Sądu opadła na dno i zamarła, matowiejąc. Groty strzał nie pałały już białym płomieniem: groźna światłość Armagedonu zgasła, pozostawiając jedynie zimny, metaliczny odblask.

Król Królów trwał w bezruchu. Pancerz wykuty na bitwę, w której zgładzonych miało zostać osiem miliardów grzeszników, wydał Mu się nagle nieznośnie ciężki, obcy i niedorzeczny. Przeniósł wzrok z nadętego, zadufanego w sobie oblicza Jeffreya Windera na Stephena Letta, którego pulchne palce wciąż drżały na brzuchu, na Davida Splane’a, pośpiesznie chowającego wskaźnik laserowy do wewnętrznej kieszeni marynarki. A potem — na całą resztę członków Ciała.

Dwa tysiące lat wyczekiwania. Miliardy wzniesionych ku niebu rąk. Modlitwy męczenników, krew, pot, łzy… I po co? Po to, by jedenastu obłaskawionych kleryków z miasteczka nieopodal Nowego Jorku handlowało wiecznością w abonamencie, żonglowało biologią i przed obliczem Samego Stwórcy cedziło przez zęby: „Nie mamy obowiązku przepraszać”?

W oczach Mesjasza nie było żaru wodza. Rozlewała się w nich bezdenna, wiekowa gorycz człowieka, którego imię wdeptano w błoto urzędniczego protokołu.

— „Kanał łączności”… — odezwał się cicho Jezus. Jego głos nie grzmiał już niczym uderzenia pioruna, lecz w martwej ciszy przybytku każde słowo opadało z ciężarem granitowego kamienia młyńskiego. — A więc tak paśliście Moje owce? Przepisując reguły wstecz i odbierając im nawet prawo do skruchy?

Geoffrey Jackson zakaszlał nieśmiało, usiłując przykleić do twarzy dobrotliwy uśmiech:

— Panie nasz… Działaliśmy ściśle w ramach porządku teokratycznego… w zgodzie z bieżącym zrozumieniem Pisma…

— Zamilcz — nie podnosząc głosu, uciął Jezus. Nawet nie spojrzał na mówcę. — Dość słów. Zbyt długo przemawialiście w Moim imieniu. Nadszedł czas wysłuchać tych, którzy płacili rachunki za waszą niekończącą się fetę.

Jezus odwrócił się ku Tronowi i lekko pochylił głowę:

— Ojcze. Pozwól wezwać świadka. Nie z betelskich apartamentów. Spośród tych, którzy zostali na dole.

Poświata Tronu ledwie zauważalnie zapulsowała. Wszechwładca trwał w milczeniu, lecz lekki powiew niebiańskiego wiatru posłużył za znak zgody.

Przestrzeń pośrodku przybytku zafalowała. Nie było w tym żadnych teatralnych efektów. Powietrze powlokło się po prostu przezroczystą mgiełką, zapachniało suchymi trocinami sosnowymi, tanim proszkiem do prania, wystygłą kawą i wilgotnym powiewem jesiennego Środkowego Zachodu.

Gdy opar opadł, przed kryształowym parapetem stanęła w bezruchu trójka ludzi.

Była to zwykła rodzina. Mężczyzna miał nieco ponad czterdzieści lat — krępy, barczysty robotnik z miejscowego tartaku. Ubrany był w proste, czyste, ciemnoniebieskie dżinsy i flanelową koszulę w kratę, spod której spranego kołnierzyka wyzierał biały podkoszulek. Jego dłonie, zgrubiałe od wielogodzinnego zmagania się ze szlifierkami i deskami, zachowały w drobnych pęknięciach nieszpachlowalny drzewny pył. Do jego ramienia tuliła się żona — szczupła, drobna kobieta w skromnym, dzierganym kardiganie narzuconym na schludną bluzkę; takie kobiety dniami i nocami roznoszą talerze w przydrożnych rodzinnych barach, cierpliwie uśmiechając się do klientów, podczas gdy pulsują im zmęczone żyły na nogach. Z drugiej strony stał dwunastoletni chłopiec w workowatej, szarej bluzie z kapturem. Garbił się, chowając dłonie w kieszeniach, i rozglądał wokół ze zaszczutą, wrosłą w nawyk czujnością dziecka, które każdego dnia spodziewa się ciosu w plecy na szkolnym korytarzu.

Na ramieniu mężczyzny wisiała wytarta torba z materiału — z takimi chodzi się wieczorami i w weekendy, głosząc od drzwi do drzwi. A w ręku trzymał świeży formularz sprawozdania ze służby kaznodziejskiej.

Ujrzawszy wokół siebie bezkresną światłość, szeregi cherubów i wznoszący się Tron, kobieta westchnęła cicho i zakryła usta dłonią. Mężczyzna śmiertelnie pobladł. Nogi ugięły się pod nim i posłuszny wbijanemu przez lata odruchowi nabożnego lęku runął na kolana wprost na zwierciadlany pomost, pociągając za sobą żonę i syna.

— Czy… Czy to już? Wielki ucisk przeminął i jesteśmy w raju? Ale przecież raj miał być na Ziemi… — rwącym się, zachrypniętym szeptem wydusił mężczyzna, nie śmiąc podnieść wzroku. Przycisnął kurczowo torbę do piersi. — Dzień Jehowy?.. My… myśmy się starali, bracia… Nie opuściliśmy ani jednego zebrania zboru… Odrobiłem zmianę na tartaku i zdążyłem zdać trzydzieści godzin pioniera pomocniczego… Proszę, w sprawozdaniu wszystko jest zapisane…

Jedenastu członków Ciała Kierowniczego instynktownie cofnęło się w tył. Mark Sanderson ze wstrętem podwinął poły swej nienagannej marynarki, jak gdyby lękał się, że trociny z rękawa robotnika pobrudzą tkaninę za trzy tysiące dolarów. Stephen Lett na widok realnej trzody na ułamek sekundy zgubił swój marionetkowy uśmiech, Jeffrey Winder zaś skrzywił się z niesmakiem, niczym dyrektor, do którego gabinetu bez pukania wtargnął ślusarz w kombinezonie.

Jezus powoli podszedł do klęczącej rodziny. Ciężkie pancerne trzewiki miarowo stąpały po krysztale. Opadł na jedno kolano przed mężczyzną i łagodnie, obiema dłońmi dotknął jego spracowanych rąk.

— Wstań, bracie mój — cicho, lecz wyraźnie wyrzekł Mesjasz. — Wstańcie. Nie musicie przede Mną zginać karku ze strachu.

Mężczyzna podniósł się, drżąc na całym ciele. Kobieta kurczowo przytuliła do siebie syna. Chłopiec spoglądał spod byka na Jezusa, po czym jego wzrok powędrował w lewo — ku gromadce wystraszonych mężczyzn w garniturach. Oczy dziecka rozszerzyły się.

— Tato… — ledwie słyszalnie szepnął chłopiec, ciągnąc ojca za rękaw. — Patrz… To przecież oni. Brat Lett… Brat Splane… Ci sami, z ekranu w Sali Królestwa…

Starcy zmieszali się. Stephen Lett spróbował przywrócić znajomą maskę pasterskiej dobroci, uniósł dłoń w powolnym geście powitania i zanucił:

— Witamy… drogie owieczki… Stójcie prosto przed obliczem Stwórcy…

— Milczeć — nie odwracając się, rzucił Jezus, a od dźwięku Jego głosu Lett zakrztusił się i wciągnął głowę w ramiona.

Jezus ponownie spojrzał w oczy robotnika. Odmalowywała się w nich nie duma świętego, lecz bezgraniczne, wieloletnie zmęczenie człowieka, który szarpie się między zmianami w fabryce, spłatą kredytu za dom z prefabrykatów, naprawą starego pickupa a wiecznym, ssącym w dołku poczuciem winy: „Zrobiłeś za mało dla Jehowy. Mogłeś dać z siebie więcej”.

— Powiedz Mi — zapytał łagodnie Jezus, spoglądając na kobietę — dlaczego twój syn patrzy na świat tak, jakby wokół byli sami wrogowie? Za co nienawidzą go rówieśnicy w szkole?

Kobieta nie wytrzymała. Łzy zbierające się przez całe lata popłynęły po jej policzkach, zmywając skromny puder.

— Za… za wierność, Panie… — załkała, miętosząc rąbek kardiganu. — Nie pozwalają mu się bawić… Na przerwach wyzywają go od sekciarzy. Wczoraj jego koleżanka z klasy miała urodziny, wszyscy jedli tort, śmiali się, a jemu… jemu kazano siedzieć na korytarzu pod szafkami, bo to pogańskie święto… Na apelu wszyscy śpiewają hymn, a on stoi w milczeniu, ze spuszczoną głową, i wytykają go palcami… Uczymy go cierpliwości dla Królestwa! Dla czystości ze światem!

Jezus przeniósł wzrok na chłopca:

— Ciężko ci?

Chłopiec pociągnął nosem, wpatrując się w podłogę, i wydusił z dziecięcą, czystą szczerością:

— Ja po prostu… ja po prostu chciałem chociaż raz zjeść z nimi kawałek tortu… Ale tata powiedział, że Jehowie zrobi się smutno i nie wpuści mnie do Nowego Świata…

Przez szeregi aniołów przetoczyło się głuche westchnienie. Kronikarze zamarli, zapominając o diamentowych piórach. Jezus powoli odwrócił głowę w stronę Ciała Kierowniczego. David Splane nerwowo szarpał guzik marynarki, nie wiedząc, gdzie podziać oczy.

— Tort, powiadacie… — wyszeptał Król Królów. — A więc dziecięca radość jest obrzydliwością w oczach Niebios? A wy w tym czasie stawialiście kompleksy studyjne za setki milionów, wmawiając, że Królestwo Boże mierzy się zakazem zdmuchiwania świeczek na urodzinowym cieście?

Lecz robotnik, lękając się, że rozmowa zmierza w złą stronę, wtrącił pośpiesznie:

— Panie! My nie szemramy! Zniesiemy wszystko! Dla nadziei… By móc znowu ujrzeć… jego…

Głos mężczyzny załamał się. Zacisnął szczęki tak mocno, że na policzkach zagrały mu mięśnie. Dłoń żony kurczowo wbiła się w jego łokieć.

W przybytku zapadła dźwięcząca, przytłaczająca cisza. Jezus zajrzał w najgłębsze zakamarki ich serc — tam, gdzie pod warstwą wyuczonych cytatów z czasopism jątrzyła się niezagojona, czarna rana.

— Twój pierworodny — wyrzekł cicho. — Miał zaledwie osiem miesięcy.

Kobieta zakryła twarz dłońmi i zaszlochała bezgłośnie, trzęsąc się całym ciałem. Mężczyzna przełknął z trudem ślinę, powstrzymując wyrywający się z piersi krzyk:

— Ostra białaczka… Lekarze w szpitalu hrabstwa błagali nas. Mówili: „Tylko jeden cykl, przetoczcie po prostu płytki krwi i osocze, on przeżyje, ma olbrzymie szanse!”. A starsi siedzieli na korytarzu… Przynieśli niebieską teczkę z Komitetu Łączności ze Szpitalami. Powiedzieli: „Jeśli się zgodzicie — zdradzicie Jehowę. Stracicie życie wieczne i zabijecie jego duszę. Okażcie wierność”. I my… trzymaliśmy go za malusieńką rączkę, gdy siniał na prześcieradłach… Patrzyliśmy, jak gaśnie, i szeptaliśmy mu wersety z Psalmów… Bo wierzyliśmy! Wierzyliśmy, że taka jest Twoja święta wola! Że krwi nie wolno przetaczać, że to pogwałcenie przymierza!

Robotnik podniósł ku Jezusowi pełne męki, zaognione oczy:

— Powiedz mi, Panie… Prawda, że postąpiliśmy słusznie? Prawda, że on zmartwychwstanie jako pierwszy? Powiedz, że ta ofiara nie poszła na marne!

Jezus nie zdążył odpowiedzieć.

Z głębokiego cienia u stóp marmurowych kolumn rozległ się niski, wibrujący dźwięk. Był to śmiech — upiorny, zgrzytliwy, przypominający trzask łamanych kości i huk rozgrzanego pieca hutniczego.

Moloch powoli postąpił naprzód. Potężny miedziany idol, okopcony tysiącleciami pogańskiego dymu, przestał się kryć. Wyszedł na światło, ciężko opierając się na upapranych sadzą stopach, i wbił wzrok prosto w jedenastu pobladłych jegomościów w drogich garniturach.

— Nie no, popatrzcie tylko na to… — zachrypiał Moloch, a z jego szerokiej miedzianej paszczy buchnęło spalenizną. — Pierworodny! Prawdziwy, czyściutki pierworodny! Posłuchajcie tylko tego gościa!

Bożek wyszczerzył swe potworne oblicze i odwrócił się ku Baalowi:

— Baal, druhu, słyszysz to? Jam w Kartaginie i w Dolinie Tofet przynajmniej uczciwie palił w swym brzuchu drwa! Moi kapłani walili w miedziane kotły, by zagłuszyć krzyki matek, ale myśmy nigdy — słyszycie, przenigdy! — nie łgali rodzicom, że to dla ich własnego dobra w kwitnącym parku z pandami! Mówiliśmy prosto z mostu: „Oddaj dziecię bogom, bo bogowie spalą twoje plony!”. Brutalnie? Okrutnie? Owszem! Lecz uczciwie!

Moloch postąpił krok ku skulonym członkom Ciała Kierowniczego, zawisając nad nimi niczym rozżarzona góra:

— A wy?! Wy, wyfiokowane szczury ze złotymi spinkami na krawatach! Zmusiliście tego nieszczęśnika, by patrzył, jak dusi się jego niemowlę, machając mu przed nosem tą waszą tanią makulaturą! Wmówiliście mu, że płytki krwi to bilet do piekła! A teraz… — Moloch wycelował okopcony, dymiący pazur prosto w twarz Gerrita Löscha, — teraz, w dwudziestym szóstym roku, skrobnęliście sobie cichaczem w biuletynie: „Oj, bracia, ponaradzaliśmy się w komitecie… W sumie to płytki krwi, leukocyty i osocze to odtąd zwykła kwestia sumienia wierzącego! Bierzcie na zdrowie, światło zajaśniało jaśniej”!

Idol zarechotał tak, że zatrzęsły się kryształowe płyty:

— Zabiliście jego pierworodnego dla akapitu w czasopiśmie, który sami po dwudziestu latach wywaliliście na śmietnik! Czapki z głów przed wami, upiory z Warwick! Żarłem mięso niemowląt na węglach, ale na tak szatańską perfidię nie wpadł nawet cały nasz fenicki panteon! Przerośliście mnie! Jesteście najlepszymi kapłanami śmierci, jakich widziała ta przeklęta ziemia!

— Milczeć! — pisnął w panice Kenneth Cook, chowając się za plecy Samuela Herda. — To prowokacja! Bracia, nie słuchajcie demona! Organizacja podąża za przewodnictwem ducha świętego!

— Ducha świętego? — z cienia wyłonił się Mamona. Starożytny bóg mamony z obrzydzeniem zmierzył członków Ciała od stóp do głów, pocierając chude, obwieszone sygnetami palce. — Nie mieszaj w to ducha, młokosie. Sprzedaliście wiarę tych ludzi po cenie hurtowej. Oni harują w fabrykach i roznoszą talerze, odkładają grosz do grosza, odmawiając synowi cukierka, i znoszą je do waszych skrzynek na datki! Wyciągnęliście od nich miliardy na budowę Sal Królestwa, przysięgając, że te budynki należą do Boga! A potem co? Przepisaliście wszystko na swoją nowojorską korporację i puściliście pod młotek, a trzodę zagoniliście przed ekrany, żeby oglądali wasze maślane gęby na Zoomie! Sprzedaliście ich modlitwy, sprzedaliście ich pot, a w zamian wcisnęliście im kreskówki o baranku i znieśliście zakaz wznoszenia toastów! Nawet ja w starożytnym Babilonie brałem skromniejszy procent niż ta wasza drukarska szulernia!

Jedenastu członków Ciała Kierowniczego zbiło się w bezkształtną, trzęsącą się gromadkę. Ich twarze poszarzały. Ani prompterów, ani wyćwiczonych uśmiechów, ani montażowych cięć — w obliczu nagiej prawdy Niebiańskiego Sądu z ich nieomylnego majestatu nie ostało się nic prócz pogniecionych garniturów i lepkiego, zwierzęcego strachu.

Jezus powoli odwrócił się ku rodzinie. W Jego spojrzeniu nie było już bojowego błysku. Położył szeroką dłoń na ramieniu szlochającego ojca, a drugą ręką czule dotknął czubka głowy chłopca.

— Twój syn nie umarł dla Mnie na próżno — cicho, z niewysłowioną czułością wyrzekł Mesjasz. — Lecz jego krew nie spoczywa na Moim ołtarzu. Albowiem Bóg żywych nigdy nie żądał ofiar z dzieci w imię czystości medycznych formularzy. Cała ta krew, do ostatniej kropli… — Jezus odwrócił się i rzucił lodowate spojrzenie na skamieniałe Ciało Kierownicze, — obciąża wasze wypielęgnowane dłonie. Wszystka, do ostatniej kropli.

Szatan, stojący przez cały ten czas przy parapecie, zamknął bez pośpiechu swą pękatą skórzaną teczkę. Mosiężne zamki trzasnęły z suchym dźwiękiem gilotyny. Obrzucił starców pożegnalnym, pełnym chłodnej pogardy spojrzeniem audytora zamykającego akta beznadziejnego bankructwa.

— Wygląda na to, Wasz Niebiański Majestat, że mowy stron można uznać za zakończone — odezwał się cicho Szatan, kłaniając się lekko Tronowi. — Fakty przemawiają głośniej niż jakiekolwiek proroctwa.

W niebiańskim przybytku zaległo wielkie, nadziemskie milczenie. Światłość Tronu zgęstniała, przyćmiewając blask złoceń i gwiazd.

Wielka korporacja, mieniąca się jedyną arką ocalenia ludzkości, stanęła naga przed wiecznością. I w owym sądzie niepotrzebne okazały się strzały Dnia Sądu ani ogień Armagedonu. Cały ten faryzejski gmach, wznoszony przez półtora stulecia na fundamencie strachu, zakazów, rozbitych rodzin i niespełnionych dat, rozsypał się w pył przed prostą prawdą: szczera, ślepa wiara oszukanego robotnika o spracowanych dłoniach okazała się nieskończenie bliższa Bogu niż cała nadęta, syta świętość jedenastu panów, którzy zbawienie ludzkiej duszy zamienili w spółkę akcyjną z ograniczoną odpowiedzialnością.

Średnia ocena: 0.0  Głosów: 0

Zaloguj się, aby ocenić

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania