I wanted you to see me - prolog

5 lat wcześniej

 

Rozsiodływałam Moona po udanym przejeździe, nie zwaliliśmy ani jednego drąga, mieliśmy też najlepszy czas. To były nasze trzecie zawody i byłam z nas dumna, bo osiągnęliśmy to sami, bez niczyjej pomocy. Sama uczyłam się wszystkiego, co wiedziałam o koniach. Ciekawiło mnie, czy tata w końcu dostrzegł, że staram się dorównać chłopakom, czy znów będzie niezadowolony.

Poklepałam Moonlighta po szyi i dałam mu smaczka, musiał odpocząć. Odpięłam go od uwiązu przy myjce i chciałam zaprowadzić go do boksu. Jednak gdy uniosłam głowę i spojrzałam przed siebie, zobaczyłam Pana Caleba. Nie wiedziałam czemu, ale tata go nie lubił, ja jednak miałam inne zdanie, był dla mnie miły. Pan Caleb jako jedyny po przejazdach przychodził do mnie i mi gratulował. Nie rozumiałam tego, bo to nie była jego rola, miał swoją rodzinę, swoich synów.

- Dobry przejazd. - skinęłam mu głową, przytakując jego słowom. - Trzeci idealny przejazd, intryguje mnie to, wiesz?

- Dlaczego?

- Trzy pierwsze przejazdy, i wszystkie trzy na podium. - wyjaśnił. - Co jest zadziwiające, bo z moich obserwacji wynika, że...

- Willow na Boga, czy możesz przestać zachowywać się, jakby jazda konna była dla ciebie? - usłyszałam głos ojca, który do nas podszedł. - Ile razy mam ci mówić, że to nie jest sport dla dziewczyn?

Czułam wzrok pana Caleba na sobie, ale nie szczególnie mnie to obchodziło. Tata jak zwykle nawet po dobrym przejeździe, zamiast mi pogratulować, musiał mnie zmieszać z błotem. Myślałam, że gdy zacznę jeździć i pokaże mu, że mogę być tak dobra, jak moi bracia, to mnie dostrzeże. Jednak on nigdy mnie nie widział, a gdy coś mi wychodziło, to nie umiał mi nawet pogratulować. Jednak nie mogłam się poddać, miałam nadzieję, że z czasem jego nastawienie się zmieni.

Ignorując swojego tatę, wymieniłam go, prowadząc Moona do boksu. Odchodząc, jednak usłyszałam słowa Pana Caleba.

- Daj jej się wykazać, ma coś czego nie posiada wielu jeźdźców. - czekałam aż tata coś mu odpowie, ale on milczał. - Ona się tu tylko marnuje.

Nie słyszałam czy mówili coś jeszcze, ponieważ doszłam do boksu. Puściłam kantar konia przy wejściu do boksu, posłusznie wszedł. Ktoś mógłby powiedzieć mi, że to nie odpowiedzialne, ale ja znałam swojego towarzysza. Moon był moim jedynym przyjacielem, cały mój czas poświęcałam jemu, nigdy mnie nie zawiódł.

Pogłaskałam Moonlighta i usiadłam sobie na sianie w jego boksie. Nie zamknęłam drzwi boksu, bo wiedziałam, że Moon się nigdzie nie wybiera. Usiadłam jednak w miarę blisko nich, by w razie czego móc go zatrzymać. W jego boksie czułam się bezpiecznie, dlatego też właśnie tu przyszłam od razu po rozdaniu nagród. W pewnym sensie się ukryłam, bo chciałam pobyć sama, zebrać energię i przygotować się na jutro. W końcu to, że wygrałam dziś, nie oznacza, że nie musimy ćwiczyć.

Wpatrywałam się w Moona, który pił wodę ze specjalnego poidełka. Gdzieś z tyłu słyszałam też, jak ktoś prowadził konia, jego kopyta niosły za sobą przyjemny stukot. Dźwięk kopy był coraz bliżej, aż w końcu ucichł.

- Chowasz się przed światem? - uniosłam wzrok na bruneta, który opierał się o ramę boksu, spojrzałam na jego konia, był biały. - Nie powinnaś była siedzieć gdzieś ze swoimi?

Postanowiłam go zignorować, dlatego też odwróciłam wzrok. Jednak on był bardziej uparty, przywiązał swojego konia do kratek boksu i usiadł obok mnie. Spojrzałam na niego, on jednak siedział jakgdyby nigdy nic.

- Nie przypominam sobie, żebym ci proponowała dołączenie.

- Nie musiałaś. - wzruszył ramionami. - Uznałem, że towarzystwo ci się przyda.

- Więc źle uznałeś.

Wiedziałam, że nie zachowuje się w porządku w stosunku do niego. W końcu on starał się być miły, a ja? Nie dałam mu nawet szansy. Jednak wiedziałam, że nie potrzebuję teraz przyjaciół, tylko treningów. Tym właśnie żyłam przez kilka ostatnich lat. Moon był moim promyczkiem w tym świecie, tylko on był przy mnie, gdy tego potrzebowałam.

Chłopak mimo mojego zachowania nie wyglądał na zrażonego, jednak nie odpowiedział. Milczał, jakby zastanawiał się, czy powinien coś zrobić lub powiedzieć. A ja po prostu chcę, aby sobie poszedł, żeby dał mi spokój. Tymczasem on, nawet się nie poruszył, co mówi mi, że raczej nigdzie się nie wybiera.

- Co chcesz? - odezwałam się w końcu. - Nie powinieneś się przypadkiem zbierać?

Wzruszył ramionami, jakby było mu wszystko jedno. Nie rozumiałam ludzi, nie umiałam z nimi rozmawiać. Mamy nigdy nie poznałam, a tata od zawsze był skupiony tylko na chłopakach. Dlatego nie wiedziałam, jak powinnam się zachować. Wydawało mi się, że on próbował być miły, ale ja nie umiałam mu się odwdzięczyć tym samym. Nawet gdybym chciała, nie dałabym rady.

Nie wiedziałam co miał w głowie, choć chciałabym wiedzieć. Chciałabym wiedzieć, po co tu przyszedł, był synem Caleba i tyle o nim wiedziałam.

- Dobrze ci dziś poszło. - wyznał. - Gratuluję zajęcia pierwszego miejsca na podium.

Spojrzałam na niego zdziwiona, to to ode mnie chciał? Pogratulować mi? Po co? Nie potrzebowałam tego. Nie chciałam gratulacji, tylko tego by tata zwrócił na mnie uwagę. Dlaczego obcy ludzie mi gratulowali, a mój tata jedyne co zrobił, to powiedział mi, że to nie dla mnie. Nie zależało mi na słowach obcych ludzi, tylko na słowach taty. Nie musiałyby to być nawet słowa, mógłby się, chociaż uśmiechnąć patrząc na mnie.

Jedyne co widziałam na twarzy taty, gdy stawałam na podium, to grymas. Zachowywał się tak, jakby to, że jestem na podium, przynosiło mu wstyd. On nie dostrzegał tego, ile pracy wkładam w każdy przejazd. Nie widzi też tego, że gdyby nie ja, to na podium nie stałby nikt z jego stajni. On widział tylko to, że byłam dziewczyną, jego rozczarowaniem. Tymczasem ja starałam się, jak mogłam, a jedyne co z tego miałam, to jego niezadowolenie.

Nie nauczyłam się jeździć dla medali i rozetek, ani nawet dla gratulacji ludzi z otoczenia. Nauczyłam się jeździć, by tata w końcu mnie zobaczył. Liczyłam na to, że jeśli nauczę się jeździć, to będzie chciał spędzić ze mną czas. Nie wzięłam tylko pod uwagę, że będzie na mnie zły. A ja tylko chciałam, by tata spędził ze mną czas jakkolwiek.

Mogłabym nawet trenować z chłopakami, byle chociaż mnie dostrzegł. Liczyłam, że tata jeszcze się zmieni, że pozwoli mi z nimi trenować. Musiałam mu tylko pokazać, że mogę być równie dobra, jak chłopcy.

- Dziękuję? - odezwałam się niepewnie. - Tobie też dobrze poszło.

- Jednak to za mało, by zająć miejsce na podium.

- Każdy od czegoś zaczyna. - wzruszyłam ramionami, chciałam się uśmiechać, ale odpuściłam, wiedziałam, że ten uśmiech nie byłby prawdziwy. - Trening czyni mistrza.

- W przeciwieństwie do ciebie, ja wiem, że mój koń więcej nie wyciśnie. - spojrzał na swojego konia. - Lunaria to dobry koń, ale więcej nie osiągnie.

Spojrzałam na jego konia, klacz była piękna. Przyglądałam się jej dłuższą chwilę, by stwierdzić, czy brunet ma rację. Niechętnie wstałam, czując na sobie jego wzrok, skanował mnie. Podeszłam powoli do klaczy, od razu zaczęła zbliżać swój pysk do moich rąk. Widać było, że to dobry i przyjazny koń.

Nie zamierzałam się jednak skupiać na tym, przejechałam ręką po jej grzbiecie. On nie miał racji, gdyby poświęcił jej czas i zwiększył treningi, wyciągnąłby z niej znacznie więcej. Wahałam się, nie wiedziałam, czy powinnam mu to mówić, w końcu on był synem rywala taty.

- Co robisz?

- To nie ona nie daje z siebie więcej, a ty. - spojrzałam na niego, i to był błąd, bo on cały czas na mnie patrzył, przez co złapaliśmy kontakt wzrokowy. - Pracuj więcej i ciężej, a zobaczysz większe efekty.

- Killian!

Spojrzałam w stronę jakiegoś blondyna, chłopak za to wstał i wyszedł z boksu. Nie do końca wiedziałam co ze sobą zrobić, powiedzieć coś? Odejść? Obserwowałam blondyna, który do nas podszedł.

Wyglądał na miłego, ale nie zamierzałam sprawdzać, czy tak jest, był nawet w miarę wysoki. Skinął głową do bruneta, jakby niemo prowadzili rozmowę. Patrzyli sobie prosto w oczy, bez rozmawiania.

- Twój tata cię szuka. - odezwał się w końcu blondyn. - Chce porozmawiać o twoim przejeździe.

Brunet nie wyglądał na zadowolonego ze słów swojego przyjaciela. Czy się dziwiłam? Może? Nie jestem pewna. Ja sama oddałabym wszystko, by mój ze mną porozmawiał o tym co zrobiłam nie tak na parkurze. Jednak muszę też patrzeć na to, że chłopakowi nie poszło na tym najlepiej.

Nagle usłyzałam hałas, spojrzałam na Moonlighta który walnął kopytem w ścianę boksu, jego uszy były położone do tyłu. Rozejrzałam się i już po chwili zrozumiałam, czemu się tak zachował. Do stajni wszedł James Miller. Szedł tak wściekły, że nawet mnie nie zauważył. Gdy zaczęłam brać udział w wyścigach, nie był już taki dobry, jak mój tata myślał. James nie był w stanie mi dorównać.

Każde swoje niepowodzenie zganiał na mnie, jakbym ja była winna temu, że on nie umie jeździć. Mój tata go od zawsze faworyzował, przez co uważał się za lepszego od wszystkich. Nawet jeśli zajmował miejsce na drugim lub trzecim miejscu, nigdy nie zajął pierwszego. Nie wiedziałam, co widział w nim mój tata.

James często wyżywał się na swoim koniu, nie jedno krotnie widziałam, jak uderzył go batem za nic. Moim zdaniem on nie był jeźdźcem, bo za wszystko winił swojego konia, nie umiał wziąć odpowiedzialności na siebie. Zawsze to koń był czemuś winny.

- Chyba ktoś ma okres. - powiedział rozbawiony blondyn. - A tak serio, to o co mu chodzi? Tak wyzywał jak skończyłaś swój przejazd, jakby nie wiem co się stało.

- Jest zły, bo znów wygrałam. - wzruszyłam ramionami. - A to nawet nie było moim celem.

Bo moim celem za każdym razem było to, by tata mnie dostrzegł. Jednak nie wiedziałam jeszcze, że to nic nie da, a jedyne co mi to da, to stratę najlepszego przyjaciela.

Poczułam na sobie spojrzenia obu chłopaków, niepewnie na nich spojrzałam. Obaj patrzyli na mnie ze zdziwieniem, a ja nie wiedziałam, co ich tak dziwiło. Powiedziałam prawdę, wygrana nie była moim celem. Czułam ciężar ich spojrzenia na sobie, powinnam się odezwać, powiedzieć coś, ale nie wiedziałam co.

- Więc co nim było, jak nie wygrana? - ciszę w końcu przerwał blondyn. - Myślałem, że właśnie o to chodzi w zawodach. O to, by wygrać.

- Wy chcecie wygrać. - odezwałam się po dłuższej chwili. - A ja nawet nigdy nie chciałam jeździć.

Nie mówiąc nic więcej, zamknęłam boks Moona i odeszłam. Nie zamierzałam iść na ognisko, które było robione po każdych zawodach. Nigdy na nie nie chodziłam, choć nawet osoby, które przyjeżdżały z daleka, zostawały. Ognisko to służyło jako rozluźnienie po całym dniu stresu. Ja jednak na żadne nigdy nie poszłam, czułam się tam niechciana.

 

***

 

Robiło się już ponuro, siedziałam na schodach przy domu, opierając się plecami o barierki. Mój tata i bracia byli jeszcze na ognisku, więc miałam dom dla siebie. Tylko nie było w tym nic nadzwyczajnego, w końcu mój tata i bracia zawsze byli poza domem. Zwykle razem trenowali, a ja jako dziewczyna nie mogłam.

To co było dziwne, to fakt, że moja samotność mi nie przeszkadzała. Byłam z nią pogodzona, nawet z czasem przestało mi być przykro, gdy widziałam jak inni ze sobą rozmawiali. Gdy byłam dzieckiem, często patrzyłam na innych i czułam dziwny ścisk wewnątrz siebie. A jedyne co czułam teraz to nic. Myślę że z czasem moje uczucia po prostu zostały wyprane, że przez lata nie używania zanikły.

- Więc tak spędzasz samotne wieczory? - uniosłam wzrok na chłopaka. - Zmarli mają w sobie więcej energii.

Killian znów zjawił się z nikąd jakby był jakąś zmorą. Przez niego czułam się źle, czułam coś ciężkiego na duszy, serce biło mi za szybko. Czułam sters, a przecież nie miałam nawet czym się stresować. On zaraz sobie pójdzie i wszystko będzie dobrze.

Nie odpowiedziałam mu, a on zamiast pójść to znów usiadł. Tym razem jednak nie usiadł obok, a na tym samym stopniu co ja. Siedzieliśmy na wprost siebie.

- Co chcesz? - i gdy już myślałam, że niczym mnie nie zaskoczy, on nagle się uśmiechnął. - Co?

- Pomyślałem, że moglibyśmy się zaprzyjaźnić. - wyznał w końcu. - Co ty na ten pomysł?

Killian wydawał się być szczery w tym co mówił. Tylko po co mu ktoś taki jak ja? Osoba, która nic nie umie, nawet rozmawiać z innymi. Rozmyślałam nad tymi słowami, aż poczułam szturchnięcie w stopę. Spojrzałam najpierw na nasze stopy, a potem na bruneta, który nieśmiało się uśmiechał.

Coś mi podpowiadało, że on naprawdę chce się zaprzyjaźnić. I prawie się zgodziłam, ale coś sobie uświadomiłam.

- Nasi ojcowie się nie lubią.

- Nieprawda. - zaprzeczył od razu. - Znaczy, twój nie lubi mojego, bo ma go za największego rywala.

- No właśnie...

- Nie jesteśmy naszymi rodzicami, więc jak będzie?

 

zapraszam na mojego wattpada : books_life_promotion

Następne częścii wanted to see me - rozdział 1

Średnia ocena: 0.0  Głosów: 0

Zaloguj się, aby ocenić

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania