Idylla o magii i wędrówce - rozdział 2

//Wersja Google Drive jakby ktoś chciał: https://drive.google.com/file/d/1FnaJdmPmCdYmDxnunpzclmulNgRp6ZvI/view?usp=sharing //

 

01:02: W poszukiwaniu celu

 

Głęboko odetchnął. Rzeczywiście – powietrze w tym świecie było zupełnie czymś innym. Rozgrzane promieniami lata, lekkie, czyste, przepełniające pierś poczuciem wolności. Tu, w krainie za czarną dziurą, która wymazała jego przeszłość, zaprawdę mógł żyć, tak jak chciał, a zaczątkiem tego był pierwszy oddech i miliony następnych. Ten prosty ruch mięśni, niezależny przecież od woli, utwierdzał go w przekonaniu, że zaczęło się coś nowego i tak jak dziecko stawia pierwsze kroki, tak on staje się na nowo częścią istnienia. Minęło wprawdzie dużo czasu, wiele się już wydarzyło, lecz dopiero teraz, wybiegłszy z klasztoru, wziął los w swoje ręce, by nie zmarnować drugiej szansy – bo błogosławieństwem jest to, że miał szczęście ją w ogóle dostać.

Budynek Gildii imponował rozmiarem. Masywna, dwukondygnacyjna konstrukcja przyciągała wzrok. Nie sposób było przejść koło niej obojętnie nawet podczas spokojnej przechadzki ulicami miasta. Nie wybijała się co prawda ponad poziom kamienic, rzemieślniczych warsztatów, tak jak chociażby wielkie, wznoszące się ku niebu kościoły, ale nawet dla przybyszów, którzy pierwszy raz spoglądali w dół z zamkowego wzgórza jasne było, że ten nieco przysadzisty kolos jest jednym z najważniejszych obiektów w Trelem.

Fasada była surowa, prosta, pozbawiona charakterystycznych dla regionu ozdobników. Oddawała po części charakter ludzi, którzy związali swój los z Gildią; zawód poszukiwacza przygód nie był ani zajęciem łatwym ani baśniowo pięknym.

Wejścia broniły dwie żłobione kolumny przykryte masywnym, spadzistym zielonkawym dachem. Po przejściu za nie wystarczyło otworzyć dębowe podwójne drzwi – one, jako jedyne w tym miejscu, miały wartość artystyczną. Podzielone na sześć kwater po obu stronach przedstawiały losy Królestwa Pradour w wykonanych z najwyższą dbałością płaskorzeźbach – od sojuszu z Prafrytami, poprzez sprowadzanie innoświatowców i wojnę z elfami, aż po wynalezienie systemu magicznego.

Wchodząc do środka od razu można było odczuć specyficzną atmosferę. Najpierw uderzał zapach smażonej nad rożnem dziczyzny, grzanego wina oraz pieczonych naprędce puszystych naleśników. Oddalając się od restauracyjnej, najbardziej zatłoczonej części Gildii, trafia się do dużej poczekalni, gdzie na końcu, wbite w ściany i odgrodzone wieloma metrami zawieszonych na słupkach czerwonych wstęg znajdują się urzędowe okienka, a za nimi prawie zawsze z uśmiechem na ustach witający petentów pracownicy administracji. To tutaj, jak usłyszał Laurenty, rodzą się poszukiwacze przygód lub, stosując nazewnictwo oficjalne, użytkownicy Magical System.

Kontrast jakiego uświadczył przechodząc do tego przestronnego pomieszczenia był uderzający. Ledwie dwie ściany za nim trwała swoista biesiada, pijatyka zmęczonych po pracy najemników, a tu – cisza przerywana co jakiś czas pokasływaniem lub co głośniejszą wymianą zdań. Ludzi nie było tu zbyt wielu – tylko dwa okienka były zajęte, kilkanaście osób siedziało na rozstawionych pod ścianami ławeczkami. Oświetlenie, czego nie zauważył od razu, również było zdecydowanie odmienne – wpadało tu zdecydowanie więcej światła, a to za sprawą sięgających prawie do sufitu zaokrąglonych na końcach okien, który swoimi kratowanymi żebrami rysowały na podłodze szachowy wzór. Laurenty, przechodząc do przodu, nie mógł oderwać wzroku od bocznych ścian sali. W jakiś sposób to światło, ta geometryczna doniosłość go przyciągała. Opamiętał się jednak szybko, gdyż kilka kroków przed nim zaczynała się wytoczona wstęgami ścieżka, na której końcu czekało to, po co tu w ogóle przybył.

Znalazłszy się przy okienku przywitał się z siedzącą po drugiej stronie kobietą i bez większych skrupułów wyraził chęć rejestracji w Gildii.

— Dobrze, rozumiem. Pana godność? — zapytała, uśmiechając się zgodnie z pracowniczym kodeksem.

— Lorą — odrzekł szarmanckim tonem.

— Lo-rą? — Kobieta zdziwiła się, słysząc wyjątkowo dziwnie brzmiące imię. — Przepraszam. Mógł pan przeliterować?

— L-a-u-r-e-n-t. Czyta się Lorą.

— …e, n, t. Dobrze, już zapisałam. — Schyliła się, odłożyła notes na niewidoczną dla Laurenta półeczkę. — Jest pan cudzoziemcem? Nie słyszałam wcześniej takiej wymowy.

— Tak, nie pochodzę z tych stron — odpowiedział, starając się przez chwilkę udawać obcy akcent.

— Zaciekawił mnie pan — Oparła głowę o postawione na blacie ręce. — Całe życie tu mieszkam, ale zawsze ciekawiły mnie odległe krainy. Za każdym razem, gdy przychodzi tu ktoś spoza królestwa, czuję nutkę ekscytacji… — Odchrząknęła, wyprostowała się. — Ma pan potrzebne dokumenty?

— Oczywiście. Proszę — podał jej położone jeden na drugim papiery.

— Zobaczmy… Dowód tożsamości, badania aktualne, sześćdziesiąt dwa punkty potencjału magicznego… Tak, wszystko się zgadza.

— Cieszę się.

— Dobrze — powiedziała, oddając mu dokumenty. — W takim razie poproszę opłatę rejestracyjną i z miłą chęcią zaproszę pana do następnego etapu rejestracji.

— Opłata? Jaka opłata? — Zapytał, przełykając ślinę.

— Opłata rejestracyjna w wysokości dwu tysięcy dwustu koron. Nie ma pan przy sobie gotówki?

— Nie, znaczy, nie wiedziałem nawet, że są jakieś… płatności.

— To musiał pan mieć niekompletną wiedzę na temat rejestracji w naszej Gildii. Opłata, o wspomnianej wysokości, jest niezbędna. Nie mogę pana przepuścić dalej bez jej uiszczenia.

— Rozumiem. W takim razie już chyba pójdę…

— Proszę się nie peszyć, panie Laurent — Ponownie się uśmiechnęła. — Wystarczy, że wróci pan do mnie z pieniędzmi. Pana papiery się zgadzają, więc nie będzie pan musiał przechodzić przez wstępną weryfikację ponownie – będę pana pamiętać.

— Dziękuję — Chciał odwzajemnić uśmiech, ale niezbyt mu to wyszło.

— Nie ma pan za co dziękować. To dla mnie przyjemność współpracować z cudzoziemcami. Będę na pana czekać i liczę, że zostanie pan wspaniałym poszukiwaczem przygód. O ile oczywiście będzie pana na to stać.

— Dziękuję. To bardzo miłe z pani strony. Wrócę z pieniędzmi, obiecuję. Do widzenia.

Rozczarowany, a przede wszystkim przeklinający swoją pochopność, wyszedł z budynku.

Do końca dnia było jeszcze wiele czasu. Słońce nadal górowało nad miastem i nie wyglądało na to, żeby miało niedługo chować się za horyzontem. Dokumenty, nieco już potłamszone, schował do przerzuconej przez ramię skórzanej torby. Opuszczając klasztor dostał sześćset koron na odchodne. Wystarczająco dużo, by przenocować tydzień, może półtora w gospodzie, zapewnić sobie wyżywienie i przede wszystkim, by znaleźć pracę. Jednak na to, co było jego celem ta kwota była za mała. Starał się nie działać gwałtownie. Musiał zebrać informacje, rozpatrzyć różne opcje, znaleźć inną drogę.

Przeszedł na drugą stronę ulicy. Postanowił, że wróci i rozmówi się z tym, który tak bardzo go zachęcał do rejestracji w Gildii. Wiedział, że zawinił, dając się ponieść ekscytacji i wychodząc w pół słowa, ale z drugiej strony badacz magii rezydujący w klasztorze nawet go nie zatrzymał. Wina, jak zaczął sobie wmawiać Laurent, musiała leżeć po obu stronach. Ale o tym miał się dopiero przekonać. Najpierw musiał tam wrócić, a droga, choć niespecjalnie długa, była wymagająca. Wszędzie wokół czaiły się stragany z różnymi przekąskami – ścieżka pokusy, którą musiał przejść raz jeszcze, by dociec tego, co zatrzymało realizację jego planów.

 

***

 

Dom – tak mógłby nazwać to miejsce, lecz nie chciał się przywiązywać. Spędził tu, jeśli dobrze liczył, przeszło trzy tygodnie podczas których uczył się, pomagał jak mógł, przygotowywał się do ruszenia w świat z czystą kartą. Nade wszystko jednak czas ten poświęcono, by przystosować go, obcy element, do istnienia w rzeczywistości, która leżała daleko poza jego wyobrażeniami. Zgodnie z królewskim rozporządzeniem każdego innoświatowca, który jakimś dziwnym sposobem się tu znalazł należało dokładnie prześwietlić, gdyż mógł być potencjalnie niebezpieczny albo posiadać wiedzę i umiejętności, które takim by go czyniły, nawet jeśli sam z siebie nic złego by nie robił. Tego jednak mu nie powiedziano, ale być może najwyższa siostra i badacz magii doszli do wniosku, że tych słów nie trzeba wypowiadać. Laurent wszakże ślepy nie był i dobrze wiedział z jaką trwogą oraz zainteresowaniem studiowano nad nim w pierwszych dniach, kiedy poszukiwaczka przygód przyprowadziła go zgodnie z procedurami do klasztoru. Z czasem jednak ufność wzrastała, by w końcu doprowadzić do pokojowej koegzystencji bez uprzedzeń. Badania, testy, narzucone z góry instrukcje postępowania ustąpiły miejsca ludzkim odruchom życzliwości. W mniej niż tydzień stał się mieszkańcem klasztoru, integralną częścią zamkniętej społeczności, a przez następne dwa tygodnie, pod opieką, a może bardziej towarzystwem sióstr Utre i Halci, dodawał do tej społeczności swój skromny wkład.

Chcąc wejść do środka trzeba było najpierw przejść przez ogród. Obszerna brama ukryta w jednej z bocznych alei, a za nią brukowana ścieżka i wokół feeria barw. Zielone krzewy, trawa, różnego rodzaju kwiaty – róże, żonkile, stokrotki, goździki – drzewa obciążone dorodnymi owocami, a przechodząc dalej jakby chłodniej. Rośliny z goła ciemniejsze, ale nie mniej urokliwe – leszczyny, berberysy, a poniżej irysy, chabry, dzwonki, ostróżki. Przy samej zaś ścianie, tam, gdzie ogród już się kończył – stary świerk dosięgający niemalże do klasztornej wieży. To była jednak tylko część ozdobna – z samych owoców wyżyć się nie da. Idąc dalej wytyczoną drogą, odbijając od białego boku budynki przechodziło się do ogródka warzywnego. Tam, w równych grządkach, rosły pomidory, groszek, ziemniaki, marchewki, buraki i jeszcze wiele innych. Laurent jednak nie zapuszczał się tak daleko i zerkając to tu, to tam, schylając się ze dwa razy, by powąchać kwiatu, powoli posuwał się naprzód, w stronę wrót wejściowych.

Będąc już niedaleko zauważył wśród zieleni dziewczynę. Postać w białej szacie, z związanymi w kucyk rudymi włosami zdecydowanie odcinała się od swojego otoczenia. Klęczała na ziemi, pracując przy roślinach. Dźwięk nożyc przeplatał się z szarpnięciami, wyrywaniem chwastów i wbijaniem łopatki w ciemną, kruchą ziemię. Nie spostrzegła nawet, że Laurent się zbliżył — tak zaabsorbowana była przycinaniem i przesadzaniem młodych krzewów. Wahał się, nie chciał jej niepokoić, lecz w końcu odezwał się.

— Utre?

Dziewczyna zlękła się, odrzuciła szybko narzędzia, zwracając się w stronę Laurenta.

— Och, Laurent — powiedziała, ocierając czoło. — Wystraszyłeś mnie.

— Nie chciałem. Patrzyłem chwilę i postanowiłem, że podejdę, pogadam.

— Czyli podglądałeś moje kolana? — Uśmiechnęła się życzliwie. — Hehe, nie, nie jesteś takim człowiekiem… A co tu w ogóle robisz? Wracasz? Coś się stało?

— Tak… — Podrapał się za głową. — Doszło do małego nieporozumienia. Muszę porozmawiać z Benetio. Jest u siebie?

— Magister de Aura? Tak, wydaje mi się, że był jeszcze niedawno w swojej pracowni… O co poszło? Wrobił cię w jakieś głupstwo?

— Sam się wrobiłem…

— Czyli uległeś pokusie.

— Można tak powiedzieć. Choć to bardziej niecierpliwość, a nie pokusa…

— W obu przypadkach to źle, innoświatowcu Laurencie — powiedziała oficjalnym tonem. — Nie tego uczy nas Miautates.

— Tak, wiem — odrzekł z drobną niechęcią. — Do mnie jednak należy uczenie się na błędach, bo w bieli nie łażę.

— Nawet ci, co biel przywdziewają muszą uczyć się na błędach — uśmiechnęła się.

— Do czego zmierzasz?

— Nie czuj się gorszy. Popraw się tam, gdzie zawiniłeś.

— Dlatego tu wróciłem.

— I to jest dobry krok. Krótko się znamy, ale lubię cię za twoją samokrytyczność. Widziałam przecież jak wtedy biegłeś. Miałeś ogień w oczach, ale czułam, że dałeś się ponieść nurtowi, a Miautates mówi przez proroków: zwolnij, przemyśl, działaj, by osiągnąć szczęście.

— Myślałem, że już mam za sobą wszystkie lekcje religii… — odpowiedział, rozglądając się wokół. — Nie ma tu z tobą Halci? Zazwyczaj razem pracujecie w ogrodzie.

— Nie zawsze. Halca, z tego co wiem, pomaga obecnie siostrom w kuchni. Możesz do niej zajrzeć, jeśli zechcesz.

— Nie, nie trzeba. Tak z ciekawości zapytałem. Nieczęsto widuję was osobno.

— To Halca się do mnie klei. — Zarumieniła się. — Wiesz jak to jest z dziećmi… Nawet jakby poprosiła, to i tak… I przecież zostałyśmy razem przydzielone do ciebie, więc tym bardziej za mną ła… chodzi.

— Ta, dzieci. — Uśmiechnął się, patrząc na jej nieco zakłopotaną twarz. — Dobra, będę się już zbierał. Jeszcze mi Benetio ucieknie i zostanę z niczym.

— Prawda, czas szybko płynie przy rozmowie. Do zobaczenia, Laurencie.

— Bywaj. — Odszedł bez większej zwłoki.

Dziewczyna podniosła leżące na ziemi narzędzia. Podciągnięty materiał już dawno opadł do poziomu kostek. Utre, upewniając się, że Laurenta nie ma w pobliżu, odsłoniła nogi, zrobiła supeł z tyłu, by szata nie opadała. „Gdy go nie było nie krępowałam się przychodzić do ogrodu w spódnicy. Boże, prorocy – co się ze mną dzieje?” – pomyślała, czerwieniąc się do niemych, pozbawianych kolejnych gałązek krzewów.

 

***

 

Drzwi do pracowni Benetio były otwarte. Laurent odpuścił więc sobie pukanie i wszedł do środka.

„Dziwne. Nie ma go?”. Rzeczywiście – ani przy stole ze szkłem, rozłożonymi księgami, pachnącymi dziwnie naparami, ani przy biurku, gdzie w bezładnych stosach leżały różnorakie papiery – zapewne notatki z badań i pisma urzędowe – badacza nie było. Laurent, starając się niczego nie ruszać, jak i również na nic nie nadepnąć (na podłodze, czego nie zauważył od razu, były gęsto porozstawiane kolorowe flakoniki, wygasłe świece, połamane kredy i inne tego typu rzeczy) posuwał się w głąb pomieszczenia. Tam, mijając kolejne stoły, przechodząc pomiędzy obładowanymi dziwnymi składnikami alchemicznymi regałami, w końcu natrafił na jakiś ślad – czarne odciski podeszw. Podążając za nimi doszedł do ceglanej, pozbawionej tynku ściany. Oglądając ją spostrzegł klucz do rozwiązania zagadki. Smolista plama w kształcie dłoni. Niepewnie zbliżył rękę i dotknął w dokładnie tamtym miejscu. Poczuł coś jakby ukłucie i ściana momentalnie się rozpłynęła, zupełnie tak, jakby była tylko marą. Za nią ukazały się kamienne schody prowadzące w dół. Oświetlone były przez zawieszone wzdłuż korytarza pochodnie, więc bez trwogi ruszył przed siebie. Po mniej niż minucie znalazł się w pogrążonym w żółtym świetle świeczników pokoju. Domyślał się, że musiał być na poziomie klasztornych katakumb, więc zapewne było gdzieś tutaj jeszcze jedno alternatywne przejście. Czarne ślady szły dalej i podążając w tym samym kierunku, co one w końcu odnalazł tego, kogo szukał.

Benetio mazał coś na ścianie smolistą substancją, zapewne tą samą, którą zabrudził wcześniej swoje buty i dłonie. Jego ruchy były ekspresyjne, chaotyczne, jakby pozbawione jakiegokolwiek sensu. Laurent, podziwiając ten dziwny spektakl, powoli się zbliżał, lecz to półnagi mężczyzna odezwał się pierwszy.

— Laurent? Dobrze cię wi… słyszeć — powiedział, nie przerywając tego, co robi. — Zapewne masz dużo pytań, ale nie pytaj. Zaraz… skończę. Przy ścianie jest krzesło – usiądź sobie. Pewnie cię nogi… bolą. Powinny przynajmniej.

Usiadł w milczeniu. Badacz wydawał mu się w tamtej chwili istotą bardzo mistyczną. Umorusany czernią, przeskakujący z miejsca na miejsce, ze stukającym ciągle o pierś wielkim medalionem. Nie widział jego twarzy, spojrzenia, ale był pewien, że były równie szalone, pełne energii jak jego ruchy. Nawet jego ciemne włosy, zazwyczaj ułożone i gładkie, były rozwiązane, ruchliwe. Zdawały się mu być grzywą dzikiego zwierza, bo na takiego właśnie wyglądał Benetio.

— To… co robię nazywa się nasycaniem przestrzeni — wydusił z siebie pomiędzy ciężkimi oddechami. — Stara, bardzo stara praktyka. Znalazłem w… księdze. Nawet prafryccy szamani już tego… nie robią. Bardzo wyczerpujące… Ale tylko jeszcze dwa machnięcia i… o, patrz, już.

Laurent wstał, podszedł do Benetio. Z czarnymi smugami zaczynało się dziać coś niezwykłego. Zaczynały błyszczeć, bulgotać, niektóre drżały, jakby zaraz miały ożyć.

— Co się dzieje? — zapytał z zaciekawieniem Laurent.

— Zaklęcie zaczyna działać — uśmiechnął się Benetio podziwiając efekt swojej pracy. — Trzeba je tylko ustabilizować. Pora na technologię. — Zrobił krok w tył, dotknął bransolety na lewym nadgarstku. — Magical system: rose!

Biżuteria rozbłysła czerwonym światłem. Badacz magii położył obie dłonie na ścianie i wypowiedział magiczną formułę.

— Skill: paralysis!

Smugi momentalnie zamarły. Wszystkie powróciły do pierwotnego kształtu i jedna po drugiej zaczęły zanikać. Po chwili ściana wyglądała jak nowa i po żadnej magii nie było już śladu.

— Zniknęły? — zapytał Laurent, dotykając ściany.

— Wsiąknęły w materię — sprostował Benetio. — Skomplikowany proces. Odpowiednie ruchy, czarna maź ze szkieletów wężowilków, zaklęcie… Niedziwne, że nikt już tego nie robi. Zbyt dużo pracy jak na taki efekt, ale… Zresztą zaraz zobaczysz.

Poczekali chwilę w milczeniu i w końcu badacz ponownie dotknął ściany.

— Skill: transform!

Ściana rozbłysła oślepiającym białym blaskiem. Gdy tylko odsłonili zakryte rękoma oczy ujrzeli efekt rzuconego zaklęcia.

— Cała z wełny… — powiedział Laurent, nie mogąc uwierzyć własnym oczom.

— Na tym właśnie polega nasycanie przestrzeni — rzekł, kładąc się na stercie wełny. — Chodź, nie będę z tobą rozmawiać póki nie będziesz leżał na moim dziele.

Laurent podszedł, upewnił się, że jest stabilnie i oparł się z lewej strony Benetio.

— Niesamowite… Jeszcze chwilę temu to była cegła.

— Nasycenie przestrzeni, jak widzisz, zmienia praktycznie całą strukturę materii. Za pomocą skilla „transform” mogę dowolnie zmieniać jej kształt. Mógłby chociażby zmienić to w bryłę złota albo ogromny diament. Proces można też odwracać, przywracając poprzednie kształty. Potem, gdy już dokładnie przepadam wszystkie właściwości tego zaklęcia, zmienię tę ścianę w coś miękkiego i potnę na kawałki. Będzie je można wykorzystywać do przenośnej transformacji – na przykład, by podczas walki zamienić gąbkę w miecz albo coś takiego. Jak już zostaniesz poszukiwaczem przygód to ci dam trochę. Pewnie ci się przyda bardziej niż mnie, gdy już będziesz buszować po lasach i takie tam.

— Właśnie przyszedłem w tej sprawie…

— Koron ci zabrakło, tak?

— No tak. Nie powiedziałeś mi. Znaczy nie pozwoliłem ci powiedzieć… Ech… Wiesz, jak to było.

— Jak dziecko we mgle. Zapamiętaj — powiedział poważniejszym tonem — bardziej doświadczonych słucha się do końca. Trzymaj konie na wodzy.

— To co mam teraz zrobić?

— Idź i zarób. Ile to było? Dwa tysiące ileś… dobrze pamiętam? Powinieneś tyle zarobić w miesiąc. W jakiejś pracy. Takiej dobrze płatnej.

— Miesiąc? — Laurent podniósł głowę. — Przecież to szmat czasu.

— Innej możliwości nie masz. Nikt ci tu pieniędzy nie pożyczy. Jestem na utrzymaniu Instytutu – straciłbym robotę, gdyby się dowiedzieli, że wspieram finansowo jakiegoś nieogarniętego innoświatowca.

— Czyli jednak muszę znaleźć jakąś pracę…

— Zdecydowanie. Nie wiem, co tam robiłeś w swoim świecie, ale tutaj też powinieneś znaleźć jakieś pasujące do ciebie zajęcie.

— U siebie układałem pustaki na budowie… — Westchnął Laurent.

— Optymizmu trochę. Byłeś taki szczęśliwy dziś rano. Wiesz, gdzie szukać ogłoszeń? Główna ulica, dzielnica wschodnia – tam masz urząd pracy i zaraz obok wielgachną tablicę. I patrz w witryny sklepowe po drodze.

— Dzięki — wstał, otrzepał koszulę i spodnie z kawałków wełny. — Będę się zbierał. Może jeszcze przed zachodem słońca coś znajdę.

— Powodzenia, innoświatowcu. A, i zamknij drzwi za sobą. Chyba się tu prześpię.

Oddaliwszy się, machnął jeszcze rękę do leżącego na stercie wełny Benetio i ruszył w stronę schodów. Pokonując kolejne stopnie ciągle myślał – „A może restauracja? A może coś przy papierach? Nie, zanudzę się. To musi być pobudzającego…”.

Wyszedł w końcu z klasztoru, a słońce znacznie się przybliżało do linii horyzontu.

 

***

 

Zgodnie z radą Benetio najpierw udał się do urzędu pracy, lecz nie znalazł tam niczego, co mogłoby go zainteresować. Same nudne lub słabo płatne posady. Wiedział, że to nie był czas na wybrzydzanie i potrzebował jakiegokolwiek źródła zarobku, lecz przemawiało przez niego zmęczone serce, które nie chciało powtarzać koszmaru poprzedniego życia. Bo już w pierwszych dniach, gdy tu się znalazł zrozumiał, że pobłogosławiono go i nie może już więcej marnować swojego istnienia na coś, co nie zapewni mu szczęścia. Odszedł więc z tamtego miejsca i skręcił w jedną z bocznych ulic.

Schodziała ona w dół. Kołysała się nieznacznie, często leciutko zakręcała na lewo. Budynki ustawione wzdłuż drogi jak domino stopniowo malały, by na samym końcu zmienić się w skromne jednopoziomowe chatki, za którymi rozciągały się pola, winnice, a gdzieś w oddali wielki las, gdzie poszukiwacze przygód dzielnie walczą z groźnymi potworami. „A więc to już kraniec miasta” – pomyślał, leniwie sunąc po chodniku.

Rada numer dwa zakładała zaglądanie w witryny w poszukiwaniu wywieszonych ogłoszeń. Owszem, minął już wiele sklepów, ale w żadnym z nich nie widział przyklejonej do szyby kartki. Tutaj, na obrzeżach, nie liczył już na cud. Przed nim majaczył chyba ostatni szyld sklepowy w mieście, ale myślał, że po prostu zerknie i zawróci. Pracy można przecież poszukać innego dnia. Nie wszystko musi się dziać tak szybko.

W końcu znalazł się przy rzeczonym sklepie, który okazał się być restauracją. „La Brada… Dziwna nazwa”. Przeszedł koło drzwi, zerknął na dużą szybę i zamarł. Oto było to, czego szukał. „Zatrudnimy kucharza. Doświadczenie nie wymagane. Pensja w wysokości dwu tysięcy koron. Oferujemy wolne weekendy oraz ubezpieczenie zdrowotne. Szczegóły u właściciela Dwena Teffera”.

Laurent wpatrywał się w ogłoszenie jak w magiczny obrazek. Być może wyglądał głupio, ale przechodnie nie zwracali za bardzo na to uwagi. Otrząsnął się, miał już zamiar wejść do środka, gdy…

— Ani kroku dalej. Odstąp. Ta fucha jest moja.

Drogę blokowała mu drobna dziewczyna ubrana w jakiś dziwny strój z czarnymi naramiennikami oraz brązowym szalem przewiązanym wokół szyi.

— Eee… co?

— Nawet nie próbuj aplikować. Ta praca będzie moja. Odejdź.

W drugiej kolejności zauważyć krótkie, czarne włosy oraz wojowniczy wyraz twarzy: zdecydowanie była poważna.

— Kim ty jesteś, żeby o tym decydować? — Laurent powoli tracił cierpliwość. — Chyba nie ty wystawiłaś te ogłoszenie, prawda?

— Jestem Ariyoshi z rodu Arazawa-Mourte i nie, nie wystawiłam tego ogłoszenia! Jednakże staram się być miła, więc tym razem grzecznie proszę, byś sobie poszedł.

„Co za wkurzająca baba!” – pomyślał Laurent, przeklinając w duszy los, który postawił przed nim tak niedorzeczną przeszkodę.

— A ja grzecznie proszę, byś mnie przepuściła. Muszę porozmawiać z właścicielem tej szlachetnej restauracji.

— Nie mogę na to pozwolić — powiedziała, dotykając przypiętego do pasa sztyletu. — Odejdź. Nie chcę łamać kodeksu i przelewać krwi niewinnych.

Laurent trochę się speszył. „Jest chora. Naprawdę mnie dźgnie przez coś takiego?”. Nie miał jednak ochoty tego sprawdzić. Chciał się już wycofać, gdy nagle drzwi restauracji otworzyły się z hukiem.

— Co to ma znaczyć!? — wykrzyknął stojący w drzwiach człowiek w fartuchu.

 

Continue . . . ?

 

//Mam do was pytanie, drodzy czytelnicy: pod pierwszym rozdziałem pojawiały się głosy, że długość "na oko trzech stron" jest optymalna, lecz ja mam co do tego odmienne zdanie. Dlatego też ten rozdział ma taką, a nie inną długość, jednak piszę dla was, a nie dla siebie, więc proszę o wyrażenie zdania: Czy podobna długość rozdziałów może być czy jednak dla waszej wygody następne rozdziały powinienem dzielić na krótsze części, podobne długością do rozdziału pierwszego?

Zaznaczę jedynie, że krótsze rozdziały niekoniecznie będą wpływać na szybkość i częstotliwość ich publikacji (!)

Pozdrawiam//

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 1

Zaloguj się, aby ocenić

Komentarze (3)

  • yanko wojownik 1125 tydzień temu
    Trochę za długo tyle, ale to już pisałem, że lepiej krócej, na portal. W książce, to niedużo, ale tu wymaga przewijania, to mogą się gubić ludziowie, bo wiadomo, że w różnych miejscach tu siedzą i jak się przewinie za wysoko, lub za nisko, ot się czasem gubią - czyli moje zdanie jest jak poprzednio - też się pogubiłem podczas przewijania podczas przerwy w czytaniu. M…łodzi są nawyknięci może bardziej, ale jeszcze trochę starego zgreda jest zasiedziałego, co wydziwia na rolkę, bo głównie siedzi niemodnie przez komputer a nie fona. Brak komentarzy potwierdza może nawet, że nie bardzo z czytaniem za długich tekstów tutaj. Wg. mnie lepiej dawać krótsze, poniżej dziesięć tysięcy znaków ze spacjami, nawet tak około sześć - siedem max - ale to że około sześć, to gdzieś czytałem, że wtedy daje większą szanse na przezczytanie do końca - może coś w tym jednak jest, w końcu to o coś oparte.
  • yanko wojownik 1125 tydzień temu
    PS
    Przy czym jednak to tylko tak subiektywnie, a czytałem nie pamiętam gdzie - znaczy pamiętam - na t3 ktoś kiedyś o tym opisał, o długości, która zwiększa szanse, że jest czytane do końca. Niemniej bym się mną nie sugerował, bo mogę być w błędzie, tym bardziej ów czytany kiedyś wpis mógł się mylić lub celowo wprowadzać w błąd..
  • Pan Buczybór tydzień temu
    Dzięki za komentarz. No chyba faktycznie następny rozdział podzielę na parę części... Chyba faktycznie w necie ludzie wolą krótsze kawałki. Sam po sobie widzę, że też dłuższe rzadko czytam, więc nie będę już chyba zaklinał rzeczywistości swoją pisaniną xd

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania