Igrek

Od autora: podobieństwo do osób istniejących niezamierzone.

 

Świat, który być może już nie istniał, wyprodukował setki tysięcy filmów o statkach kosmicznych. Alfa poznał większość z nich i zupełnie nie zgadzał się z tym, co w nich pokazano. Reżyser, operatorzy i aktorzy, autorzy kostiumów, muzyki i efektów specjalnych, oni wszyscy się bardzo mylili, a on mógł potwierdzić, że w prawdziwym świecie jest jakby inaczej.

Podbój kosmosu nie miał w sobie ani krzty romantyzmu, nie był też nieskomplikowany i szybki. Ciągłe poczucie własnych ograniczeń. Świadomość, że nie ma drugiej szansy, a od pustki oddziela jedynie cienka warstwa metalu, wystawiona nie wiadomo jak długo na działanie morderczych czynników. Niemożność sięgnięcia po coś, co jest daleko, ale wydaje się być na wyciągnięcie ręki. Nieustanny recycling wszystkiego, co znajduje się wokół i jest wydalane nawet przez własne ciało. Bliskość zagrożenia bez możliwości posmakowania tego, co w jednej chwili potrafi zniszczyć duży, skomplikowany organizm ludzki. Konieczność zawierzenia zdrowia i życia licznym maszynom, bezdusznym algorytmom, nieczułym bryłom, bryłkom i skrawkom metalu, przewodom z płynem i gazem czy ścieżkom z miedzi i krzemu, którym najzupełniej obojętne jest, co stanie się dalej. Balansowanie na skraju szaleństwa, gdy głowa widzi i słyszy różne rzeczy, których nie można wyjaśnić w oparciu o żadne znane prawa fizyki, i wreszcie brak ucieczki od smrodu i sprzecznych informacji ze wszystkich zmysłów.

Tutaj nie dało się tak po prostu zaciągnąć ręcznego, zrobić pit–stopu czy pójść na stronę, żeby zjeść, odpocząć i wypalić papierosa. Każdy organizm i pojazd nieustannie poddawane były działaniu ogromnych sił, a wszechświata zupełnie nie obchodziło, czy ktoś jest gotowy czy chętny. Chroniczny stres wyniszczał i powodował nieodwracalne zmiany w mózgu, do tego ludzie nie mieli żadnego wyboru, tylko musieli wierzyć wynikom i pomiarom, które niekoniecznie stały w zgodzie z logiką i często były niepełne albo szczątkowe.

Jakby tego mało, dochodziły ogromne odległości, poważnie utrudniające jakiekolwiek planowanie. Pewien przedsmak tego naukowcy mieli przy wysyłaniu sond, które były obiektem muzealnym, zanim wysłały potwierdzenie dotarcia do celu. To działo się nawet w Układzie Słonecznym, gdzie New Horizon mógł zacząć przekazywać czarno-białe obrazki Plutona w niskiej rozdzielczości dopiero po dziewięciu latach, w trakcie których ludzkość dokonała wielu przełomów w technice komputerowej, przechodząc z modemów ze słuchawką do sieci szóstej generacji.

Nie tylko to stanowiło ogromny problem.

Pojazd, na którym podróżował Alfa, był nudny aż do bólu. Prosty jak to możliwe, złożony z sekcji prostopadłościan, typowy klocek, w środku miał plątaninę zaułków i korytarzy, których nie można było przebudować i ruszyć. Wykorzystywano w nim wszystko, co dało się znaleźć na umierającej planecie. Przypominało to trochę podzbiór losowych części, które upchano po kątach, mając nadzieję, że kiedyś się jeszcze przydadzą. Nie było tu rozbudowanej i zaawansowanej elektroniki, bo ta zazwyczaj ulegała awarii. Nieliczne układy zdublowano w wielu kopiach, do tego miliarder, którego firma stworzyła całą konstrukcję, umieścił na pokładzie fabrykę do produkcji nowych, a ta zabierała cenne miejsce, nieustannie frustrując załogę, która miała świadomość, że cały sprzęt może nie być nigdy użyty.

Napęd konstrukcji oparto na energii odrzutu, co powodowało poważne ograniczenia przy ustalaniu celów misji z uwagi na skromne zapasy paliwa. Nie było żadnego silnika nad czy podprzestrzennego, bo tych nie wymyślono, gdy całość odlatywała z planety. Statek wyposażono jeszcze w żagle słoneczne, ale te wykorzystano tylko raz, wiele lat temu, i nikt nie wiedział, czy w ogóle zadziałają.

Tak wyglądał prawdziwy relikt, pomnik geniuszu umierającej cywilizacji śmierci, i równocześnie śmietnik, w środku którego uwięziono obecną załogę, nie pytając jej nigdy o zdanie. Panowała tam raczej ciężka i niewesoła atmosfera. Piątka ludzi starała się nie wchodzić sobie w drogę, regularnie zagłębiając się w niezmierzone odmęty umysłu, do tego nadzorując szklarnie, dostarczające setek składników odżywczych, i sekcje medyczne, gdzie w otoczonych ołowiem macicach rosły ich dorosłe kopie.

I to zupełnie wszystko.

Y miał jeszcze ogromną ładownię, ale nikt nigdy tam nie zaglądał.

Nie było takiej potrzeby.

Dzień i noc pozostawały tu mocno umowne.

Alfa właśnie kończył kolejny dyżur, na którym cały czas oddawał się rozrywce. Transmisja do jego neuralinka została automatycznie przerwana, gdy w drzwiach sterówki pojawiła się Beta. Kobieta, podobnie jak on, była naga, ale jego zupełnie to nie ruszało. Mężczyzna spojrzał na nią obojętnym wzrokiem i zaczął ziewać, przyjmując, że nadrzędną zasadą całej misji jest prostota, a ubrania nie mają żadnej wartości dodanej.

– No co jest, młody? – Beta kontrolowała po kolei wszystkie przyrządy, roznosząc po pomieszczeniu duszący, słodkawy zapach.

– Nic. Tak samo jak wczoraj i przedwczoraj. Znów słyszałem uderzenia młotkiem, ale to chyba można pominąć.

– Tak jak kiedyś Chińczycy?

– Dokładnie. Przyzwyczaiłem się do tego. Jest w tym coś mocno kojącego.

– Przejmuję.

– Tak jest. – Mężczyzna wstał i wyszedł ze sterowni.

Nie bardzo wiedział, co ze sobą dalej zrobić. Miał ziemskie czterdzieści pięć lat i silną potrzebę stabilizacji. Wiódł spokojne życie, podobnie jak kiedyś pracownicy wielkich korporacji. Nie chciał zwiedzać każdego zakamarku statku i spędzał czas tylko na mostku, w kajucie i kilku innych miejscach.

Wiedział, że ich pojazd dryfował przez zimny, bezkresny wszechświat, zachowując się jak istota żywa, która cierpi i wymaga stałej opieki, ale raczej nie chce ich zabić.

Świadczyć o tym mogło kilka rzeczy.

Odgłosy na granicy ludzkiego słuchu, których zdecydowanie nie powinno być. Liczne, choć zawsze drobne awarie. Zużycie zasobów ponad normę, jednak poniżej pewnych limitów.

Y próbował przeżyć, podobnie jak oni, a Alfa robił wszystko, żeby mu pomóc.

To zadanie było ogromne, nawet dla zdrowego, silnego mężczyzny, i nic go w tym nie rozpraszało. Nie założył rodziny. Nie musiał zajmować się potomkami, imbecylami, którzy wkładali palce w gniazdko czy próbowali własnej kupy. Nie poznał też własnych rodziców, więc odchodziła potrzeba opiekowania się starszymi.

Misja była najważniejsza.

Alfa zdecydował, że nie ma teraz ochoty na kolejne filmy, i postanowił udać się w stronę kabiny widokowej.

Szedł, coraz bardziej czując marihuanę.

I wtedy nagle pociemniało mu przed oczami.

 

***

 

E! E! E! I! I! I! E! E! E!

Alfa nie bardzo wiedział, co się właściwie dzieje.

Czerwone światło, jęk alarmów i syren, szum i ruch powietrza dawały pewność, że znajduje się na statku. Odrętwienie sugerowało rozpaczliwą walkę organizmu, natomiast ilość bolących miejsc potwierdzała powagę całej sytuacji.

Jakby tego mało, mężczyzna był podejrzanie lekki i widział coś czerwonego, unoszącego się w powietrzu. Ból mówił, że żyje, a podświadomość sugerowała, że ciało nie ma wystarczających środków i właśnie ponosi sromotną klęskę.

Próbował poskładać to wszystko w jedną logiczną całość, ale jakiś ważny element cały czas umykał jego umysłowi, oszołomionemu ilością i ciężarem niepokojących bodźców.

Znów pociemniało mu przed oczami.

 

***

 

Obudził się w nieskazitelnie białym, czystym łóżku, w małym pokoju o gładko pomalowanych ścianach, w kolorze błękitnego nieba. Było mu bardzo zimno. Leżał tu sam, a za oknem widział jakieś budynki.

Wieżowce.

To słowo przyszło mu dopiero po dłuższej chwili. Dotąd znał je tylko z filmów, a te przepięknie lśniły, budząc zdumienie i podziw, szczególnie dla kogoś, kto widział je po raz pierwszy.

Szklane domy.

Zrobiły na nim znacznie większe wrażenie niż na ekranie, niestety już samo połączenie kilku kropek w głowie spowodowało, że poczuł się słabo. Zrozumiał, że nie jest w najlepszej kondycji i formie i nie może się skupić i myśleć logicznie z sensem. Przeraziło go to nie na żarty, po raz pierwszy w całym dorosłym życiu.

To na pewno wina jakichś leków.

Taki wniosek, o dziwo, pojawił się sam i nie był wcale najgorszą rzeczą, która go teraz męczyła. Mężczyzna prawie cały czas chciał wymiotować, do tego nie miał władzy w nogach i nie pamiętał, co wydarzyło się w korytarzu. Szedł normalnie, a potem… potem wydarzyło się coś, co było dla niego niejasne. W głowie miał tylko jedną wielką pustkę. Organizm nie pozwalał, żeby Alfa coś sobie przypominał i najwyraźniej bronił go przed jakimś traumatycznym wspomnieniem.

Kosmonauta ostrożnie poruszył rękami, wpierw jedną, potem drugą, a na koniec obiema naraz.

Grawitacja normalna, a tam jej nie było. To przecież zupełnie bez sensu.

I wtedy dotarło do niego coś jeszcze.

Prawa dłoń była podłączona do zawieszonego wysoko worka, z którego powoli spływało coś w dół, najwyraźniej zasilając całe ciało.

Kap. Kap. Kap.

Wyrwać, nie wyrwać, nie wyrwać, wyrwać, wyrwać, nie wyrwać, na kogo wypadnie, na tego bęc.

Przez chwilę go to nawet bawiło, potem odsunął koc i skupił się na tym, że ma na sobie jakieś ubranie, a lewa noga została zabandażowana w okolicy kolana. Wystawała z niej kolejna plastikowa rurka, co samo w sobie wywołało w nim kolejną falę mdłości. Tą stroną coś z niego wypływało do kolejnego worka. Ciecz była czerwona, ale nie do końca, i wyglądała jak krew rozrzedzona ropą. Alfa nie mógł zbyt długo na to patrzeć. Przez chwilę przymknął oczy, walcząc ze swoimi słabościami, potem się jakoś przemógł i wrócił do analizy rzeczywistości.

Nikt nie zadałby sobie tyle trudu, gdyby chciał mnie zabić. Do tego za dużo tu zbytku. Ubranie i pomalowane ściany. Bez sensu. No chyba, że ktoś jest na bakier z elementarną logiką.

To było ostatnie, co przyszło mu do głowy, nim zasnął.

 

***

 

Gdy się obudził, wciąż leżał w tym samym miejscu.

Mocno bolały go plecy. Chciał usiąść albo chociaż oprzeć się o lekko pochyloną część łóżka. Próbował podciągnąć się na rękach, dosłownie o kilka milimetrów, ale ciało od razu zaprotestowało. Wyraźnie czuł, że w środku nogi go ciągnie, zupełnie jakby zrobiono z nią coś bardzo złego.

Ten wysiłek wyczerpał go do reszty. Najbardziej bolało kolano, a on musiał dać sobie spokój z kolejnymi próbami. Leżał, zastanawiając się, co będzie jeść i jak załatwiać swoje przyziemne potrzeby.

I wtedy poraziła go jedna rzecz.

Nikt z nas nie ma większego przeszkolenia medycznego. Dlaczego wygląda to jak normalny szpital? Gdzie ja właściwie jestem? Może na innym statku?

Dopiero teraz zrozumiał, że nigdy nie był w tym pokoju i nie ma tu panelu ani przycisku, żeby kogoś przywołać.

– Halo! Halo! Jest tu kto?! – Próbował zwrócić na siebie uwagę, ale nikt nie przychodził, więc wziął plastikowy lejek ze stolika obok i zaczął nim uderzać w drewno, robiąc niemiłosierny hałas. – Pomocy! Pali się! Gwałcą! Mordują! Ratunku!

Zupełnie jak w jakimś horrorze, gdzie pacjent w szpitalu jest ostatnim żyjącym człowiekiem na Ziemi.

Dał sobie spokój i wrócił myślami do korytarza. Syreny mogły świadczyć o dehermetyzacji, a szum powietrza o tym, że cała sekcja nie została odcięta.

Meteoryt? Sabotaż? Zmęczenie materiału? Czy atak z zewnątrz? I co potem? Czy Y pozbył się całej atmosfery i pozostał dryfującym w przestrzeni wrakiem? Albo umarłem i wszystko mi się tylko śni? Tylko gdzie ja właściwie trafiłem?

Znudziło go takie zgadywanie. Czuł narastającą wściekłość, która wzięła się nie wiadomo skąd. W końcu do niego dotarło, że wokół jest cicho, zbyt cicho, jak na jego gust. To męczyło, tym bardziej, że był przyzwyczajony do ciągłych, dobrze rozpoznawalnych odgłosów wydawanych przez całą znaną aparaturę statku.

W pewnym momencie wszystko zaczęło go swędzieć. Drapał się tu i tam, niestety zapominając o nodze, której nie powinien ruszać.

– Aaaaaaaaaa! – Ból był okropny i przypominał, że skóra wokół kolana reaguje mocno na wszelkie nowości i zmiany.

Na czole Alfy pojawiły się ogromne krople potu. Zrobiło mu się bardzo źle. Pomyślał, że zemdleje, i zaraz rzeczywiście tak się stało. Tym razem nie była to tylko samospełniająca się przepowiednia.

 

***

 

Kilka razy zasypiał i budził się. Nadal był oszołomiony lekami i całą sytuacją.

To wszystko dzieje się zbyt szybko.

Dopiero po jakimś czasie dotarło do niego, że nie ma rurki w kolanie.

Ktoś musiał ją wyjąć jak spałem.

Trochę go to uspokoiło. Gdy pojawiła się druga osoba, jego wściekłość dawno się ulotniła, za to czuł pozytywną energię.

Nowo przybyła dziewczyna nie budziła właściwie żadnych skojarzeń. Młoda blondynka z długimi włosami wyglądała całkiem atrakcyjnie, nie miała widocznej nadwagi i uśmiechała się przyjaźnie i szczerze, siedząc bez ruchu na krześle obok łóżka.

– Kim jesteś? – Odważył się zapytać po kilku minutach.

– Magda.

– Nie znam ciebie. I nic nie pamiętam.

– Odpoczywaj. Nigdy się nie spotkaliśmy.

– Gdzie my jesteśmy?

– Tutaj.

– Czyli gdzie? Czy tutaj ma jakąś nazwę?

– Starzy mówią YY.

– Ale co to jest? Jakiś statek czy wioska? A może miasto?

– Statek?

Potrzebował chwili, żeby przetrawić to, co właśnie usłyszał, a potem spróbował jeszcze raz:

– Urodziłem się na pokładzie jednostki o nazwie Y. Nigdy nie słyszałem o żadnym YY i nie znam ciebie. Jak się tu znalazłem? I kiedy?

– Przyniosły cie roboty. Krwawiłeś.

– Ale skąd?

– Nie mam pojęcia. – Wzruszyła ramionami.

– A ty?

– Jestem pielęgniarką.

– Pielęgniarką? – Spojrzał na nią, zupełnie jakby była z innego świata.

– Tak. Opiekuję się ludźmi. W naszej rodzinie przekazujemy tę wiedzę od pokoleń.

– Aha. A co się właściwie stało?

– Musiałeś mieć operację kolana.

– Operację? A co to jest?

– Dostałeś znieczulenie i naprawiono twoje ciało.

– Znieczulenie?

– Tak. Narkoza. Zasnąłeś.

– I tylko tyle? A kto mnie operował?

– Nie wiem, chyba roboty. – Wzruszyła ramionami.

– I co teraz?

– Podam ci leki. – Uśmiechnęła się i sięgnęła do kroplówki. – Dobranoc. I miłych słów.

 

***

 

Alfa zasypiał i budził się, wciąż mając cichą nadzieję, że przyjdzie do niego Beta, Gamma czy inni. Tak się nie stało, za to za którymś razem, gdy otworzył oczy, na krzesełku obok łóżka siedział starszy mężczyzna, a na pulpicie stała taca z talerzem i łyżką.

– Na obiad jest zupa. – Głos staruszka był charczący, a on mówił bardzo powoli, zupełnie jakby miał jakiś problem. – Musisz jeść.

– Gdzie ja jestem? – Alfa spojrzał na niego i nagle poczuł się samotny i zdradzony przez wszystkich, z którymi spędził całe swoje życie.

– Tutaj.

– Ale gdzie jest to tutaj?

– Nie wiem. Ja tylko przynoszę jedzenie. – Mężczyzna wzruszył ramionami.

– Co się naprawdę stało?! Gdzie są wszyscy z mojej załogi?! Co z nimi zrobiliście?! I gdzie ja jestem?! – Alfę ogarnęła nagła wściekłość, a on sam zacisnął pięści i zaczął krzyczeć, a na koniec zaniósł się kaszlem i opadł wyczerpany na łóżko.

– Naprawdę nie nie mam pojęcia. Musisz dużo jeść. Bo nie wyzdrowiejesz. – Mężczyzna pokazał na jego dłoń, z której wystawał zaślepiony kawałek plastikowej rurki. – Odłączyli ci w końcu kroplówkę.

Alfa odruchowo cofnął rękę, nic chcąc myśleć o bólu, który tam czuł, i sińcach, które rozlewały się wokół miejsca wkłucia.

– Nie jestem głodny – burknął.

– Zupa jest dobra. – Tamten próbował przysunąć stolik, ale chory odepchnął go gwałtownie, rozlewając dużą część, i skrzyżował ręce na piersi jak mały, niesforny dzieciak, który gniewa się na cały świat:

– Nie chcę.

– Tylko spróbuj. – Tamten się skulił, zupełnie jakby brał to do siebie jako osobistą porażkę i odmowa była dla niego przykra albo wiązała się z jakimiś konsekwencjami. – Proszę. Chociaż jedną łyżkę.

Alfa nie odpowiedział. Patrzył wyzywająco na staruszka i nagle zrobiło mu się go żal. Skinął głową i sięgnął po tacę, przekręcając ją do siebie. Jedzenie było ciepłe i pachniało czymś, czego nie dało się zidentyfikować. Kosmonauta nabrał trochę brązowej, gęstej cieczy na łyżkę, ostentacyjnie ją powąchał, wziął odrobinę do ust i ostrożnie przełknął.

– Dobre. – Uśmiechnął się, a potem skosztował jeszcze raz, faktycznie czując, że nigdy nie jadł czegoś takiego, bez posmaku chemicznych środków piekących przełyk i język.

– A nie mówiłem? – Staruszek rozpromienił się. – To kartoflanka. Prawdziwa zalewajka.

– Muszę teraz odpocząć. Zjem trochę później.

– Oczywiście.

 

***

 

W sali pojawiła się kolejna nowa twarz. Do środka wszedł młody, wysportowany mężczyzna, który energicznie zaklaskał i od razu przeszedł do rzeczy:

– Hop, hop, hop. Lecimy z tym sprintem. Dajesz, młody, dajesz. Musisz chodzić. Zaprawdę, zaprawdę powiadam ci, wstań. – Uśmiechnął się, zupełnie jakby opowiedział jakiś dowcip.

– Ale jak?

– Tak na wznak. I na wspak. Weź kule. Postaw ciało na zdrowej nodze. – Tamten bezceremonialnie złapał go za nogi i zaczął przekręcać w bok. – Przesuń. Powtórz. I jeszcze raz. Zbieraj się, żołnierzu. Ojczyzna czeka.

Alfa poczuł mocne zawroty głowy, tymczasem mężczyzna podał mu dwa metalowe kijki z plastikowymi końcówkami. Był tak przekonywający i wszystko działo się tak szybko, że chory spróbował wstać, korzystając tylko z mięśni w rękach. Udało się, a on ucieszył, mając wrażenie, że zrobił ogromny postęp.

– Teraz jedna kula do przodu.

Wsłuchał się w ten głos, pełen otuchy i nadziei, i prawie uwierzył, że wszystko jest w porządku. Ciężko było utrzymać równowagę, ale w końcu jakoś udało się. Drugi krok okazał się trochę łatwiejszy, a po nim przyszły kolejne.

– Nie tak szybko.

Przemieszczał się, myśląc, że jest niepokonany.

I nagle...

– Lecę! Lecę! – W prawej nodze złapał go taki skurcz, że ledwo mógł utrzymać się w pionie.

Zachwiał się, i to nie było na żarty. Zrobiło mu się na przemian zimno i gorąco. Na czole wystąpiły krople zimnego potu, a w głowie pojawił się paniczny, paraliżujący strach, że zaraz wszystko zaprzepaści.

– AAAAAAA!

Czas zwolnił. Wszystko wokół działo się jakby w oddali, a Alfa czekał nie wiadomo na co, wiedząc tylko, że musi wytrzymać za wszelką cenę.

W końcu podtrzymały go czyjeś ramiona. Przysunięto mu krzesełko. Usiadł czy raczej upadł na niego resztką sił, cały czas czując drżenie rąk i ból we wszystkich kończynach.

Dopiero teraz dotarło do niego, że tak naprawdę jest w czarnej dupie. Przeżył prawdziwy szok. Miał rozwinięte mięśnie, podobnie jak każdy astronauta, ale teraz nawet one nie wystarczyły. To było naprawdę coś żenującego, a on to odczuł tak mocno jak nigdy w całym swoim dorosłym życiu.

– Wracamy? – Do rzeczywistości przywołał go głos trenera.

Przytaknął, a tamten pomógł mu wstać, przejść, a na koniec położyć się na łóżku.

Alfa pierwszy raz w pełni zobaczył, że pewne rzeczy są… nieodwracalne. Śmierć, ciężkie choroby czy nagłe pogorszenie stanu zdrowia. Teoretycznie wiedział to wszystko wcześniej, ale wiedzieć, a odczuć na własnej skórze to coś innego.

Wiele razy oglądał różnych herosów, którzy dokonywali rzeczy wręcz niemożliwych.

Chodzenie na pojedynczej linie pomiędzy budynkami na wysokości ponad czterysta metrów. Pływanie na ogromnych okrętach i przebywanie całymi dniami w małych, ciasnych, metalowych klatkach kilkanaście pokładów poniżej linii wody. Zanurzanie się w jajku na dno oceanu, gdzie ciśnienie może zgnieść człowieka jak skorupkę jajka, czy wreszcie skakanie z kawałkiem szmaty z wysokości kilku kilometrów.

To budziło ogromny podziw, ale nie wywoływało żadnej reakcji, gdy było oglądane przez neurolink czy wyświetlane na szklanym ekranie. I nie chodziło tu nawet o brak zapachu, temperatury i ruchu powietrza. To się po prostu gdzieś wydarzyło, i organizm podświadomie wiedział, że bufet jest zamknięty i nie ma w nim adrenaliny ani emocji.

Bo co innego oglądać WTC od środka, a co innego w nim być, balansując na skraju setnego piętra, w oparach gorącego, toksycznego dymu, patrząc na Manhattan ze świadomością, że wszystko jest blisko, na wyciągnięcie ręki, i tak daleko, że nie można tam zejść, i widząc ludzi, którzy zdecydowali się na samobójczy skok albo ginęli w kłębach szarego, rakotwórczego pyłu unoszącego się na ulicach po upadku drugiej wieży.

Ktoś, kto to oglądał z popcornem i colą w ręku, w domu czy kinie, w ciepłym, wygodnym fotelu, nie miał szansy tego nigdy zrozumieć.

Myśląc o tym, Alfa doszedł jeszcze do jednego alarmującego wniosku. Ludzkość zbyt mocno przyzwyczaiła się do różnych rzeczy, zakładając, że są im dane raz na zawsze. Takim czymś był na przykład prąd, woda w kranie, benzyna na stacji czy pełne półki w sklepach albo podróżowanie samochodem czy samolotem i przyjmowanie, że nigdy nie mogą się zepsuć ani rozpaść na drobne kawałki.

Jak dobrze pomyśleć, on zresztą sam wielokrotnie spacerował na zewnątrz statku, nie bardzo myśląc o tym, co może się stać.

Czy zdecydowałbym się na to samo, gdybym zobaczył, jak umiera ktoś obok mnie?

Nie był już tego tak pewien.

A co, jeżeli nie obudziłbym się po narkozie? Albo gdybym tam, na korytarzu, nie dostał żadnej pomocy?

Może jednak nie jestem taki niezastąpiony?

I nieśmiertelny?

 

***

 

– Czy narkoza nie jest wspaniałym wynalazkiem? Podają ci ją, a ty nic nie pamiętasz. Wyłączają cię jak jakąś maszynę. – Mężczyzna z białą brodą, starszy pan siedzący przy łóżku, uśmiechnął się dobrotliwie i przyjaźnie. – A jeśli zostałeś wtedy zabity? Albo ktoś cię zgwałcił? Przeprogramował i zrobił pranie mózgu? I nie jesteś już tym samym człowiekiem, tylko jego nędzną imitacją i kopią? Albo myślisz zupełnie na odwrót? I wydaje ci, że nazywasz się mężczyzną, ale słowo, którego używasz, dla innych oznacza kobietę?

Alfa nic nie odpowiedział, a tamten kontynuował:

– Czy zastanawiałeś się, jak to możliwe, że pobierasz pokarm, a twoje ciało zamienia go w różne wartości odżywcze i wykorzystuje, żeby odbudowywać kolejne komórki? Jak to jest, że wszystkie z nich wymienione są co kilka lat, a ty nadal wierzysz, że jesteś tą samą jednostką? Gdzie jest zapisana ta cała pewność? Czy na pewno w tej rzeczywistości? W którym dokładnie miejscu?

– Nieeeeeee. – Alfa złapał się za głowę i zaczął jęczeć, zamykając oczy. – Daj mi spokój.

– Dobrze się czujesz? – Mężczyzna usłyszał znajomy, uspokajający głos. – Co się stało?

To była Magda, a on rozejrzał się. Dziewczyna stała, tymczasem Alfa gwałtownie szukał wzrokiem mężczyzny:

– Gdzie on jest?

– Kto?

– No ten facet, co tu przed chwilą był.

– Nikogo nie ma.

– Ale był. Sam go widziałem.

– Nie, to niemożliwe. Na pewno bym na niego wpadła.

– Czy ja zaczynam popadać w szaleństwo?

– Zaraz zrobimy badania.

– Nic nie wykażą. Powiedz mi, gdzie jest zapisana cała informacja, kim my jesteśmy?

– Czy ty na pewno dobrze się czujesz? – Magda dotknęła jego czoła. – Nie wydajesz się rozpalony.

– Nie jestem wariatem.

– W to akurat nie wątpię. – Złapała go za rękę i wydawała się być szczera, chociaż… przez chwilę miał wrażenie, że jakby się waha albo coś ukrywa.

 

***

 

– Czas na zastrzyk. – Za każdym razem, gdy ktoś szarpał go za ramię i wybudzał ze snu, nie wróżyło to nic dobrego.

Kobieta, która przyszła tym razem, miała naprawdę sympatyczny uśmiech i rysy twarzy, które wyraźnie zdradzały jej azjatyckie korzenie. Powoli odsunęła kołdrę, z czułością i szacunkiem, dokładnie okrywając jego miejsca intymne, i zaczęła przemywać skórę na udzie, a potem ją ścisnęła i wbiła tam strzykawkę.

– Auć. – Alfa zacisnął zęby.

– Będzie dobrze. Już kończę. Czy chcesz iść do toalety?

– Nieeee. – Poczuł zawstydzenie i zażenowanie, nie mając pojęcia, jak mógłby sobie poradzić.

– Nie ma nic w tym złego. Pomogę.

– No dobrze. – Zaczął się rozglądać za kulami, próbując nie dopuszczać do siebie myśli, że jak dotąd chodził tylko trzy razy i wyglądało to co najwyżej średnio. – Potrzebuję wsparcia. Nie czuję się zbyt dobrze.

– Nie ma problemu.

Jakoś wstał i przeszedł z jej pomocą do idealnie czystej łazienki, gdzie rozejrzał się bezradnie.

– Zostawię ciebie samego. Tu jest guzik awaryjny jakby co.

– Dziękuję. – Kiwnął głową na zgodę, a ona wyszła.

Obrócił się, przytrzymał uchwytów na ścianie, jedną ręką ściągnął jednorazowe, papierowe majtki i upadł twardo tyłkiem na porcelanową miskę.

Miał ochotę płakać.

Jeszcze niedawno jego jedynym zmartwieniem było to, czy wybrać słodkie płatki na śniadanie czy raczej coś z chili, a teraz, w jednej chwili, stał się dosłownie wrakiem człowieka.

Brakowało mu tamtego życia, w tym najbardziej adrenaliny i wszelkich przyjemności. Dopiero teraz zrozumiał, co musieli przeżywać narkomani na głodzie, albo nawet nie oni, tylko wszyscy uzależnieni, również od takich rzeczy jak cukier czy śmieciowe jedzenie.

Tylko dlaczego nie chce mi się tam wracać?

Stanowiło to dla niego ogromną zagadkę. Był przyzwyczajony do pewnego rytmu dnia i wcześniej nie wyobrażał sobie innego życia, tymczasem teraz coraz bardziej przekonywał się, że odpoczynek jest niezbędny i pozwala spojrzeć na wszystko z zupełnie innej perspektywy.

 

***

 

Teoretycznie wszystkie potrzeby Alfy były całkowicie zaspokojone. Nie zmuszano go do pracy. Dostawał jedzenie, zawsze o tej samej porze, i miał całkowity spokój.

Niby wszystko szło w dobrym kierunku, ale mężczyzna musiał brać leki na rozrzedzenie krwi i mocne środki przeciwbólowe. Ładowano go nimi aż pod korek, a organizm raz po raz przeżywał prawdziwy szok, rozpaczliwie próbując dojść do jakiekolwiek równowagi.

Alfa czuł się coraz bardziej jak zwierzę, któremu trzeba wszystko podstawić pod nos, a potem opróżnić z płynów i produktów przemiany materii.

To było poniżające, mimo to próbował dużo myśleć i marzyć, czasami również o Magdzie. Nie szło to zbyt dobrze. Mężczyzna wciąż pamiętał słowa takie jak seks, ale pozostawały one czymś dalekim i pustym. Jego umysł zachowywał się jak otępiały i funkcjonował, jakby cała rzeczywistość tkwiła za mgłą. Miał świadomość, że są rzeczy mniej lub bardziej przyjemne, w dalszym jednak ciągu wszystko skrywało się za grubą zasłoną, ciężką kotarą z bólu, cierpienia i skrępowania całą sytuacją.

Ciało pozostawało martwe. Nie miało na nic ochoty, i gigantycznym wyzwaniem okazało się nawet chodzenie do toalety. Alternatywa była częściowo w zasięgu ręki. Alfa czuł obrzydzenie, w końcu jednak nie miał wyboru. Za którymś razem jakoś się przemógł i wziął do ręki plastikowy lejek i skierował tam strumień moczu.

– Oooooo. – Wręcz jęknął z niewypowiedzialnej ulgi i rozkoszy, czując jak ustaje parcie na pęcherz.

Mężczyzna nigdy nie sądził, że będzie w stanie przeleżeć w jednej pozycji cały dzień, a co dopiero kilka dni, tak jednak się stało. Czuł, że jego ciało w ekspresowym tempie zapomniało, co to znaczy chodzić i funkcjonować normalnie. Zasada nacisku piętnastu kilo wryła się w jego głowie tak mocno, że bał się nawet delikatnie stawać stopę na operowanej kończynie, przypadkiem albo świadomie.

To straszne, że zmiana jednego drobiazgu może zrobić z człowieka warzywo. Ci, którzy tego nie przeżyli, nigdy tego nie zrozumieją.

Gdy o tym pomyślał, w jego głowie pojawiła się jakaś melodia, którą najwyraźniej kiedyś kiedyś musiał usłyszeć, w tym czy poprzednim wcieleniu.

„...Nie próbuj... mówić im o sobie, bo zamiast ciebie oni widzą twarz… Co dzień ta sam zabawa się zaczyna... Chcesz rozbić taflę szkła, a ona się ugina, i tam są wszyscy, a naprzeciw ty...”

Nie wiedział, co o tym myśleć. Miał wrażenie, że zaczyna powoli tracić wszelkie zmysły. Coraz częściej czuł mocny przymus, żeby zastanowić się nad słowami nieznajomego, którego podobno u niego nigdy nie było.

Czy ja miałem wtedy sen? Halucynacje? Majaki? A może to tylko podświadomość, która pokazała mi coś, w co nigdy nie chciałem uwierzyć?

Wciąż nie mógł sobie przypomnieć, co działo się feralnego dnia w korytarzu, do tego coraz bardziej czuł, że podobne luki w pamięci miał całe życie.

Jak to się dzieje, że człowiek przeżywa jakieś wydarzenia, zaraz potem o większości z nich zapomina, a do niektórych wraca dopiero wtedy, gdy spotka go coś nietypowego? Dlaczego mówimy o ciągłości świadomości i toku myślenia? A jeżeli mózg włącza się tylko co jakiś czas i widzi jedynie migawki? Co, jeżeli tworzymy w głowie uproszczoną wersję rzeczywistości? Może to dlatego z czasem pozostają tylko dobre wspomnienia, a złe i nieprzydatne zacierają się? A déjà-vu? Co o tym myśleć?

 

***

 

Powoli poznawał swoje nowe otoczenie. Droga do łazienki, potem na korytarz, do najbliższego wyjścia i schodów, które okazały się jego osobistą porażką. Tych ostatnich nigdy nie mógł pokonać. Był na to za słaby.

Nieraz wyglądał przez okno. Widział wieżowce, zasłaniające widok, jakieś pojedyncze drzewa i skrawki zieleni i niebo, na którym rzadko kiedy dało zauważyć się jakąś chmurkę. Wyglądało to jak na Ziemi, ale coś mu nie pasowało, nie wiedział tylko co.

W takich wypadkach znowu zaczynał tęsknić za swoim dawnym, zwykłym życiem. Marzył tylko o tym, żeby wyjść z tego szpitala, gdziekolwiek się znajdował. Dopiero teraz zrozumiał, że służba w sterówce i bibliotece, a przede wszystkim galerii widokowej, to był niezwykły dar, który mógł dopiero właściwie docenić, gdy go stracił.

Proza życia dopadła go podwójnie, kiedy zobaczył swojego nowego współlokatora. Mówiący jakimś dziwnym narzeczem pokiereszowany mężczyzna potrafił płakać po nocach, a on poczuł wściekłość i prawdziwą męską solidarność. Miał ochotę przywalić temu, kto skrzywdził tamtego.

 

***

 

Przez kilka dni jedna z osób stała mu się bardzo bliska. Wyszło naturalnie, a ona sama wyraźnie odwzajemniała jego uczucia. Magda nie miała wyraźnie żadnych zahamowań i sama zaoferowała się, że zaopiekuje się nim w swoim domu.

Teraz właśnie nadszedł ten wielki moment.

Kobieta wyprowadziła go na wózku ze szpitala, a jemu zakręciło się w głowie. Według niej spędził tam tylko cztery dni, ale dla niego to było jakby cała wieczność, do tego otwarta przestrzeń nie miała nic wspólnego ze statkiem, na którym przebywał całe swoje życie. Nad głową widział jasne światło i niewielkie chmury, a on nie wiedział nawet, co powiedzieć.

– Ile ludzi tu żyje? – zapytał w końcu, wciąż czując mdłości.

– Jakieś dziesięć tysięcy.

– Ale gdzie my jesteśmy?

– Nie pytaj mnie znowu. To YY.

Przed budynkiem stało kilka pojazdów.

To samochody.

Dotąd znał je z filmów, podobnie jak wszystko wokół. Magda podjechała wózkiem do jednego z nich, otworzyła drzwi z tyłu i poczekała, aż mężczyzna wstanie, przytrzyma się i wczołga na kanapę z tyłu, a potem odprowadziła wózek i wsiadła za kierownicę.

Pojazd ruszył właściwie bezszelestnie i jechał bardzo płynnie.

Alfa z zainteresowaniem obserwował mijaną okolicę i nic nie mówił.

– Musimy zatankować. – Magda rzuciła w pewnym momencie i zaraz potem zatrzymała się w miejscu, które na filmach nazywano stacją benzynową. – Poczekaj chwilę.

Kobieta wysiadła i wyciągnęła ze ściany wąż, podłączając go gdzieś za nim. To uruchomiło jakąś procedurę, bo gdzieś z boku dał się słyszeć głośny warkot. Trwało to kilka minut, w trakcie których ona tylko stała i czekała.

– Jak to jeździ? – zapytał, gdy wsiadła za kierownicę.

– Nie wiem. Ja tylko tankuję sprężone powietrze.

W końcu podjechali pod jeden z wieżowców. Alfa wysiadł, stanął na jednej nodze, złapał z energią za kule i ruszył we wskazanym kierunku. Szedł, a właściwie kuśtykał. Weszli do środka i windy i wjechali na szóste piętro.

Magda otworzyła drzwi do mieszkania:

– Zapraszam. Czuj się jak u siebie w domu.

Alfa rozejrzał się z ciekawością. Było tu całkiem sporo miejsca, za to całość urządzono raczej skromnie. W środku znajdowało się tylko ogromne łóżko, kanapa, biurko, stolik i jakieś szafy i szafki.

Alfa nagle poczuł znane drżenie rąk. Mięśnie mu puszczały, a on nie mógł nic z tym zrobić. Magda odruchowo pisnęła, próbując go podtrzymać. Mężczyzna ledwo znalazł resztkę sił, żeby upaść na plecy na łóżko. Leżał ciężko oddychając i po chwili zasnął.

 

***

 

Świat najczęściej obserwował z pozycji leżącej.

W mieszkaniu pojawiali się kolejni terapeuci, których niestrudzenie ściągała Magda. Z jednej strony dopingowali go do mocnego wysiłku, z drugiej strony byli bardzo ostrożni i powściągliwi, a on irytował się coraz bardziej, nie do końca to rozumiejąc. Chodził już przecież całkiem nieźle o kulach i chciał być zdrowy.

Któregoś dnia w trakcie ćwiczeń zrobił tylko kilka kroków, potem obrócił się, ruszył w stronę łóżka… i w jednej chwili upadł na niego bezwładnie jak kłoda czy kloc drewna. Ból był niesamowity.

– Aaaaaaaaaaaaa! – Siła instynktu wzięła górę i podświadomie, bez głębszego myślenia, Alfa obrócił się i wyciągnął spod siebie przygniecioną nogę.

Udało się dopiero po kilku sekundach. Kręciło mu się w głowie. Na czole miał zimny pot, a w pod czaszką kłębiły się setki myśli.

Jak to się stało? Czy uderzyłem się w operowane kolano? Ale jak? Jak to w ogóle możliwe? Czy się poślizgnąłem czy stanąłem na chorej nodze i ta nie wytrzymała, załamując się pode mną? A jeżeli nie wytrzymała ta zdrowa? Co, jeżeli trzeba jeszcze raz operować? Tylko kto to teraz zrobi?

– Aaaaaaa! – Fizjoterapeutka, młoda dziewczyna, próbowała dotknąć jego kolana, próbując ocenić szkody, ale o mało nie uderzył jej w twarz, zrywając się i gwałtownie odpychając.

Tak go to zmęczyło, że opadł wyczerpany na łóżko.

 

***

 

Ciężko było się podnieść psychicznie po upadku, potem przejść do porządku dziennego i spróbować jeszcze raz… i ponownie. Wiedział, że musi to robić, z drugiej strony instynktownie lekko unosił stopę, gdy chodził o kulach, ta robiła się cała sina, a on zaciskał zęby, cierpiąc i wierząc, że właśnie tak ma być.

Wszyscy dawali mu dobre rady, ale nic nie pomagało. Każdy dzień był teraz nowym wyzwaniem. Ciągle poznawał inny rodzaj bólu i musiał się sam o wszystko dopytywać.

W końcu zrozumiał, że jak jest dobrze, to wszyscy są profesjonalni, mili i sympatyczni, a jak coś się dzieje, to można liczyć tylko na siebie.

Koszmarne były codzienne zastrzyki. Każdego wieczora ściskał kawałek skóry, a potem przebijał ją cienką jak włos igłą. To było jak robienie sobie krzywdy, jakiś rodzaj masochizmu czy może coś gorszego. Najbardziej bolało, gdy biały płyn ze strzykawki zaczął rozchodzić się po mięśniach i całym ciele.

Bardzo męczyły ograniczenia w ruchu i noszenie w trakcie dnia uciążliwych szyn. Spadały, do tego jedna z nich spowodowała uczulenie. Dzień, w którym ją założono, chciał na zawsze wyprzeć ze swojej pamięci. Bolało go od pierwszego momentu, a potem nie ustawało. Wytrzymał całe dwanaście godzin, w końcu koło północy dosłownie ją zerwał, co okazało się zbawienne w skutkach, bo wszędzie pojawiały się bąble z ropą.

Czekał z utęsknieniem na moment, w którym zgodnie z procedurą możliwe było pozbycie się tego metalowego cholerstwa i odstawienie leków.

Wstał, pełen nadziei i obaw, zacisnął zęby z bólu, a potem, nie zważając na drętwienie i brak stabilności, spróbował zrobić jeden krok, po nim drugi i trzeci.

Nie dało się. Kolano protestowało, stopa bolała szczególnie od spodu, od strony podeszwy, zaś mięśnie… te chyba zupełnie zniknęły. Każdy, ale to każdy ruch okazał się gigantycznym wysiłkiem. Alfa musiał ciągnąć za sobą nogę, a ona dosłownie miała własne zdanie. Przeszedł dosłownie metr i musiał się teraz czegoś złapać.

Tak rozpoczął się nowy koszmar, który ciągnął się tygodniami.

Przeklęte kule przeszkadzały teraz w zupełnie inny sposób. Wciąż potrzebował ich od czasu do czasu, a one były ciężkie i często upadały na ziemię.

 

***

 

Któregoś dnia wstał z rana i coś mu nie pasowało. Poszedł do łazienki i usiadł, a potem nagle otrzeźwiał. Cała lewa noga była czerwona i co najmniej półtora raza większa. Spuchła, zupełnie jak balon, wyglądając jak karykatura samej siebie, zupełnie jak u ludzika Michelin.

Zaczął przeraźliwie krzyczeć.

Magda przybiegła. Nie pytała o nic, tylko od razu kogoś wezwała. Przyjechało pogotowie. Przyprowadzili wózek i przetransportowali go do szpitala, gdzie zaczęli go badać małym, śmiesznym aparacikiem, jeżdżąc nim po jednej i drugiej nodze.

– Zakrzepica. Trombosis. – Lekarz starannie unikał jego wzroku. – Musisz znów brać leki. Możesz być senny, gorzej myśleć, mieć bóle i inne symptomy. I potrzebujesz specjalnych skarpet kompresyjnych.

Dlaczego nic nie może być proste?

Alfa wiedział, że to wszystko nie znaczy nic dobrego. Nie chciał przyjmować tego do wiadomości, ale w kolejnych dniach faktycznie łapał się na tym, że zaczyna się zapominać albo popełniać podstawowe błędy.

Trwało to jakiś czas, dopóki organizm nie przyzwyczaił się trochę do nowej sytuacji. Mężczyzna dopiero wtedy zaczął garnąć się do życia, bardzo dużo czasu poświęcając rozważaniom nad całym życiem.

A co, jeżeli cały ten świat to tylko symulacja w komputerze? Tylko dlaczego ludzie muszą znosić ból i cierpienie i nie mogą żyć wiecznie?

Ta teoria miała kilka prawdopodobnych elementów.

Zgodnie z tym, co kiedyś oglądał i czytał, na Ziemi promowano mniejszą ilość ludzi, co mogło tłumaczyć chęcią ograniczenia zasobów przez taką symulację. Do tego dochodziły ogromne odległości w kosmosie, przez co jej moc obliczeniowa mogła być znacznie mniejsza. I było jeszcze oczywiście zjawisko wybiórczego zapamiętywania faktów albo przypominania ich w wyniku działania określonych bodźców, co wyglądało jak zapisywanie i odczytywanie danych z oddzielnych plików w pamięci zewnętrznej w komputerze.

Mężczyzna w końcu trochę pogodził się ze swoim wiekiem i ograniczeniami. Zaakceptował, że w przyszłości być może będzie musiał operować drugie kolano, tak długo zmęczone utrzymywaniem całej wagi ciała.

Zaczął oglądać różne filmy, w tym obyczajowe i historyczne. Widział ludzi i, jak nigdy przedtem, zastanawiał się, czy oni mogli mieć swoje plany i pragnienia.

Do tego wszystkiego dużo czytał. Nie było tego tyle, co kiedyś, za to każde zdanie wywoływało w nim jakieś odczucia czy przemyślenia. Czasami miał wrażenie, że znane dzieła wyglądają trochę inaczej niż w bibliotece Y, ale oczywiście nie mógł tego udowodnić.

Ogólnie stał się istotą wrażliwą na otoczenie. Zupełnie inaczej odbierał nawet to, że kiedyś na Ziemi zwalniano czy mordowano pojedynczych ludzi. Albo inaczej patrzył na gwałt, ale tylko u tych kobiet, które rzeczywiście były skrzywdzone. To, że któraś zachęcała do seksu, a po nim zmieniała zdanie, zasługiwało wyłącznie na napiętnowanie.

 

***

 

Spotykał się z kolejnymi lekarzami. Zawsze byli to ludzie, nigdy roboty. Nie potrafili wyjaśnić, skąd znalazł się w tym mieście i społeczności. Nie mogli pomóc, za to Alfa nie ustawał w swoich poszukiwaniach i próbował poznać ten świat na własną rękę.

Miejsce to promowało mądre jednostki. Władzę sprawowano bezpośrednio, w licznych referendach, z radością witając każdą zmianę upraszczającą życie. Głównym kryterium każdego działania pozostawała ilość energii i czasu, które można zaoszczędzić. Chwalono zdrowy rozsądek, a nie ideologie, i tak na przykład każde urządzenie miało prawdziwy wyłącznik, a ludzie nie musieli czekać bezczynnie na przejście przez ulicę, gdy nic nie jechało.

To wyglądało całkiem obiecująco, a on na szczęście wciąż coś czuł do Magdy, za to było to zupełnie inne uczucie niż pierwszego dnia. Ona zakrywała się, a on łapał na tym, że coraz częściej myśli o tym, jakie słodkie tajemnice skrywa pod ubraniem.

Nie mógł jeszcze za dużo chodzić, a kobieta reagowała lękiem, gdy prosił ją o jakąś dalszą wycieczkę. Którejś nieprzespanej nocy leżał w łóżku tuż obok niej, gdy nagle do głowy przyszły mu dwa słowa.

Truman Show.

Tak wyglądało wszystko wokół niego, a on poczuł chwili, że jest głównym aktorem.

 

***

 

Mijały tygodnie i miesiące i Alfa wciąż nie mógł dotykać się po kolanie. Nazywali to z Magdą elektrycznością. Lekarze mówili, że zjawisko allodynii mogło mieć związek z regeneracją nerwów na skórze, ale nie byli całkiem pewni, co zrobić, tym bardziej, że fizjoterapia nie pomagała i trudno było znaleźć kogoś znającego się na sztuce masażu zwanej ergoterapią.

Coraz bardziej irytowało mężczyznę mieszkanie z drugim człowiekiem. Zauważał nieporządek albo brak perfekcjonizmu w tym, co Magda robiła każdego dnia. Nie mógł wytrzymać, widząc ocenianie przez nią różnych rzeczy po wyglądzie, a nie funkcjonalności. Irytował się, gdy robiła błędy albo pokazywała elementarny brak wiedzy w tym, co dla niego było proste. Rozumiał oczywiście, że miała własną strategię przetrwania i skupiała na innych aspektach życia, ale pogodzenie się z tym, że ludzie nie są tacy jak on, było dla niego jednak dość ciężkie.

Jakby tego mało, uciążliwe było również noszenie skarpety, która cały czas spadała. Alfa chciał mieć pas do pończoch, ale nie znalazł żadnego, i ciągle męczył się, gdy materiał rolował się i zatrzymywał na kolanie.

W tej sytuacji każda czynność przychodziła mu z ogromnym wysiłkiem, ale mężczyzna nie chciał prosić o nic swojej kobiety, tym bardziej, że wyraźnie oczekiwała od niego szybszego powrotu do zdrowia i zadeklarowania się, jak ma wyglądać ich wspólna przyszłość.

– Wiedziałam, że twoja noga to będzie wymówka na wszystko! – Coraz częściej krzyczała. – Nie gramy do jednej bramki!

Z jednej strony z boku wyglądało to dosyć komicznie, z drugiej jemu nie było wcale do śmiechu. Magda zapewniała, że widzi jego stan, ale równocześnie mówiła, w żartach oczywiście, że Alfa nie ma gdzie uciec i pewne rozmowy muszą się odbyć, tu i teraz.

To nie pomagało, zmieniając jego życie w prawdziwe piekło. Mężczyzna czuł się przyparty do muru, samotny i zdradzony. Był jej za wszystko niezwykle wdzięczny, czasem jednak po tych spięciach musiał odreagować i chciał, żeby zostawiła go na chwilę w spokoju, a nie wyrzucała z siebie potoku kolejnych słów i zdań. Był przecież facetem, a nie kobietą z penisem.

 

***

 

Coraz częściej zaczęły nachodzić go różne myśli, najbardziej manifestowane przez własną podświadomość, co wyszło któregoś dnia, gdy pozostał sam w domu.

Sytuacja wyglądała banalnie prosto. Chodziło o odgrzanie potrawy, pozostawionej w złym pojemniku. Alfa wstawił ją do piekarnika, a potem stał jak sparaliżowany i patrzył jak dymi, zasnuwając całą kuchnię trującym dymem.

– Uciekaj! – Magda na szczęście wróciła w porę i wpierw go wypchnęła, potem otworzyła okna i wszystko zgasiła, a na końcu rzuciła się na niego z pięściami i zaczęła płakać. – Nigdy mi tego nie rób, rozumiesz?! Masz być ze mną do końca życia!

Stał, gorączko myśląc, co tu się właściwie stało, a wszystko męczyło go jeszcze wiele dni.

Najbardziej przeraził się, że wiedział, co się dzieje, ale nie chciał tego przerwać. Próbował sobie wmawiać, że sytuacja z nogą to jednak za dużo jak na jednego człowieka i dlatego nie miał już siły. W międzyczasie zrzucał winę na leki na trąbę. Kłamał przed sobą i brnął w to kłamstwo, a potem zaczął się obwiniać. Poczucie winy okazało się dużo straszniejsze niż najbardziej wymyślna kara. Gdy był już tym bardzo zmęczony, w końcu stanął w prawdzie przed samym sobą. Zaakceptował, że chciał być chory, jak nie gorzej.

Ta gonitwa myśli mocno go wyczerpała.

 

***

 

Alfa starał się robić regularnie różne ćwiczenia, poprawiając muskulaturę, dodatkowo próbował dużo chodzić po najbliższej okolicy. W trakcie jednego ze spacerów, gdy był z Magdą, zobaczył jakąś kobietę z małym zawiniątkiem, na widok którego stanął jak wryty.

– Co to jest? – wyjąkał, przeczuwając, jaka będzie odpowiedź.

– To dziecko. Czy chce pan je potrzymać?

– Nie wiem, czy powinienem – zaczął się jąkać. – Jest takie małe.

– Nic się nie stanie. – Kobieta ostrożnie pokazała mu jak złapać to delikatne stworzenie.

Nagle poczuł w sercu jakieś uczucie, coś, czego nigdy tam nie było. Zrozumiał, że jeszcze przed chwilą, kilka dni wcześniej, był niemal umierający i mógł po sobie nic nie pozostawić. Nic, dosłownie nic. Patrzył na małą główkę i błękitne oczka, w którym mogła kryć się jakaś inteligencja, i nagle poczuł ciepło. Lekko spanikowany odsunął stworzenie od siebie, a malec nadal sikał, oblewając go przez pieluszkę.

– Ojoj, zdarza się. – Kobiety zaczęły się śmiać.

– To nic takiego. – Alfa wypowiedział to nie zastanawiając się, odruchowo, i tak go to zaszokowało, że na chwilę zamilkł, a potem odruchowo krzyknął i zacisnął zęby z bólu. – A!

– Co się stało, kochanie? – Magda spojrzała na niego z troską.

– Cholerne kolano. Proszę go wziąć! Szybko! – Mężczyzna oddał płaczące dziecko i zaczął szukać wzrokiem najbliższego miejsca, na którym mógłby usiąść, a potem szybko pokuśtykał i na nim gwałtownie spoczął.

– Lepiej?

– Znowu mnie ciągnie. – Alfa znowu zacisnął zęby, łapiąc się za nogę. – Boli i wrócił problem z elektrycznością. Wszystko naraz, do jasnej cholery. Nie mogę się dotknąć.

– Nie jesteś jedyny, który o tym mówi. Na Ziemi wielu pacjentów miało ten problem.

– Wiem. Już mi mówiłaś. Tylko wiesz, jak jest. Zaczynam się zastanawiać, czy ktoś mi czegoś nie zepsuł. Allodynia nie pojawia się sama.

– Potrzebujesz dużo cierpliwości i czasu. Objawy mogą się utrzymywać nawet kilka lat.

– Albo to albo będę pieprzonym kaleką do końca życia. – Zamyślił się. – Magda, a pamiętasz, jak mnie przywieźli?

– Tak. Dla mnie to jest jak wczoraj.

– Czy mówili, co mi dokładnie dolega?

– Podobno miałeś jakieś zwarcie w Nero… czymś, do tego miałeś przygniecioną lewą nogę i zatrucie całego organizmu. Po operacji nie mogłeś wybudzić się przez cały tydzień.

– I nic mi nie powiedziałaś?

– Bo nie pytałeś.

Aaaaaaaaaa… – zaczęły wyć syreny, a Magda złapała mnie za rękę, cała drżąc:

– Musimy wracać do domu!

– Teraz?

– Tak!

Ruszyli przed siebie, tymczasem ona go popędzała, jakby zasilana niewidzialnym, panicznym strachem. Alfa kuśtykał, próbując dotrzymać jej kroku, i stanął dopiero wtedy, gdy na niebie pojawiły się balony z ekranami, a na nich kobieta, w której rozpoznał Betę.

– Jesteśmy już prawie u celu. – Kosmonautka mówiła to z nieobecnym wzrokiem. – Trzeba wprowadzić racjonowanie energii.

– Wykonujcie swoje obowiązki. – Jej miejsce zajął ktoś inny, w kim rozpoznał samego siebie. – Wszystko będzie dobrze.

Alfa był w szoku, widząc tamtego. Magda w pierwszej chwili odsunęła się od niego, jakby odruchowo, a potem przytuliła, dając do zrozumienia, że akceptuje go takim, jaki jest.

Słowa jego sobowtóra teoretycznie uspokajały, ale w praktyce dawały całkowicie odwrotny przekaz. Nic nie było dobrze. Alfa niespodziewanie zaczął rozumieć, że jest w ładowni jego własnego statku, a ludzie wokół nie mają o niczym pojęcia. Wszystko nagle wskoczyło na swoje miejsce i ułożyło się w jedną, logiczną całość.

Światło dzienne musiały dostarczały ogromne lampy, energię produkowały reaktory promieniotwórcze, chmury pochodziły z kondensującej się wilgoci, a grawitacja, choć nierównomierna, z tego, że struktura była wprawiona w ruch ciągły wokół swej osi. Nigdzie nie dało zauważyć się zwierząt, żadnych ptaków, psów ani kotów, bo były niepotrzebne, a nawet szkodliwe dla tego małego, całkowicie kontrolowanego ekosystemu.

Słowa Magdy świadczyły o tym, że wypadek wyglądał zupełnie inaczej niż go pamiętał. Wyglądało na to, że mógł pracować na zewnątrz statku albo nastąpił jakiś wybuch, zamierzony czy nie, system tylko nie przewidział, że roboty zdecydują się go przenieść właśnie tu.

Czy Y chciał się odwdzięczyć za lata służby? A może zostałem przewidziany do wymiany i nastąpiła nieplanowana kombinacja jakichś czynników? A to dziwne zachowanie mojego klona? Czy zachował pełną świadomość? Jakie sekrety mieli Gamma, Delta i inni? A Magda? Uczestniczyła w tym wszystkim czy nie? I dlaczego mówiła, że leżałem w szpitalu cztery dni, a teraz wspomniała o tygodniu w śpiączce?

Nagle coś zaczęło świtać mu w głowie.

A jeżeli neuralink ma znacznie więcej funkcji niż tylko rozrywka? Co, jeżeli steruje ludzkim zachowaniem i całym życiem?

– Idziemy – rzucił w końcu, ściskając Magdę za rękę.

Dotarli do bloku. Wjechali na górę. Zajęli się sobą, próbując o niczym nie myśleć. Nagle usłyszeli dzwonek do drzwi. Spojrzeli po sobie.

– Kto tam? – Magda podeszła do drzwi.

– Zarządca budynku. Macie państwo gościa.

Kobieta otworzyła i wpuściła starszego pana, który zwrócił się od razu do Alfy.

– Widziałem pana tam… – staruszek podniósł wzrok w stronę nieba. – Myślałem, że może ma pan jakąś władzę. Miesiąc temu znalazłem coś nieprawdopodobnego, napisy zakodowane w ludzkim DNA. Od tamtego czasu nikt nie chce ze mną rozmawiać.

– Jak to zakodowane?

– Część z informacji genetycznej wydaje się być nieistotna. Jeżeli poszczególne nukleotydy przypiszemy cyfrom, a te znakom, zupełnie jak w komputerze, to nagle okaże się, że zaczynają pojawiać się słowa w języku angielskim.

– Słowa? – Alfa zamarł.

– Tak. A nawet całe zdania.

– A jakie?

– Już pokazuję. – Mężczyzna wyjął kartkę i okulary z kieszeni, założył je i zaczął czytać. – Więzień na Ziemi. Program. Zepsuty. Pomagać. El.

– Dziwne.

– Tak. – Staruszek spojrzał pytająco. – Czy panu to coś mówi?

– Nic a nic.

I wtedy usłyszeli walenie do drzwi, a za oknem pojawił się hałaśliwy dron.

To był dopiero początek.

Średnia ocena: 0.0  Głosów: 0

Zaloguj się, aby ocenić

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania