Illuminata
Na końcu świata, tam gdzie diabeł mówi dobranoc, wiejską drogą w deszczu i wieczornej ciemności spacerują Lumi i Betowen. Zaczęło się od niewinnej mrzawki, a skończyło na ścianie ulewy. Jednak w świetle przydrożnej lampy mokra od deszczu trawa zaczyna niesamowicie lśnić. Gdy snop światła rzuca na łąkę piękny tunel, rozświetlając ją kobiercem jasności, dotyka się tajemniczej chwili istnienia. Wie o tym tylko ten, kto bez parasola idzie przed siebie w deszczu, byle tylko dobić codzienne cardio do dziesięciu tysięcy kroków. Pies zdrowy i pani ma się dobrze.
Ta droga zmienia się jednak na przestrzeni lat. Tam, gdzie kiedyś rosły liczne drzewa, dziś stoją i świecą lampy. Pamiętam z dzieciństwa, jak piorun strzelił w jedno z tych drzew, wywołując wręcz biblijny efekt. Stałam wtedy przestraszona, zdumiona burzą, patrząc na ogień, który wydawał się być na wyciągnięcie ręki.
Ta sama droga śniła mi się, zanim młodszy syn zachorował na nowotwór. Biegłam w tym śnie z wózkiem, a z pól po prawej i lewej stronie wypełzały węże, gęste i groźne niczym skórzane lejce. Przez podwórze, aż po samo niebo, piętrzyły się wielkie, płynące góry. I był tam mój tata – patrzył mi prosto w oczy, a po jego policzkach spływały krwawe łzy.
Najdziwniejsze jest to, że gdy nocna ciemność spowija tę drogę, nikt mnie i Betowena nie mija. Czasami przejedzie zabłąkane auto, może dwa. Ale najpiękniejsza jest ta chwila, gdy autentycznie czujesz, że na świecie nie ma nikogo więcej, że jesteś zupełnie sama, a deszcz śmiesznie zrasza twarz. Lubię też, gdy mroźny wiatr wieje prosto w oczy – tak mocno, że aż brakuje tchu. Bo taki wiatr daje prawdziwy, czysty łyk świeżości i uśmiech w pełnej ciszy ./28.10.2026/
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania