Iluzja świadomości.

Czytałem o człowieku, którego zachowanie zmieniło się zupełnie po usunięciu guza w mózgu. Wszyscy bliscy odetchnęli z ulgą, gdy agresywny wariat wrócił do bycia sobą – kochającym ojcem. Bycia sobą – uznałem to za wyjątkowo zabawne stwierdzenie. Po całym doświadczeniu ze zmianą w sposobie działania systemu nerwowego związanego z pojawieniem się guza, o wiele logiczniejsze wydaje mi się zadanie pytania: czy istnieje stan, w którym człowiek jest sobą?

Od czasu do czasu wydawało mi się, że dzięki edukacji i samodyscyplinie moja dusza, moje istnienie kształtuje się tak, że pozostanę tym kim siebie stworzyłem, nawet gdy ucichną ostatnie procesy biologiczne w moich komórkach. Może jednak samokontrola, którą tak lubię szczycić się przed sobą, jest mitem i pozorem – jestem szczęściarzem, który urodził się z wystarczająco sprawnie funkcjonującą korą przedczołową, by nie poddawać się kuszącym popędom. Chcę wierzyć w wyższość mojego istnienia, wiem jednak, że to głupota. Wyobrażam sobie jak tępieje po urazie mózgu, jak poddaję się idiotyzmowi i namiętnościom, kończę w stanie tak dla mnie żałosnym, że gdybym mógł przez chwilę tylko wrócić do mojej dawnej bystrości, wykorzystałbym tę chwilę, by już nikt nie oglądał, jak śmieszny się stałem.

Wyobrażam sobie, jak niesamowitym szczęściem musi być świadomość w ciele, funkcjonującym tak sprawnie, że teoria o jakiejś woli władającej całym systemem wydaje się prawdziwa. Zwierzęta działają bezmyślnie, rośliny jeszcze bardziej, ale ja myślę, więc jestem. Jestem prawdziwie, w sposób który odróżnia mnie od zwierząt. Te działają podług instynktów, którym poddaje się też wiele ludzi, poddając swój byt ciału, nie mniej jednak grubą linią oddzielony od takich stworzeń jestem ja – kontrolujący moje zachowania, trzymający się w ryzach dzięki świadomości! Reszta ludzi niewystarczająco oddaje się zastanawianiu się, za mało interesuje ich kontemplacja skomplikowanego świata, satysfakcjonują ich narracje proste i płytkie. Nie osiągną mojego stanu bytu. Więzi ich tylko brak chęci! Och, jak aroganckie i łatwe do obalenia jest takie stwierdzenie.

Czy wobec wszystkich naukowych dowodów, nie słuszniejsze wydaje się założyć, że całość istnienia, włącznie ze mną, jest pozorem, wynikłym z przypadkowego ruchu cząsteczek? W takich chwilach często zastanawiam się, czy to cały świat nie jest świadomy. Może nie ma grubej granicy miedzy człowiekiem, a resztą stworzenia? Może cały świat jest częścią jakiegoś większego Jestem, każdy byt pochodzi od jednego wspólnego bytu? Gdybym był dawnym, aroganckim sobą, pewnie nie odpuściłbym tej idei, dopóty nie zgniłaby od moich sarkastycznych uwag, niemniej jednak obecnie nie potrafiłem być tak sceptyczny. Szczególnie po jednym razie, kiedy… przyznaję się… mój mózg znalazł się w stanie zupełnie odległym od trzeźwości. Gwiazdy zdawały się mówić mi o jedności mojej z nimi, trawa łączyła mnie z uczuciami roślinności na całej ziemi, czułem w tym samym czasie ekstazę lwa, soczystość smaku mięsa na języku i ból konającej antylopy, krew zalewającą przebite jej płuca, na koniec zalało mnie uczucie ciepła i miłości, jakby Boska Matka całego istnienia przytulała mnie do piersi…

Czytałem na temat ludzi obłąkanych, który w wyniku choroby słyszeli głos Boga, i zacząłem wątpić, czy wszystkie razy, gdy zdawało mi się słyszeć odpowiedź samego Istnienia, nie były wynikiem mojej chorej wyobraźni. Słyszałem o objawieniach ludzi uratowanych ze śmierci klinicznej, którzy spotykali Jezusa, Buddę czy inną poważaną istotę w zależności od wyznania i naraz usystematyzowana wiara wydała mi się absurdem – ja chciałem wierzyć, że Bóg mojej kultury jest tym jedynym prawdziwym, ale jakie miałem podstawy twierdzić, że to On objawiał się naprawdę, a reszta objawień była urojeniem? Przestałem potrafić zdefiniować, czym było to, co czułem – przestałem upierać się przy chrześcijańskiej narracji. Co czułem, było silniejsze od religii, było wszystkim, całym istnieniem.

Jednak nawet gdy wprowadzam się w stan, w którym czuję się częścią Istnienia, nie czuję przekonania, jakobym miał istnieć tak samo jak rośliny, jakbym po śmierci miał wrócić do wielkiego potencjału życia i ubezkształtnić się w nim. Coś we mnie mówiło, że jedną rzeczą, która w życiu miała sens, to by stać się na tyle, by ta część życia, która bije w każdej komórce, chciała po utracie fizycznej formy, pozostać tobą. Wyobrażałem sobie, jak Istnienie mówi mi, że już nie może mnie wchłonąć, że stałem się kształtem z bezkresu potencjału.

Potem znajdowałem w książkach kolejne czysto biologiczne wyjaśnienie mojego zachowania i znów poddawałem się myślom o przypadku, który zarządził o tym, że mogę chwalić się życiem w przekonaniu o posiadanej świadomości. Rzadko pozwalałem tym myślom mnie ponieść, rzadko dzieliłem się nimi z innymi. Spotkałoby mnie niezrozumienie, współczucie lub wzajemne pogrążanie się w beznadziei. Znałem człowieka, dla którego każdy taki temat był kolejnym powodem do długiego monologu, wykazującego dlaczego życie jest bez sensu, prowadzonego nawet gdy nikt nie chciał go słuchać. Obsesyjnie trzymał się tej myśli i pozwalał jej budzić namiętności. Nie chciałem być jak on. Choć wielokrotnie budziła się we mnie pasja mówienia podobna jego pasji, chciałem uczynić moje słowa mądrymi, podczas gdy on utknął przy jednej, depresyjnej tezie. Chciałem być kimś więcej, nie mogłem pozwolić przypuszczeniom o własnej marności trzymać mnie w miejscu. Może to praktyczne spojrzenie ocaliło mnie od beznadziei. Gdy poddałem się na znalezieniu prawdy na temat istnienia czegoś więcej poza biologicznymi procesami, postawiłem na teorię, która pozwalała mi dalej żyć. Mogłem buntować się przeciw światu, rozpaczać, przyspieszać kres mego marnego żywota – ale z jakiegoś niezrozumiałego powodu chciałem żyć i działać.

Nie było powodu rozmawiać z innymi na ten temat też dlatego, że nic by to nie zmieniło. Wiedziałem, że wybiorę żyć, że będę ograniczony przez te same prawa, które dotyczą wszystkich, że moje życie nie będzie aż tak oryginalne, że ukończę studia, znajdę pracę, pewnie poddam się pragnieniu powielenia kopii moich genów, komórki mojej skóry utracą jędrność i będę mógł unieść całe fałdy luźnej tkanki, bawiąc się naciskaniem zabawnie wystających żył na dłoniach, które widywałem u babci, nie odeprę poczucia, że mój czas się kończy, będę próbował wycisnąć jeszcze trochę z pozostałego życia, walcząc z poczuciem, że niewystarczająco zrobiłem, w końcu poczuję, że nie wezmę już kolejnego wdechu. Będę modlił się, by tak naprawdę być czymś więcej, niż zbiorem impulsów nerwowych, będę opierał się wszystkim dowodom przeczącym tej teorii. Nie pozwolę depresji zupełnie mną zawładnąć.

Będę jeździł tramwajami, nie potrafiąc odeprzeć poczucia, że nienawidzę urodzenia się na takim świecie. Będę patrzył na twarze ludzkich mechanizmów, udając, że cokolwiek różni mnie od nich. Będę obserwował niewinność dzieci, marząc o powrocie do tego głupiego stanu nieświadomości, jednocześnie próbując wmówić sobie, że warto było przeżyć ból dojrzewania, by móc teraz wierzyć, że jestem. Będę wściekał się na podłość wszystkich zasad, które rządzą tym światem – na konieczność mojego wdychania tego dusznego powietrza, by zaraz spierać się z innymi o zasoby potrzebne przetrwaniu. Poddam się biologicznemu i społecznemu prądowi, który całkiem dokładnie przewiduje jakie kolejne etapy życia czekają.

 

 

I tak w końcu musiałem wypełnić się poczuciem, że mój czas miłości jest wspaniały… ale nie jest tym, czego chciałem. Nigdy nie potrafiłem przestać patrzeć w przyszłość, tworzyć planów, od stania w miejscu stopy piekły mnie jakby buty stawały się węglami żarzącymi się pragnieniem wielkości. Gdy nie widziałem wizji siebie potężniejszego od tego, kim jestem teraz, czułem się jakbym patrzył na szarą ścianę. W moim rozumieniu przestawałem być czymkolwiek innym niż cieniem Istnienia, jego częścią, traciłem blask, który czynił mnie moim własnym Istnieniem, moim własnym Bogiem. Nigdy nie rozumiałem, czemu ludzie nie pragnęli naprawdę stać tak desperacko jak ja. W końcu poddawali się przyzwyczajeniom codziennego życia, pili codziennie to samo piwo, podniecali ten sam płomień, nie potrafiąc uczynić jego żrących płomieni pięknymi – ich pasji brakowało ambicji, satysfakcjonowały ich walki o chleb, nawet gdy dość go było dla wszystkich. Nie cierpiałem małostkowych sporów. A jednak były one rozrywką tak wielu, których oczy poddały się na widzeniu świata. Poddanie się uznawałem za główny powód jednolitej barwy otępionych umysłów. Tak jakby w którymś momencie ich wola życia dawała się utopić fali przeczucia, że już dosyć. Opadali w głębinę, ręce przestawały bić o powierzchnię, patrzyłeś jak linie ich światła kurczą się wobec kolejnych warstw toni, kolejna fala zalewała ci płuca i zanim zdążyłeś wypluć pragnienie nicości, ich już nie było. I znów wołałeś o potwierdzenie, że to oni wybrali oddać się zimnu, ale nie byłeś przekonany. Przestawałeś wierzyć, że ciebie, czy istnienie w ogóle charakteryzuje wola mocy, czy wola w ogóle – obdarowany zostałeś wyjątkowo trwałą iluzją wolnej woli, ale nie miałeś doczekać szczęścia, nie było szczęścia, było tylko oddalone w czasie utonięcie.

I tak w końcu i ona utonęła, a ciebie ogarnęła tak wielka rozpacz, że nie odróżniłbyś swoich łez od tej przestrzeni, a mimo tego nie przestałeś łapać powietrza, bo coś w tobie wierzyło, że musisz.

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 2

Zaloguj się, aby ocenić

Komentarze (1)

  • Cain 2 godz. temu
    Wszyscy realizujemy programy, czy to społeczne czy też biologiczne. Różnica pomiędzy człowiekiem świadomym, a nieświadomym jest taka że ten pierwszy może się przeprogramowywać, a drugi jest pod tych programów władzą... Oczywiście, są różne stopnie tej kontroli, zależne od umiejętności danego człowieka.
    Jest wiele wyjaśnień takiego stanu rzeczy, jedni twierdzą że jesteśmy biologicznymi maszynami, inni że dziećmi Boga, że powstaliśmy przez kosmiczny przypadek lub też zostaliśmy stworzeni według projektu istot wyższych. Że po śmierci nie ma nic i powracamy do stanu nie-istnienia, lub też opuszczamy fizyczne ciało, wchodząc w wyższe wymiary istnienia.
    Tego jak jest naprawdę nikt raczej nie wie, jednak samo postrzeganie rzeczywistości już ma ogromny wpływ na to jakie życie ktoś ma, jakie decyzje będzie podczas niego podejmował.
    Może właśnie to jest ta "wolna wola", że możemy wybrać czym dla nas, indywidualnie, to życie jest - co z niego uczynimy, mając do dyspozycji narzędzia takie jak ciało i rozum.
    Co do społeczeństwa, to też są sobie nierówne, jednak jak komórki tworzą ciało człowieka, podobnie społeczeństwo potrzebuje ludności do swojego istnienia jako byt, potrzebuje kontroli nad populacją by korzystać z owoców jej pracy, a więc narzuca pewne schematy myślenia i postępowania, które często są zwyczajną mrówczą pracą. Jednak całość (w teorii) na tym korzysta. Wiele tworzy jedno - jednak to "jedno" jest niespójne, ponieważ różnimy się od siebie jako ludzie.
    Myślę że uderza się w świadomość i promuje materialistyczne postawy po to by w ten sposób władać nad ludźmi, nieświadomy człowiek jest podległy impulsom ciała, nie ma siły by przejąć nad sobą kontroli, i samemu wyznaczać sobie cel istnienia - jest niewyodrębnionym produktem społeczeństwa, które ustala za niego ścieżkę do przejścia. Dużo by gadać, ale interesujące tematy poruszasz.
    Pozdro

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania