Imago "Stray Dog"
Słowo wstępu, zanim zaczniesz czytać!
Wracam do publikacji, ale tym razem chcę postawić sprawę jasno, byśmy mieli wspólne oczekiwania co do tekstu. To, co tutaj czytacie, to w dużej mierze wersja robocza i zarys fabularny.
Ta historia wciąż ewoluuje. Imiona postaci, lokalizacje czy funkcje w świecie przedstawionym mogą się zmieniać z rozdziału na rozdział. Prawdziwa, ostateczna wersja książki powstaje mozolnie, poza widokiem publicznym – i gwarantuję Wam, że powstaje!
Publikowanie tej "wersji testowej" pozwala mi jednak nadać opowieści kierunek. Dzięki, że jesteście tu ze mną na tym etapie.
Zostawiłem San Pedro w lusterku wstecznym, a potem po prostu dusiłem gaz, dopóki drżenie rąk nie przestało przypominać mi o tym, co zostawiłem za sobą.
Moje knykcie wciąż przypominały fioletową miazgę. Skóra na nich pękała boleśnie przy każdym mocniejszym zaciśnięciu palców na wytartej, skórzanej kierownicy. Krew Franka dawno już zaschła pod moimi paznokciami, ale w zamkniętej, nagrzanej słońcem kabinie samochodu wciąż czułem jej metaliczny smród. Przestałem być gliną w momencie, gdy zrezygnowałem z zadawania pytań, a zacząłem uderzać. Wymierzyłem sprawiedliwość, na którą system nigdy by nie pozwolił, a potem wyszedłem w mrok i po prostu odjechałem.
Przez całą drogę przez gorącą Nevadę i surowe Idaho nerwowo przeskakiwałem po stacjach radiowych. Czekałem na komunikat. Na moje nazwisko rzucone między wiadomościami o pogodzie a lokalnymi reklamami. Na list gończy za napaść na architekta - bo Frank, wbrew temu, co sugerowały jego brudne, powiązania, wciąż był dla wszystkich szanowanym profesjonalistą w białym kołnierzyku - albo i za morderstwo, bo do teraz nie miałem pojęcia, czy w ogóle przeżył.
Ale stacje milczały. Szum fal radiowych był najgorszą z możliwych opcji. Gdyby wydano oficjalny nakaz, wiedziałbym, jak grać. Znałem procedury, ślepe punkty kamer i mentalność pościgową drogówki. Milczenie oznaczało jednak, że to zatuszował. Oznaczało, że nie wyśle za mną oznakowanych radiowozów, tylko ludzi, których nie ma w żadnych systemach.
Dlatego na każdym postoju dławiła mnie paranoja. Gdzieś na stacji w południowym Idaho, tankując auto w trupim świetle jarzeniówek, mój oddech gwałtownie przyspieszył, gdy za moimi plecami zachrzęścił żwir. Dłoń automatycznie powędrowała pod kurtkę, by zacisnąć się na rękojeści broni, której już tam nie było. Palce trafiły w pustkę, a mnie oblał zimny pot na myśl o tym, jak bardzo jestem teraz odsłonięty. To był tylko otyły kierowca ciężarówki z kubkiem styropianowej kawy, ale moje serce potrzebowało kilkunastu minut, żeby zwolnić. Byłem na krawędzi. Tykająca, bezbronna bomba, która wywiozła samą siebie z miasta, żeby nie zabić nikogo więcej.
Ale z każdym kolejnym stanem betonowa dżungla L.A. traciła na znaczeniu. Przestrzeń za szybą stawała się coraz szersza, powietrze rzadsze, a potężne, obojętne góry na horyzoncie zamykały mnie w nowym, obcym świecie.
Trzeciego dnia pod wieczór, kiedy wskaźnik paliwa opadł niebezpiecznie blisko czerwonej kreski, wylądowałem w Montanie. Miasteczko, do którego wjechałem, wyglądało, jakby czas zatrzymał się w nim trzy dekady temu. Główna ulica, stacja, sklep z narzędziami i zaparkowane ukośnie pick-upy. Zaparkowałem na uboczu, przed jedynym głośnym miejscem w okolicy - obskurnym barem, którego neon z wypalonymi dwiema literami buczał niczym rój wściekłych os.
Wyłączyłem silnik. Cisza, która zapadła w kabinie, aż dzwoniła w uszach. Przetarłem dłońmi zmęczoną twarz, czując pod palcami sztywny, kilkudniowy zarost. Przerzuciłem przez ramię ciężką torbę - cały mój obecny majątek - i pchnąłem zbutwiałe drzwi lokalu.
Środek pachniał zwietrzałym piwem, dymem i tanim bourbonem. Kilka głów odwróciło się w moją stronę. Typowy, ostrzegawczy wzrok lokalsów, którzy znają się tu od pokoleń i nie lubią, gdy ktoś obcy zakłóca ich rytm. Zignorowałem ich. Zanim podszedłem do baru, ruszyłem prosto w stronę wąskiego korytarza na tyłach, oświetlonego tylko mrugającym, czerwonawym napisem.
Amerykańskie bary na prowincji miały jedną niezaprzeczalną zaletę - nikt tu o nic nie pytał. Nawet gdy wchodziłeś do środka brudny, w pogniecionej kurtce i z ciężką torbą podróżną, wyglądając jak człowiek, który ma na rękach krew. Barman nawet nie przestał polerować szklanki.
Pchnąłem drzwi do łazienki. Środek śmierdział starym moczem i tanią, sosnową kostką chemiczną. Upuściłem torbę na popękane kafelki. Głuche uderzenie odbiło się echem od odrapanych ścian. Oparłem dłonie o brzeg brudnego, rdzewiejącego zlewu i spojrzałem w pęknięte lustro.
Twarz, która na mnie patrzyła, należała do obcego człowieka. Oczy były zapadnięte, otoczone ciemnymi, purpurowymi sińcami z niewyspania. Włosy, zmatowione od kurzu z drogi, kleiły się do czoła. Odkręciłem kran. Zardzewiała rura stęknęła z oporem i wypluła z siebie strumień lodowatej wody.
Podstawiłem pod nią dłonie. Kiedy woda zmywała pot i brud z trasy, poczułem ostre, znajome pieczenie. Moje zmasakrowane knykcie pulsowały. Skóra pękła na nowo pod wpływem zimna, a do zabrudzonego odpływu spłynęła bladoróżowa strużka - resztki zaschniętej krwi wymieszane z piaskiem Nevady.
Nabrałem wody w dłonie i chlusnąłem sobie w twarz, zmywając smród strachu. Wytarłem się w sztywny, papierowy ręcznik, który bardziej drapał skórę, niż ją osuszał. Wziąłem jeden, długi oddech. L.A. zostało na wybrzeżu. Tutaj byłem nikim. I dokładnie tego teraz potrzebowałem.
Chwyciłem torbę za ucho, wyszedłem z dusznej łazienki i wróciłem do głównej sali. Usiadłem przy barze w najciemniejszym kącie, opierając plecy o ścianę tak, by mieć widok na wejście. Torbę rzuciłem na wolny stołek obok.
Zamówiłem piwo. Kiedy barman postawił przede mną oszronioną butelkę, pierwszy łyk ledwie zwilżył moje zaschnięte od bezsenności gardło. Zamknąłem na chwilę oczy, pozwalając, by chłód szkła uśmierzył ból pulsujących skroni.
- Wyglądasz, jakbyś ...
Głos dobiegł z mojej lewej strony, niski i spokojny, ledwie przebijający się przez cichy pomruk szafy grającej. Odwróciłem powoli głowę, odruchowo taksując faceta wzrokiem. Moje aptekarskie oko wciąż działało bez zarzutu. Jasne włosy, około czterdziestki. Klasyczna, mocna budowa mężczyzny, który zarabia na życie rękami, a nie siedząc za biurkiem. Miał na sobie przetartą flanelę i dżinsy. Siedział dwa stołki dalej, obracając w palcach szklankę z whiskey.
- Bliżej zależało mi tylko na tym, żeby już nie musieć oglądać oceanu - odparłem gładko, upijając kolejny, solidny łyk.
Facet zaśmiał się krótko, bez wysiłku. Machnął na barmana, zamawiając dwie kolejki miejscowego bourbona i przesunął jedną ze świeżo napełnionych szklanek po wytartym drewnie w moją stronę.
- Paul. - Adam wypaliłem nawet nie patrząc na faceta przede mną.
Nie miałem nastroju na rozmowy, ale alkohol połączony z potężnym zmęczeniem zaczął powoli odcinać zasilanie w moim przebodźcowanym mózgu. Ten gość nie drążył. Nie zadawał pytań z gatunku tych, które drażnią. Rozmawialiśmy o niczym. O tym, jak dławi się silnik na dużych wysokościach, o podłej kawie z termosu i zimnych nocach. Piliśmy kolejne kolejki. Cisza między nami nie była krępująca; była jak u dwóch facetów, którzy dobrze wiedzą, że słowa rzadko rozwiązują jakiekolwiek problemy. Złapaliśmy ten rzadki, leniwy rytm wspólnego picia, w którym nikt nie musi niczego udowadniać ani się tłumaczyć.
Dopiero przy czwartej szklance wzrok Paula na moment opuścił moją twarz i zatrzymał się na zmasakrowanych dłoniach, które oparłem o blat.
- Bijesz celnie, czy po prostu mocno? - zapytał spokojnie, obracając szkło w palcach.
- Wystarczająco, żeby nikt nie zadawał poprawkowego pytania - odparłem, patrząc mu prosto w oczy.
Paul uśmiechnął się lekko. W jego spojrzeniu nie było strachu, jedynie chłodna kalkulacja kogoś, kto bardzo dobrze potrafi czytać ludzi.
- Siedzisz plecami do ściany. Oczy dookoła głowy, sprawdzasz każdego, kto tylko wejdzie do środka. - Zmrużył lekko oczy, rzucając ten swój trafny wniosek ze śmiechem. - Wojsko? Nie... Za mało w tobie ślepej dyscypliny, za dużo czystego wkurwienia. Policjant.
Nie drgnąłem. Nawet nie odstawiłem szklanki. Alkohol na tyle stępił moją czujność, że nie czułem już tego paraliżującego, fantomowego braku kabury pod żebrami. Poza tym Paul nie wyglądał na kogoś, kto za chwilę pójdzie zadzwonić po szeryfa, bo zobaczył podejrzanego obcego.
- Byłem policjantem - uciąłem, detektywem,mocno akcentując czas przeszły, nie zaprzeczając faktom. - Zanim zrozumiałem, że to nie dla mnie. Gówniana robota z marnymi widokami na spokojną starość. Teraz generalnie szukam nowej drogi w życiu.
Paul skinął wolno głową, po czym wychylił resztkę whiskey, z trzaskiem odstawiając szklankę na blat.
- Szukasz miejsca, żeby się zatrzymać, czy rano po prostu jedziesz dalej? - zapytał po chwili.
- Dopóki nie znajdę czegoś, co pozwoli mi odespać ostatnie lata, każda droga jest tak samo dobra. Nie wiem jeszcze, dokąd jadę.
Paul wyciągnął z kieszeni kilka wymiętych banknotów i rzucił je pod pustą szklankę. Zsunął się ze stołka i stanął obok mnie. Był odrobinę wyższy, a jego obecność miała w sobie dziwny, przytłaczający spokój.
- Okazuje się, że mam ranczo kilkanaście mil stąd i zatrudniam tam kilkoro ludzi. W dolinie. I tak się składa, że właśnie wylałem chłopaka, więc mam wakat. Potrzebuję rąk do pracy.
Spojrzałem na niego z lekkim, cynicznym rozbawieniem, próbując od razu odmówić. - Znam się na zabezpieczaniu śladów i łamaniu nosów, Paul. Na krowach zupełnie się nie znam.
- Na początek będziesz się uczył - odparł, zarzucając na ramię swoją roboczą kurtkę. - Wystarczy, że potrafisz przerzucać żelastwo, wbijać słupki w ziemię i milczeć, kiedy nikt cię nie pyta o zdanie. To prosta, tępa praca fizyczna. Będę ci płacił za pomoc. Zapłacę ci dachem nad głową i gotówką. A ty rano wstaniesz na tyle zmęczony, że w końcu przestaniesz myśleć. Wchodzisz w to?
Spojrzałem na niedopity bourbon, a potem na swoją torbę. Z zewnątrz dobiegło wycie zimnego wiatru uderzającego o okna baru. San Pedro było martwe, a ja nie miałem już dokąd uciekać.
Opróżniłem szklankę do dna, pozwalając, by palący smak alkoholu zagłuszył resztki wątpliwości, i z ciężkim westchnieniem wstałem na równe nogi.
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania