Uwaga, utwór może zawierać treści przeznaczone tylko dla osób pełnoletnich!

Imalgaton

Horror reali, nieistniejący świat podświadomości.

 

-Wtedy spojrzał za siebie i powoli ujawniała mu się postura kobiety. Nabierająca coraz to wyraźniejszego obrazu, wchłaniająca czerń z otoczenia, wkrótce rozwinęły się jej długie, rozczesane włosy sięgające podłogi. Nie zdążył mrugnąć i po chwili miał przed sobą twarz pocięta, szarą z płynem z niej wylewającym…

-Aaa! Już wystarczy!

-Sama chciałaś żebym poczytał ci horror przed snem. – Uśmiechnął się odkładając książkę na półkę obok łóżka.

-Chyba pójdę już spać…

-Dobrze córeczko. – Pocałował małe stworzenie w czoło, poprawił jej pościel i wstał, powoli oddalając się do drzwi – Dobrych snów.

 

Oddalając się od pokoju córki, zszedł na dół po schodach, skrzypiących, drewnianych. Mijając ściany szare, z farbą zdartą jakby pazurami. Wziął głęboki oddech, po czym udał się w kierunku kuchni. Spoglądając na stojące zdjęcia na szafie, stanął na chwilę w miejscu, patrząc na zapieczętowane obrazy szczęścia oraz na lodówkę na zmianę. Ostatecznie machnął w stronę swojej zmarłej żony na zdjęciu, sięgnął za to uchwyt pojemnika, jednak zerwał się pod wpływem ciągłego używania i starości. Nie zważając na to uwagi otworzył lodówkę by wyjąć z niej dwie butelki piwa. Zamknął pojemnik, w którym to jedzenia tak naprawdę nie było, spojrzał na górę nieumytych talerzy oraz naczyń.

<Słońce świeciło przez otwarte okna kuchni, mała leżała na kanapie, podczas gdy on podszedł do zmywającej naczynia kobiety. Obdarowali siebie nawzajem uśmiechem, zaczęli rozmawiać o przyszłości ich córki, o szkole, do której chcieliby ją wysłać. Gdy już kuchnia lśniła, podeszła obdarować go pocałunkiem>

Jego warga zaczęła krwawić, gdy ręką ją dotknął, nie przejął się tym zbytnio. Z alkoholem w rękach zasiadł na szarej, podziurawionej przez zmarłego kota kanapie. Mruczek miał na imię i lubił leżeć przy telewizorze stojącym naprzeciw kanapy. Tak jakby było to jego miejsce, w którym czekał aż domownicy oddalą się od mebla, by zacząć jego zdrapywanie. Włączył telewizor by dowiedzieć się o liczbie zmarłych. Ponieważ tedy rozprzestrzeniała się plaga groźnej choroby. Dlatego tego też stracił pracę. Zakazano ludziom wychodzić z domu, a za złamanie takiego przepisu karano natychmiastową eksterminacją. Za oknem czasem mógł zobaczyć noszących maski gazowe, ubranych w czarne stroje katów. Przełączył na następny kanał, pornografia, obraz nagich kobiet przed jego oczami, narastająca zazdrość wynikająca z braku intymnego kontaktu od lat. Wyłączył złom, zwany telewizorem, po czym położył się wygodniej na kanapie. Zmęczenie oraz alkohol zmuszało go do zmrużania oczu.

<Człowiek zobaczył przedziwną krainę, była przepełniona zielenią oraz przepięknymi drzewami. Z drewnianej chaty wydobywał się dym z komina, jednak zapach jakiejkolwiek potrawy przyrządzanej nagradzał. Postawił kilka kroków zastanawiając się o stanie swojego istnienia.>

Nagły hałas dobiegający z od dawna nieodwiedzanego pokoju jego żony, postawił go na nogi. Wzbił się z kanapy jak skoczek, zbijając przy tym butelkę piwa podłogę. Był to dźwięk wzbudzający niepewność, stukanie w jakby mały skrawek metalu. Wciąż pobudzony, potknął się o nogę drugiego mebla, na którym często zasiadała jego teściowa. Łapiąc się za czoło, spojrzał na siedzenie i ujrzał przez dosłownie moment sylwetkę starszej kobiety, oceniającej go wzrokiem. Przestraszony, wstał odsuwając się od krzesła. Po chwili zorientował się, że owego mebla nigdy nie było w salonie. A jego teściowa nienawidziła go z całego serca. Z całego chaosu przewrócił się ponownie, tym razem o kwiat zielony rosnący w doniczce obok telewizora. Ziemia wdarła się do jego ust i nosa, kaszlnął raz, dwa. Ale wstawać już nie chciał. Zaczął płakać w brudzie, mieszając łzy z zawartością doniczki. Jakiż to żałosny człowiek.

<Przed jego małym istnieniem, rozwarły się ogromne wrota miedziane, zafarbowane w czerni z wyrzeźbionymi w nich twarzami, przedstawiającymi okropny terror, moment przed śmiercią. Boso zaczął stąpać, bo czarnym szkle, mieszającym się z tego samego koloru podłożem. Tu zaczyna się twoja podróż śmiertelniku. Zapomnij o czasie, zapomnij o sensie. Oh, jak piękny obraz wznoszącej się spirali kościanej w nieskończoność krwistych niebios.>

Gdy tak leżał, poczuł na poliku lekkie drapanie, nieprzestające dopóki nie otworzył finalnie swych oczu. Stukanie zmieniło się w dzwonienie, ciche, umierające. Wstał już poprawnie tym razem, postał chwilę przed postawieniem kroku. A gdy już ten postawił, poczuł jak drzazga wbiła mu się w stopę. Wtedy zorientował się, że był boso. Mógł przysiąc, że nie zdejmował swoich śmierdzących, starych butów. Jednak bardziej przejmował go wciąż niezidentyfikowany hałas z pokoju jego żony. Gdy już rękę na klamce położył, coś pociągnęło go za sobą w tył. Tak mocno, że wyleciał za okno, będące naprzeciw pokoju, do którego zmierzał. Znalazł się na zewnątrz, na tyłach jego domu. Koszula opadła z jego ciała zerwana na wpół. Czerń nocy, brak światła księżyca, zielony gaz unoszący się jak mgła, gęsta, utrudniająca widzenie. Zaczął kaszleć, dusić się. Wyszedł od lat z domu. Przestraszony od razu, że zostanie zamordowany za przebywanie poza domem. Wstał szybko, chcąc wrócić przez okno, włochate stworzenie stanęło na jego przeszkodzie po drugiej stronie ramy z kawałkami szkła. Wzrok miało duszę pożerający, czerwone, malutkie ślepia w zlepie czarnego, smolistego futra. O paszczy paskudnej z przebitym wieloma igłami okiem po środku macek śliskich poruszających się we wszystkie strony. Odbiegł natychmiast nie patrząc za siebie.

<Po jednej stronie kat przebijający harpunem sterty ciała, po drugiej stronie tocząca się w mazi, oleju orgia ludzi, tworzących razem sklejonego z ciał potwora. I wszystko to otoczone czarnym, matowym materiałem, o żyłach świecących na biało, żyjącym. W tle zaś nieskończony błękit, zmieszany z bielą i szarością, jak namalowany pędzlem malarza, pędził w nieskończoność. Budowle ciągnęły się bez końca, jego stopy powoli traciły wszelkie mięśnie, odsłaniając jedynie kości. Spójrz na te dzieło, stojące na prostokątnym żyjącym materiale, pnące się we wszystkie strony chaotycznie doczepiając trójkąty i koła. A tam jest i on. Wiecznie rozmyślający potwór.>

Biegając we wszystkie strony, w końcu dotarło do niego, że się zgubił. Toksyczne powietrze zaczęło palić jego skórę. Tracąc nadzieje, padł na kolana, i skulił się w nadziei, że go znajdą i zabiją. Tak jednak nie było, popchnięty przez niesamowitą siłę, stanął naglę na chodniku. Ale to nie było miejsce, w którym chciał się znaleźć. Wkrótce to zza zielonej mgły zaczęły wyłaniać się potwory, sylwetką przypominające ludzi, jednak ich twarze wzbudzające w nim postrach. Stworzenia ze stopionymi głowami, zgotowanymi, zmieszanymi z kolorami farb. Z mackami wychodzącymi z ich szyi, śliskimi, sięgającymi w jego stronę. Zaczął uciekać najszybciej jak potrafił, rękoma spychając czyhające na jego mięso potwory. Jednakże im dalej uciekał, tym zaczynał rozumieć, że od domu się oddala. Nagle przed jego osobą pojawił się jakiegoś rodzaju budynek, zbudowany z czarnego kryształu. Po chwili, z budowli wydobyło się potężne powietrze rozpraszające całą zieloną mgłę. Jednak w raz z toksyczną chmurą, zniknęło jego całe osiedle, wszelkie otoczenie, jakie dotąd znał.

Została jedynie otaczająca czarny budynek biel. Gdy zwrócił się ku budynkowi, na jego dachu pojawiło się ogromnych rozmiarów oko, o jaszczurzej tęczówce. Obdarty z ubrań, z ciałem w dużej części stopionym, padł na kolana i zaczął błagać oko o pomoc.

<Tym razem zawitało go pełne miasto lśniące czarnym obsydianem, mnóstwo pnących się w górę kamienistych stalagmitów, wychodzących z domów, ciągle jakby rzeźbionych. Nacięcia na budowlach rozciągały się po całym otoczeniu, szkarłatne żyły jak serce bijące. A nad tym wszystkim lewitowała przedziwna konstrukcja, wyciągająca szare, dłonie o trzech palcach, witając wszystko pod sobą. Pomiędzy rękoma mglistymi, wszczepiony w kończyny zlepek oczu, dwa większe, o źrenicy kota, wiele pomniejszych, wciąż to mrugających, ale już nieotwierających się. Cała struktura połączona była jakby z korzeniem, jako jedynym dosięgającym krwistych niebios. Wokół korzenia wiły się niebieskie pnącza, jak garoty poszukujące szyi.>

-Biedne stworzenie, pode mną klęka. Dziecko, wyjdź z tego koszmaru, przestań tyle myśleć.

-Brzmisz jak on… Brzmisz jak oni wszyscy! – Wstał nagle zezłoszczony – To nie moja wina, że nie żyje!

-Kiedyś nadejdzie czas, gdy potwór stanie się twym przyjacielem, a smutek zastąpiony zostanie szczęściem. Pogłębiasz się coraz bardziej we własnym umyśle. Opuść te miasto, tam nic nie ma, jedynie… Ruiny.

Gdy światło zabłysło oślepiając jego oczy, powrócił do świata przepełnionego zieloną mgłą. Mógł zauważyć jak z niedaleka wpatrywały się na niego potwory o stopionych twarzach. Śmiejąc się i szydząc z jego cierpienia. Oblizywały jedynie macki wychodzące z ich szyi, wskazując na niego palcem. Ku jego szczęściu, objawił mu się jego dom. Pobiegł jak najszybciej do schronienia, otworzył stare, niebieskie drzwi. Przed nim okazał się ponownie czarny potwór z paskudną szczęką. Gdy ten wyciągnął w jego stronę swoją obślizgłą futrzaną łapę, ten przestraszył się i uciekł za dom.

-Zaczekaj!

Nie usłyszał jednak wołania potwora, słyszał kroki armii potworów, chcących udusić go w toksycznej mgle. Odgłosy opadającej flegmy na podłoże, krzyki dochodzące z paszczy stworzeń. Nagle przed sobą ujrzał ogromny budynek chodzący na jelitach, grubych, sformowanych w nogi człowiecze. Całe było flegmiste, ociekające śluzem z rękoma oraz głową przypominającą wielkie drzewo. Z budynku wyszły dwa jeszcze bardziej zdeformowane kreatury. Nagie, błotniste sterty sklejonych wnętrzności. O oczach niszczących wnętrze zdrowego człowieka, ślepia rybie, wycentrowane prosto na niego. Nie zdążył już uciec, przygnieciony światłem koloru nie z tego świata, dochodzącym zza potwornym budynkiem, nie mógł już wstać. Zabrali go do środka, uderzyli błotnistymi pięściami, stracił przytomność.

<Jesteś w końcu, bałem się, że już nigdy do mnie nie wrócisz. Witaj ponownie w moich skromnych progach, tutaj możesz poczuć, co zechcesz. Choć wciąż cię nie rozumiem, czemu nie chcesz wykorzystać tego, co ci oferuje? Wyrzucałem twoją osobę tyle razy, nikt nie chce tutaj pytać ani myśleć. Dlatego wszystko widzisz tak jak widzisz. Pozwól sobie odpocząć, nie przejmuj się tym, czy jest to prawdziwe czy nie, ciesz się, że możesz to, choć w małym stopniu mieć. Odejdź, odejdź i nie wracaj póki nie zrozumiesz.>

Obudził się w przedziwnym miejscu, wzrok niewyraźny, zamazany. Choć obrazy narzędzi ostrych, przedziwnych przewiały mu się od czasu do czasu, aż w końcu wrócił do przytomności. Zauważył, że ręce i nogi związane miał jakimś dziwnym, śliskim materiałem. Podłoże stanowiło jakby wnętrze żywej istoty, zielone, buzujące i bijące. Nagle, usłyszał słowa dla niego ledwo zrozumiałe, dochodzące zza cielistej ściany.

-Żona zmarła, więc został sam z córką, tak? – Powiedziało stworzenie flegmiste o białym kolorze.

-Można tak powiedzieć. Zabił żonę, a córkę okłamał. – Głosem prześmiewczym, grubym, mieszającym się odgłosami chlupotania powiedział drugi potwór. – Niestety, nie ma dla niego ratunku…

Słysząc te oszczerstwa znalazł w sobie siłę by zerwać wiążące go pnącza. Uciekł po drodze chwytając za ostry przedmiot, przypominający kość, odstraszał napotkane potwory na drodze by ostatecznie udać się do wyjścia. Na zewnątrz powitała go zielona mgła, nadal gęsta i nieskończona. Biegł przed siebie, biegł ile miał sił w nogach, znał miejsce, w którym schował broń. Tam też postanowił się udać.

<Zobacz, zobacz na piękno nieistniejącego. Tyle bitew stoczonych, tyle przelanej krwi, ciągła orgia kilkuset larw, jakimi jesteście. Skorzystaj głupcze, chwytaj za broń. Stań przed potężnym Lagimaronem i zrozum, że Imalgaton, nie istnieje!

Wziął, zatem broń do ręki, ogromną kosę i stanął przed bestią sięgającą krwistych niebios. Znikąd urosły mu skrzydła spaczone, czerwono-czarne, podziurawione, lecz jak się przekonał, potrafiące wznieść go w powietrze. Lagimaron chlasnął jedynie przed sobą swą ogromną macką, która już miliardy kobiet przebiła. Podskoczył, wylewając powódź czarnego śluzu. Człowiek zaś rzucił swą kosą w stronę głowy bestii. Potwór odbił broń oraz rzucił chłystkiem o budynek. Na nim zmierzył się z kreacjami potężnego Lagimarona, wbijał swoje ostrzę w głowy i brzuchy błotnistych stworzeń, te jedynie wybuchały krwią i błotem. Człowiek czując się pewniej, rzucił kosą raz jeszcze, tym razem na skos, tak, że uniknęła zderzenia z macką potwora. W ułamku sekundy, gdy to broń już za głową bestii była, teleportował się do niej. Z całych sił, wydobywając z siebie litry potu, naciągając wszelkie mięśnie. Chlasnął kosą przed siebie, ścinając czarną głowę Lagimarona. To jest to! To jest świat, jakiego nigdzie indziej nie zaznasz! Haha! Ahaha!

Dla ciebie jednak już za późno, żegnaj na zawsze i oby odmęty pośmiertne pożarły twoją duszę.>

Osaczony przez potwory, mając jedynie gnijącą ścianę za sobą i pistolet w ręku, zaczynał tracić nadzieje. Zbliżały się powoli, wydając z siebie jakiś bełkot i chlupotanie. Nad jego głową lewitował stwór o skrzydłach demona, czterech wciąż to poruszających się. O głowie ośmiornicy, ciele kozła. Atakując go światłem pojawiającym się i w chwili znikającym. Jedno ze stworzeń wyciągnęło w jego stronę rękę, ten zaś przyłożył broń do swojej głowy. Nagle, przyjechał czarny pojazd, a z niego wysiadło czarne, włochate stworzenie, nękające go wcześniej w jego własnym domu. Zaraz za nim, wyszła kobieta. Jednak jej już nie zobaczył. Bo zamknął oczy, i pociągnął za spust…

-Jak to się stało? – Spytała już z powrotem w mieszkaniu, opierając się o szufladę.

-Jego stan psychiczny pogorszył się znacznie. – Odpowiedział ubrany w czarny, elegancki garnitur psychiatra. – Przyszedłem jak zawsze na wizytę terapeutyczną, jednak widział we mnie wroga, kogoś, przed kim uciekał.

-Mój drogi mężu, czemu? Wiedziałam, że mało spędzaliśmy razem czasu, prawie w cale, on pracował za dnia, a ja w nocy, ale kochałam go, naprawdę…

-Proszę się nie obwiniać, pacjent był pod ciągłym stresem wynikającym z pracy, wielu policjantów, szczególnie tych wrażliwszych, nie radzi sobie z pełnionym obowiązkiem.

Do mieszkania nagle wpadła ciężko oddychająca starsza kobieta, teściowa zmarłego. Podeszła do swojej córki by objąć ją czule. Sama nie mogła uwierzyć, że tak porządny mężczyzna zachował się w taki sposób. A od starszej kobiety również miał wsparcie, dużo razem rozmawiali, zwierzał jej swoje problemy. Myślała, że nie jest tak źle, biorąc pod uwagę ciągły nadzór i pomoc profesjonalnego psychiatry. Gdy ubrany w czarny garnitur mężczyzna zdawał relacje rodzinie zmarłego, pod nogi zebranych zaplątał się rudy kocur, widząc smutek na twarzach swych właścicieli, skierował jedynie swoją mordkę ku podłożu.

-Naprawdę, proszę przyjąć moje kondolencję, zrobiliśmy wszystko, co w naszej mocy by pomóc temu człowiekowi. – Zatrzymał się na chwilę przykładając czarny beret do klatki piersiowej. – W razie, czego, proszę nie wahać się z dzwonieniem o pomoc, wiem, że strata bliskiej osoby jest ciężka.

-Dziękujemy doktorze – odpowiedziała staruszka.

-Pamiętam jak opowiadał mi o tym, jak chciałby mieć córeczkę, by czytać jej na dobranoc, wspierać w rozwoju i nauce… - uroniła łzy zakrywając oczy prawą ręką – Nagle postanowił wybiec na ulice, półnagi latać jak opętany a potem atakować ludzi strzykawką ze szpitala? Tak bardzo nie rozumiem…

 

<I d o b r z e, ż e n i e r o z u m i e s z>

Czasem warto znaleźć granice między tym, czego pragniemy, a tym, co realistycznie możemy mieć.

Życie otóż jest na tyle źle skonstruowane, że zawsze będzie gorsze od tego, co mogłoby być.

Można albo sobie pomóc pogodzić się z tym faktem, bądź utonąć we własnych pragnieniach.

Najgorzej jest jednak, gdy nie wybierzemy żadnej opcji, rozmyślając nad tym, która lepsza.

 

Obejmą cię teraz anioły.

 

Spoczywaj w pokoju.

 

Hahahahaha!

Średnia ocena: 0.0  Głosów: 0

Zaloguj się, aby ocenić

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania