Imię

Tyci tyci zamieszkiwali niewielki obszar gdzieś na skraju mapy. Narysował ją chłopiec flamastrami. Na początku nazywał ją krainą z pięciu kolorów, bo takimi kreślił jej granice.

 

Jeździł do nich mini metalowym samochodzikiem, zawsze pełnym niespodzianek. Raz po drodze z niedomkniętego bagażnika wyskoczył Mikołaj, był stary mechlaty i trochę brudny.

 

Za chłopcem unosiła się ledwie słabo widoczna łuna z cienia na tle obklejonym sztucznym śniegiem tła.

 

Z przymrożonym okiem otrzepał upasione brzuszydko podciągną szelki i westchnęła, miał na sobie tylko jednego buta.

 

– Jeden, jeden i hop... – skoki, podskoki i tak ruszył w poszukiwaniu najbliższej ostoi.

 

Jednym czarnym flamastrem zaczęła powstawać rzeka o ostrych krawędziach a rysował ją zły brat chłopca o imieniu Antekantyświątek

 

Tyci Mikołaj zaniemówił z przerażenia. Bulgocząca breja rozlewała się coraz bardziej.

 

Mapa wyginała się pod palcami łobuza i o krótki włos Mikołaj wpadłby do pułapki z linii wodnej i zapewne już by się z niej nie wydostał.

 

Ale niespodziewanie na krainy padł blady cień.

 

Był to pamiętny dzień Wigilii, mama ocaliła Mikołaja. Zawołała obu chłopców na kolację.

Średnia ocena: 3.7  Głosów: 3

Zaloguj się, aby ocenić

Komentarze (6)

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania