Intaglio

znów myślę o zdroju, który wypływa

z podziemi pałacyczka. o klarowności form.

 

rozciąga mi się w głowie przestrzeń, gdzie

wszystko jest zabytkowe, choć nic nie jest stare,

kości na dnie i meble w komnatach

– intarsjowane rubinami,

uczucia – przepojone poczciwością,

jak wytchnienie, falafel z kartoflami i omastą,

 

a treść jazgotliwych traktatów – wyklepana

na maszynach marki Łucznik czy Robotron,

podpis – ołówkiem, nie parkerem.

 

to światek, gdzie wszystko co złe

zmienia się w przesąd. albo przeskok

o dwa-trzy dni dalej,

gdzie umiera, niekarmione uczuciami,

więdnie niepodlewane, zwijając kolczaste liście,

 

a potwory między nami uciekają w głąb Nickelodeonu,

stają się w rysunkowymi misiami, co skaczą sobie

do gardeł, by się zagryźć.

 

przyznaj: to nie najgorsza wizja, ten mój

strumyś, rezydencyjka na obrzeżach Ładnogrodu,

obrazek, na jaki patrzę przez pobrużdżone

ścieżkami szkiełko, na którym rozprowadziłem

tak potrzebny narkotyk: łagodność;

 

ma w sobie pewien urok to miejsce,

do którego lubię powracać. doszczętnie.

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 1

Zaloguj się, aby ocenić

Komentarze (2)

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania