Intencja

Wszystko jest kwestią intencji. Miłość, obfitość finansowa, twórczość i kółko różańcowe. Spotkałam go kilka lat temu. To był jeden z pierwszych moich wyjazdów na prace sezonowe do Holandii. Byłam jeszcze wtedy bezczelnie młoda, może nie wiekiem, ale z pewnością pracą fizyczną. Dodatkowo jak na spóźniony bunt nastoletni przystało-bardzo naiwna i biegła w osądzaniu. Oszołomiona nowościami zagranicznymi, chłonęłam atmosferę Holandii w samoobsługowych sklepach spożywczych, gdzie mogłam dowoli nasłuchać się gardłowo-żołądkowego niderlandzkiego. Pierwszy raz spotkałam Michała w pracy- jako jeden z trzydziestu innych pracowników, szczególnie nie zwrócił mojej uwagi, w ogóle bym pewnie nie pamiętała, że tam był, gdyby nie informacja, że będziemy mieszkać razem na domku służbowym. Mieszkanie z facetem a tym bardziej służbowo było dla mnie totalną nowością, z tym, że oprócz naszej dwójki miało tam być jeszcze kilka osób. Do końca dnia postanowiłam dyskretnie się mu przyglądać, ale po jakieś godzinie mi się znudziło. Nie znalazłam w nim nic z zakamuflowanego psychopaty czy natrętnego podrywacza, . No cóż trochę się myliłam, ale nie jestem pewna, co do której kwestii. Jeżeli chodzi o jego powierzchowność -z wyglądu-uroda polska. Przez pierwsze dwa dni nic się działo. Pojawiły się pewne epizody, ale wydawały mi się co najmniej dziwne, więc oprócz uzasadnionego oburzenia nie werbowałam pretensji. A epizody wyglądały następująco- na mojej przydzielonej części półki w lodówce, brakowało dwóch puszek piwa. Ich miejsce zajmowała kartka z informacją.; „Pożyczyłem dwa piwa, oddam po wypłacie Bóg zapłać, szczęść Boże- ksiądz Michał”. Zareagowała najpierw we mnie ostrzejsza wersja zdenerwowania- nie lubię takich pospolitych żartów, szczególnie, że ja też byłam przed wypłatą. To była końcówka sierpnia i jak na Holandię niespotykane wręcz upały na dworze, o szklarni, w której pracowałam nie wspomnę. Nie no jednak muszę, w szklarni było około43stopnie ciepła, zimne piwo po dziewięciu godzinach pracy dosłownie ratowało życie. Bez konfrontacji wytrzymałam dwa dni. W końcu kiedy się przyczaiłam dokonałam odkrycia. Informacja na kartce była prawdziwa. Moje piwo podprowadzał mi ksiądz- Michał. W prawdziwej sutannie, z koloratką rzewnym krokiem podążał w kierunku lodówki.

Oczywiście nie jestem w stanie powiedzieć jaka była moja reakcja. Absurd sytuacji poddawały w wątpliwość godziny spędzone w szklarniowym piekle. No cóż jedyne co mi zostało to zapytać.

-Michał, a gdzie się wybierasz w tych markowych ciuchach?

- Oj nie żartuj sobie. Codziennie popołudniu odwiedzam naszych sąsiadów i odprawiam dla nich msze.

On to mówił poważnie. Byliśmy w Holandii a on zanim wyszedł z domu chował po kieszeniach piwa skitrane po kolei każdemu współlokatorowi, ale mówił poważnie.

- A mówisz po holendersku

- Nie tylko po łacinie,

- Pewnie dlatego potrzebujesz najpierw napić się piwa

Nie doczekałam się odpowiedzi. Ale też nie było focha tylko uśmiech i nie uwierzycie, taki litościwy uśmiech mocy. Regres do czasów przygotowań do Pierwszej Komunii. Tak sobie żyliśmy przez parę dni w harmonii, piwo chowałam w swoim pokoju. Pewnego dnia po powrocie z pracy okazało się, że mamy nowe współlokatorki. Dwie koleżanki spod Wrocławia, Alinę i Jadwigę, obie w wieku na oko i w paszporcie 55 plus. Przyjechały akurat popołudniu, zapoznawszy się w przelocie z Michałem, który był już o tej godzinie księdzem. Oczarował je samym tylko skinięciem głowy i wyszedł odprawiać mszę do sąsiada Johana.

Ja zostałam opowiadając o tym, gdzie to Michał chodzi, a i dowiedziałam się, że Alina przyjechała zarobić na ślub córki a Jadzi to się właśnie za osiem miesięcy wnuk rodzi, więc na wózek by się przydało. Bardzo fajne, życiowe i odważne kobiety. Zdeterminowane i silne, i za cholerę do tej pory nie mogę pojąć, co się z nimi działo, kiedy na horyzoncie pojawiał się Michał- zarówno w cywilu jak i -nie wiem, jak to nazwać- inaczej. Odkąd pojawiły się dziewczyny, wieczory w naszym służbowym domu wyglądały absolutnie jak nic, co do tej pory przeżyłam. Michał już teraz w zupełnie legalny sposób mógł sięgać po piwo, nie chodził głodny ani żadna dziurka w koszuli nie miała prawa zaistnieć. Był zaopiekowany przez swoje wierne groupies, a jedyne co musiał zrobić, oprócz po prostu bycia, to odmawiać gorliwie z koleżankami różaniec. Nigdy ani nawet drżeniem głosu żadna z pań nie poddała w wątpliwość autentyczności jego święceń. I tak było, a nawet więcej, bo jak wspomniałam, wszyscy po pracy ratowaliśmy sobie życie, jedynym napojem mającym moc ugasić pragnienie stęsknionych za ojczyzną emigrantów zarobkowych. A owo więcej to pieśni kościelne, a że większość z nas znała jedynie kolędy, to i rozbrzmiewały one radośnie pod koniec sierpnia w południowej Holandii. Nie pamiętam jak długo się znaliśmy, chyba jakieś dwa tygodnie, zanim porozrzucano nas w różne części Holandii, do różnych prac. Jakiś czas później widziałam Michała w jakiejś innej pracy. Chciałam do niego zagadać, ale przypomniałam sobie, że właśnie w tym czasie miał być w Watykanie, więc patrząc mu przez chwilę w oczy po prostu bez focha go nie poznałam.

Kiedy teraz o nim myślę, zastanawiam się, czy kiedykolwiek zakładał, że uda mu się zorganizować tak prężnie działające kółko różańcowe. Absurdalnie wręcz gorliwe, płonące żywym ogniem obłędu, jednocześnie tak naturalne i zabawne. A ja się przekonałam, że świetnie wyglądam w sutannie (nie darowałabym sobie gdybym jej nie przymierzyła).

Średnia ocena: 3.0  Głosów: 2

Zaloguj się, aby ocenić

Komentarze

  • Marian miesiąc temu
    Temat ciekawy i świadczący o tym, jak durnym kościółkowym społeczeństwem jesteśmy.
    Mogłabyś porządniej pisać: spacje, akapity, przecinki.
    Unikaj w tekstach cyfr,
    "oprócz uzasadnionego oburzenia nie werbowałam pretensji" -> Co za nowomowa?
  • Bajkopisarz miesiąc temu
    "oprócz uzasadnionego oburzenia nie werbowałam"
    a nie miało być "zwerbalizowałam"?

    Bardzo dobra anegdotka. Pan Michał idealnie się wstrzelił popytem w podaż i wyszedł na tym całkiem elegancko. W sumie obyło się bez strat, bo kogo można nazwać poszkodowanym? Alina i Jadwiga też zachwycone, a i sąsiad Johan poczuł się lepiej.
    No chyba, że tych dwóch piw nie oddał, to wtedy faktycznie jest coś po stronie strat ;)
  • BarbaraM Sadowska miesiąc temu
    Dziękuję za komentarze. Co do werbowania- nie wiem czemu ale ono mi pasuje- werbowanie oburzenia- to tak trochę jak werbowanie do wojska.
    Tak sobie mi popłynęło i jakoś nie chcę tego wpisywać po stronie strat.

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania