Isabella Sands (na razie tylko tyle)
Wszystko do okoła jest nie ważne, biegnę ile sił w nogach. Czuję ciepły oddech na plecach, ale nie mam odwagi się odwrócic. Słabnę, a ból pochłania mnie całą. Czuję jakby od wewnątrz wbijały mi się kolce, nie mogę złapac tchu. Trzymając się za krtan upadam na kolana i bezgłosnie błagam o szybką, bezbolesną smierc. Ale jestem silna nie płacze i wtedy nadchodzi czas, aby spojrzec w oczy oprawcy, który już od roku próbuje mnie złapac. Czuję jego ręce na swoich ramionach i szept.
-Uspokój się.- ból ustępuje, moja siła powraca, a wraz z nią chęc walki i obrony.
Na oslep uderzam dłońmi zacisniętymi kurczowo w piąstki. Nie reaguje na krew sączącą mi się z ranionych kolan tylko biegnę, potykając się prawie o każdy wystający konar. Ostre gałęzie ranią moje policzki i odsłonięte ramiona. Po jakims czasie czuję, że tracę grunt pod nogami. Przed oczami przewijają mi się obrazy z życia. Widzę tate i mamę usmiecham się, potem męrzczyzne wbiegającego do domu z siekierą w ręku i wrzeszczącego z histerią w głosie. Tego dnia tracę wszystko: rodziców, dzieciństwo. Ledwo uszłam z życiem, mama zasłoniła mnie własną piersią, ale on i tak mnie dopadł w ogrodzie i zadał mi cios w brzuch, jak przez mgłe pamiętam słowa mamy i taty: "Uciekaj! Kochamy Cię!". Następnie przesłuchanie przez policjantów, wrzeszczą na mnie i mówią, że jestem wyrodnym dzieckiem. W dniu szóstych urodzin zostałam zamknięta w psychiatryku, następne pare lat mija jak zły sen. Byłam faszerowana tabletkami, zamknięta w jakims zimnym i bez okien pokoju, całkiem sama, opuszczona. Piętnaste urodziny wypuszczona na dziedziniec, ale zakuta w kajdany jak potencjalna zabójczyni, nie potrafie sie usmiechnąc, spojrzec na kogos, jestem całkiem sama. Szesnaste urodziny, ubrana w biały fartuch, przywiązana pasami do łóżka, porażona prądem, zacisnięte powieki i naprężone mięsnie, ale to nie pomaga, oni są bezwzględni. Dają mi podwójną dawkę prądu, telepie się cała, a oni się usmiechają. Siedemnaste urodziny, leżałam na zimnej podłodze, a wokół mnie mnóstwo ludzi, kopią mnie, leżę zwinięta w kłębek i pluję krwią, straznicy nie reagują, przechodza koło tego obojętnie. Osiemnaste urodziny, jestem na dziedzińcu i wtedy dopada mnie straszliwy ból, upadam i wrzeszcze, a ona mnie bije. Ból nie ustaje, od tego dnia takie bóle pojawiają się każdej nocy, a w nich chłopak, który mnie goni.
-Ej ty!- ktos uderza mnie po plecach. Nie odpowiadam, wstaję.
Mam na sobie za małe spodenki i t-shirt, sprane, sztywne. Kajdanami i łańcuchami przecina mi skóre. Krew kroplami spada na cement, nie podnoszę głowę, nie chce widziec tej nienawisci w oczach. Jeszcze raz uderza mnie i szarpie tak, że prawie upadam.
-Scierwo i na swiat przyszło.- syczy z jadem i pociaga tak nagle łańcuchem, upadam, uderzam głową o marmur, czuję tylko ciepłą ciecz, a oczy samoczynnie mi się zamykają.
-Wstawaj!- ktos kopie mnie w żebra. Powoli otwieram oczy i widzę mnóstwo krwii. Wpdam w histerię, przed oczami mam tego męrzczyzne, jego szyderczy smiech i rodziców całych we krwii.
-Nie! Nie! Tylko nie oni! Zabij mnie! Nie ich!- wrzeszcze, ten ból psychiczny jest o wiele gorszy od fizycznego. Wstaję i podchodzę do niego.- Proszę.- wtedy po moich policzkach spływają słone krople. Czuję tępy ból w głowie i otwiram ociążałe powieki.
-Wstawaj!- szarpie mnie i ciągnie do jakiegos pomieszczenia.
Razi mnie oslepiająca jasnosc, czystosc i pycha. Męrzczyzna popycha mnie do przodu tak, że stoję przed biurkiem.
-Zostaw nas.- mówi ktos.-Podnies głowę.- robię to co mi każe. Pierwsze co widzę to usmiech, a potem grymas na twarzy.- Usiądź.
Siadam i kulę się na fotelu, czekam na kolejną dawkę bólu fizycznego. Słyszę kroki i kogos koło mnie, męrzczyzna łapie mnie delikatnie za podbródek i przygląda się mojej twarzy, ale uniemożliwiają mu to czarne jak ziemia włosy, które w tej chwili są pobrudzone w mojej krwii. Nie tego się spodziewałam.
-Elizabeth!- w pomieszczeniu pojawia się kobieta i kłania się męrzczyźnie.
-Tak Proszę Pana?
-Twoim zadaniem jest ją wymyc i uzdrowic.- mówiąc jej to nawet na nią ani razu nie spojrzał.
-Tak Prosze Pana.- kłania się i podchodzi do mnie. Łapie mnie pod ramię i gdzies prowadzi. Nie opieram się.
Obudziłam się w nieznanym mi dotąd miejscu, ale nie bałam się. Wiedziałam, że już nic gorszego mnie nie spotka niż smierc. Zsunęłam się z łóżka, powoli jak najbardziej było to możliwe przybliżyłam się do drzwi, położyłam dłoń na klamce, a one ustąpiły. Spojrzałam na swoje gołe stopy i zamarłam, na moim ciele nie było rzadnych siniaków ani zadrapań. Szłam korytarzem, oglądałam ze zdziwieniem obrazy i rozciągające się za oknami krajobrazy. Miałam lekko rozchylone usta, dotykałam wszystkiego co mnie inspirowało, czyli okno. Przecież dzieli ono, a ja widzę co za nim jest, jakie to dziwne, opuszkami palców przejechałam po materiale z którego powstało. Chciałabym byc wolna jak ten ptak co leci tam w obłokach chmur, usmiechnęłam się smutno, a po moich policzkach spłynęły pojedyncze łzy.
-Co ty tutaj robisz?!- krzyknął ktos z drugiej strony i niebiezpiecznie się do mnie zblirzał.
Wiedziałam dokładnie co mnie czeka i zrobiłam tylko to na co mnie stac, czyli kucnęłam i się skuliłam. Podszedł do mnie i pociągnął za rękę.
-Wstań.- wysyczał mi do ucha.- Kogo my tu mamy.- zasmiał się chisterycznie.- Isabel Sands.- złapał mnie za włosy i pociągnął ku sobie.
-Yhm.- ktos odkaszlną.- Nie przeszkadzam?- zapytał. Mężczyzna powoli się ze mną obrocił i znieruchomiał.
-Niee Proszę Pana. Już idę.- w jednej chwili mnie puscił, a sama ja się zatoczyłam i wpadłam w czyjes ramiona.
-Zgłos się do mnie dzis wieczorem.- powiedział zimnym głosem, a mnie wziął na ręce i zaniósł do pokoju.
-Dziękuję.- spojrzał na mnie zdziwiony, chyba wiedział że od tamtego dnia nie przemówiłam ani razu.
-Nie masz za co, zrobiłem to z własnej woli.- odpowiedział i odszedł.
Po jego wyjsciu zrobiłam to co zawsze, czyli zwinęłam się w kłębek i zasnęłam. Obudziłam się na jakiejs łąnce, było pięknie. Rozpostarłam ręce i zaczęłam się kręcic w koło, tak wolna nie czułam się już od szóstego roku życia. Usłyszałam warczenie, z całym impentem ruszyłam przed siebie, czuję pod stopami kamienie, potykam się, upadam, chce się podniesc, czuję straszny ból w nodze, a sama ona jest bezwładna. Rozgrzany oddech na skórze, czyjes ręce, zaczynam krzyczec jak opętana, łapie moje obydwie ręce, unieruchamia mi je nad głową, schyla się, wrzeszcze.
-Boli?- słyszę jego głos, nie odzywam się, dotyka delikatnie moją nogę, ból momentalnie ustaje, zaczynam się szarpac.- Nic Ci nie zrobię.- mówi łagodnie i delikatnie dotyka mojego policzka, zasypiam.
Budzę się z krzykiem. Nie wiem co się stało, ale strach mnie sparaliżował, tak bardzo się bałam. Czuję na sobie czyjs natarczywy wzrok, wstaję raptownie z łóżka, podchodzę do kąta i się kulę. Chcę się schowac przed całym swiatem, chcę odejsc z tego swiata, jestem nic nie wartym smieciem oskarżonym o morderstwo. Nic nie jest takie same jak tamtego dnia, wtedy byłam usmiechniętym dzieckiem z rodzicami, dzisiaj jestem cieniem lub nawet wrakiem człowieka. Po policzku spływa mi samotna łza, otwieram oczy, zamykam i znowu otwieram.
-Boisz się mnie?- przyjrzałam się dokładniej i dostrzegłam go, siedział i przyglądał mi się natarczywie. Nie miałam ochoty mu odpowiadac, od piątego roku życia boję sie tylko jednej rzeczy, mężczyzny z siekierą. Usmiechnął się zawiadiacko, wstał, stanął przy oknie.
-Wiem dlaczego to zrobił.- wypowiedział te słowa na tyle głosno, aby dotarły one do mnie. Wyprostowałam się, stanęłam i hardo spojrzała w jego oczy.
-Nic nie wytłumaczy tego co zrobił.- wysyczałam, czułam się wypruta ze wszystkich uczucic, ten potwór zniszczył całe moje zycie. Mężczyzna spojrzał na mnie i zatrzymał się na moich oczach.
-Mylisz się.- pokręcił głową.- Pamiętasz co krzyczał jak wbiegał do domu?- znieruchomiałam, w mojej glowie aż się kłębiło od mysli.
-Ale oni nimi nie byli.- po policzkach spłynęły mi słone krople łez.
-Owszem, ale on sądził inaczej. Wiesz dlaczego?- wbił we mnie swoje spojrzenie, przewiercając mnie na wylot. Opadłam na kolana, zasłoniłam oczy i zaczęłam krzyczec.
-Oni by żyli! To wszystko moja wina! Gdybym sprowadziła pomoc! Nienawidzę siebie!- poderwałam się z ziemi, po całym ciele przeszedł mnie paranoiczny ból. Skrzywiłam się, zacisnęłam pięsci i z całej siły uderzyłam w scianę. Słyszałam jak kosci mi pękają, a sciana telepie. Zaczynam się cofac, ale nie daję rady, upadam. Wszystko w około zaczyna się trząsc. Łapię się za gardło i zaciskam na nim swoje palce. Zaczyna brakować mi tchu, ciało drętwieje, serce się zatrzymuje i wszystko w około. Upadam bezwładnie w czyjes ramiona.
-Isabel Sands obudź się.- aksamitny głos prosi mnie abym go nie zostawiała. Otwieram ociężałe powieki, razi mnie ostre swiatło i zamykam je, mam ochotę zasnąć- Nie zasypiaj!- ktos mną potrząsa, znowu podnoszę powieki, ale czuję ciężar na sercu, zaczynam je znowu zamykać.- Dasz radę rozumiesz!- przez moje ciało przechodzą dreszcze, zaczynam się trząsć.
-Nie!- zaczynam krzyczeć, ten potwór mnie dotyka, czuję jego ręcę na swoim ciele.- Proszę! Proszę!- po policzkach spływają mi słone łzy.- Zostaw mnie!- macham rękoma jak opętana.- Błagam! Nie dotykaj mnie.- mówię to szeptem.
-Isabel uspokój się. Nie skrzywdzę Cię.- mężczyzna przytula mnie, pierwszy raz od tamtego dnia poczułam na sobie czyjes ciepło. Ciepło, którego się nie brzydziłam ani nie bałam. Mija minuta, dwie, trzy i tak zasypiam w JEGO ramionach.
Znów powraca sen, jednak tym razem jestem nad urwiskiem. Mam ochote zacząć krzyczeć w niebo głosy, boję się, że znów będą chceli mnie skrzywdzić. Obejmuje się ramionami i podchodze do brzegu, szaleje sztorm. Cofam się, ale cos staje mi na przeszkodzie.
-Wróciłas.- słyszę tuż przy swoim uchu. Chcę się wyrwać, lecz trzyma mnie za nadgarstki. Zaczynam się szarpać, wierzgać nogami.- Czas na Ciebie.- krzyczałam, wrzeszczałam, ale nic nie pomagało. W końcu poczułam ukłucie i osunęłam się na kolana. Nie mogłam poruszać ustami, nie miałam siły na ani jeden ruch. Widzę jak ktos kuca przed mną, to mężczyzna.-To było dla twojego dobra.- szepcze, odgarniając kosmyk włosów z mojej twarzy. Nachyla się nad mną, przeżywam szok.- Jestem twoim bratem.- budzę się, cała oblana potem.
-Nie! Nie to nie prawda!- przecieram oczy.
-Spokojnie, połóż się.- słyszę jego łagodny głos. Robię to co mi każe, ale oczy nadal mam otwarte.- Sprobuj zasnąć.- mówi głos z oddali. Przechylam głowę i widzę go, stoi tyłem do mnie, a przodem do okna. Skupiam wzrok na jego ramionach i tak zasypiam, tym razem nic mi się nie sni, może to z powodu przemęczenia lub JEGO, ale tej mysli do siebie nie dopuszczam.
Budzę się w srodku nocy nie mogąc już zasnąć, rozglądam się po pokoju i zaczynam płakać.
-Dlaczego płaczesz?- szybko przecieram ręką łzy udając, że spie. Poczułam jak łóżko ugina się pod JEGO ciężarem, a następnie jak ktos mnie obejmuje. Podskoczyłam, chciałam wstać, ale mnie przytrzymał.- Dlaczego płaczesz?- powtórzył pytanie. Po moich policzkach zaczęły płynąć łzy wielkosci grochu.
-Ja...- zaczęłam się trząsć i płakałam jak zawsze gdy brakowało mi kogos kto by mnie kochał. Nie zadawał pytań, nie dociekał tylko obrócił mnie twarzą do siebie i objął. Po godzinie się jakos uspokoiłam.- Płaczę, bo nie daję już rady psychicznie, brakuje mi osoby, która by mnie kochała.- powiedziałam mu to prosto w oczy, a w moich pojawiły się łzy. Szybko się zreflektowałam i odskoczyłam od NIEGO.-Ja... ja przepraszam.- wyszeptałam i zasnęłam.
-Słyszy mnie Pani?- słyszę kogos, zrywam się i staje na równe nogi. Schylam głowę i czekam na karę.- Pani za mną.- podnoszę wzrok i nieruchomieje, stoi przed mną starsza kobieta, która patrzy się na mnie z czułoscią w oczach. Skinęłam głową na znak zgody.
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania