Ja i ja (1)

Doktor Lieblin wszedł do sali numer 12 z promiennym uśmiechem na twarzy. Był bardzo radosnym człowiekiem, mimo, że na co dzień pracował z ludźmi chorymi psychicznie. Uważał, że jego praca to prawdziwe powołanie. Pomógł wielu ludziom z zaburzeniami umysłowymi, uwielbiał to robić. Czuł się potrzebny i pomocny, a to było dla niego bardzo ważne.

- Dzoeń dobry, panie Auguście - uśmiehnął się do swojego pacjenta - Jak się dzisiaj czujemy?

- Fantastycznie - mężczyzna wskazał na otwarte okno - Pięknie jest na dworze, nie?

- Tak, dziś jest wyjątkowo pogodny dzień. Może chciałby pan potem wyjść na zewnątrz?

- Mogę?! - ucieszył się August - Jeśli się pan zgodzi, to tak! Bardzo bym chciał.

- Wie pan co? - zamyślił się Lieblin - Mam tutaj takiego młodego lekarza, pana Morgana. Dopiero zaczyna jako psychiatra, wspaniały z niego chłopak. Może mógłby się panem zaopiekować? Byłby pan jego pierwszym podopiecznym, że się tak wyrażę.

- O tak, cudownie! - August zarumienił się z radości - Chciałbym go poznać.

- Dobrze, w takim razie pójdę po niego. Proszę tu chwilkę zaczekać!

Doktor wypadł z sali. Podekscytowany August wstał, by dokończyć ubieranie się. Zapiął jasnofioletową koszulę i włożył pasek do spodni w tym samym kolorze. Uwielbiał takie pastelowe barwy, zresztą nawet lekarz zalecał mu wkładanie ubrań w ładnych, radosnych kolorach. August lepiej się w nich czuł.

- Proszę bardzo - doktor Lieblin wszedł do sali, za nim kroczył młody, niskawy lekarz w białej koszuli i kitlu oraz czarnych spodniach - Pan Witt Morgan. A to twój pierwszy podopieczny, kochanie, pan August.

- Witam, bardzo miło mi pana poznać - uśmiechnął się młody lekarz - Mam nadzieję, że mnie pan polubi.

- Na pewno - ucieszył się pacjent.

Panowie uściskali sobie ręce, patrząc sobie w oczy. Witt doskonale wiedział, jak ważne jest patrzenie choremu psychicznie w oczy.

- Świetnie. Pan August zjadł już śniadanie, więc możecie wyjść na dwór. Tylko na siebie uważajcie, dobrze?

- Oczywiście - Witt wziął Augusta pod ramię - To co, idziemy?

- Tak!

 

Na dworze było bardzo ciepło. Niebo było idealnie czyste, bez ani jednej chmurki, za to Słońce przygrzewało coraz mocniej.

- Jak ciepło - ucieszył się August.

- Jest dopiero 9 rano, potem będzie goręcej - Witt poklepał go po ramieniu - Zobaczysz. Gdzie chcesz pójść?

- Sam nie wiem - mężczyzna zamyślił się - A co polecasz?

- Hm... Może przejdźmy się do oczka wodnego, jest niedaleko. Tam sobie usiądziemy i porozmawiamy, co ty na to?

- Świetny pomysł! Chodźmy!

Zeszli na szeroką, żwirową ścieżkę. Przeszli kawałek i przekroczyli bramę wejściową do ogrodu.

Obok sporego szpitala, albo może poprawniej kliniki psychiatrycznej w Wiedniu znajdował się wielki ogród, potocznie nazywany botanicznym. Było tam mnóstwo przeróżnych roślin, pochodzących z wielu zakątków świata. W ogrodzie były także jeziora, stawy, dużo pięknych altanek, pola pełne kolorowych, pachnących kwiatów, oczka wodne i szklarnie, w których rosły zarówno rośliny jadalne, jak i te nie nadające się do spożycia. Ogród wyglądał wspaniale i był naprawdę piękny.

Niektórzy zastanawiali się, dlaczego ktoś wybudował ogród dla chorych umysłowo ludzi. W końcu to też może być dla wielu z nich zagrożenie. No bo co będzie, jak ktoś niechcący (albo właśnie specjalnie) wpadnie do stawu i nie daj Boże się utopi?

Poprzedni dyrektor kliniki kazał go przy niej wybudować, kiedy tylko został powołany na swoje stanowisko. Uważał, że ogród bardzo pomoże pacjentom. Nie pomylił się. Ich placówka stała się bowiem najbezpieczniejszym miejscem do leczenia chorych psychicznie ludzi. W ogrodzie przy klinice nie zginął ani jeden pacjent, wszyscy byli szczęśliwi, kiedy dowiedzieli się, że nie będą już musieli całych dni spędzać w zamknięciu. Byli oczywiście dobrze pilnowani.

Obecny dyrektor kliniki był dobrym znajomym swojego poprzednika i w pełni podzielał jego zdanie na temat ogrodu przy szpitalu. Pięlęgnował go i doprowadził do jego znacznego rozrostu, był bardzo szczęśliwy, mogąc sprawiać chorym przyjemność.

- Piękny ogród - powiedział Witt, rozglądając się dookoła.

- Prawda?

- Lubisz tu przychodzić, co? - młody lekarz uśmiechnął się do Augusta.

- O tak, uwielbiam! Powiedz, jak to się stało, że zostałeś psychiatrą?

Witt zarumienił się.

- Prawdę mówiąc medycyna nigdy mnie jakoś nie interesowała. Kiedy miałem 15 lat, odkryłem, że pociągają mnie tematy związane z chorobami psychicznymi. Bardzo mnie to zaciekawiło. Zacząłem czytać mnóstwo różnych książek o tych schorzeniach, rozmawiałem z psychiatrami. Swego czasu miałem na tym punkcie prawdziwą obsesję.Powiedziałem o tym mojemu tacie. Zabrał mnie do szpitala psychiatrycznego, żebym zobaczył, jak tam jest. To była taka mała, wiedeńska placówka, ona nadal funkcjonuje. Kiedy tam wszedłem, byłem w szoku. Było tam cicho, ale już po chwili usłyszałem straszny wrzask. Potem z jednej sali wypadł lekarz, wołał pielęgniarkę. Zajrzałem do środka i zobaczyłem coś strasznego - obok łóżka stał rozwścieczony mężczyzna, był cały czerwony na twarzy. W rękach trzymał linę, pewnie był nią przywiązany do łóżka. Ubrany był bardzo niechlujnie, wyglądał, jakby coś go przejechało, szczerze mówiąc. Jak lekarz i pielęgniarka wbiegli do sali, to zaczął okropnie wrzeszczeć i gryźć tą linę jak zwierzę. Lekarz podszedł do niego i szybko wbił mu strzykawkę w ramię. Po chwili ten pacjent zemdlał.

Kiedy doktor wyszedł, zapytałem go, co to za człowiek. Powiedział, że to żołnierz i że niedawno wrócił z wojny. Cierpiał na taką chorobę, która powoduje, że ktoś myśli, iż każda osoba to przebrany przestępca, który zmienia tożsamość, bo chce go złapać i zrobić mu krzywdę. Powiedział też, że przed chwilą miał atak i że musieli go uśpić. Po tym wydarzeniu długo myślałem i w końcu podjąłem decyzję, że zostanę psychiatrą. Chciałem pomagać chorym umysłowo ludziom. Poszedłem do liceum, potem na studia medyczne. Jeszcze się dokształcam. Pewien profesor polecił mi tą klinikę, mówił, że jest świetna. Faktycznie, miał rację. Przyszedłem tu i można powiedzieć, że zakochałem się w tym miejscu od pierwszego wejrzenia. Pogadałem z dyrektorem i tak się tu znalazłem.

- Niezwykłe - westchnął August - Jaka piękna historia... Oczywiście w pewnym sensie.

- A ty? Jak się tutaj znalazłeś? - spytał z ciekawością Witt.

- Bo podobno jestem wariatem - zaśmiał się mężczyzna - Mój syn mnie tu przywiózł. Bardzo się zaniepokoił, kiedy zobaczył, że rozmawiam z Adolfem.

- Kto to jest?

- To mój najlepszy przyjaciel i kochanek - uśmiechnął się August - Mój syn powiedział mi kiedyś, że go nie ma, rozumiesz?! Adolf też był zdziwiony.

Witt popatrzył na niego ze zdziwieniem. Po chwili zrozumiał.

- Rozumiem - uśmiechnął się - Ale skoro tak powiedział, to pewnie miał powód. Może naprawdę nie widział twojego przyjaciela?

- Jak to nie widział? - oburzył się August - Oczywiście, że widział. Wszyscy robią wszystko, żeby zrobić ze mnie szaleńca! Nie jestem wariatem! Jestem zupełnie normalnym człowiekiem, Adolf też!

- Spokojnie, nie denerwuj się - uspokoił go Witt - Przecież nie powiedziałem, że jesteś nienormalny.

- Adolf istnieje naprawdę! - August zdenerwował się nie na żarty - Zresztą przyjdzie do mnie dzisiaj wieczorem, sam zobaczysz. Poznacie się. I wszyscy się przekonają, że jestem zupełnie normalny! I Adolf też!

- Spokojnie, może usiądziesz? Tu jest staw.

- Mogę usiąść. Tylko nie chcę więcej o tym słuchać! Adolf istnieje i wszystkim wam to udwodnię! Nie pozwolę zrobić z siebie wariata!

- Oczywiście - Witt poklepał go po plecach - Rozumiem.

Obaj usiedli obok siebie. Witt w zamyśleniu podrapał się po głowie.

- Powiedz mi, kim jesteś z zawodu? - spytał.

- Z zawodu jestem jubilerem. Kiedy byłem bardzo młody, poszedłem do wojska, ale to był obowiązek. Swoje cztery lata odsłużyłem! Potem zostałem jubilerem, jak mój tata.

- A kiedy poznałeś Adolfa?

- W wojsku. A dokładniej na poligonie.

- To fantastycznie - uśmiechnął się Witt - On też tam był?

- Tak. Czuł się tak samo samotny, jak ja. Obaj się baliśmy. Mieliśmy bardzo surowego dowódcę i ciężko ćwiczyliśmy. Strasznie bałem się ćwiczeń, zwłaszcza, gdy uczyli nas strzelać. To było okropne! Na szczęście Adolf sprawił, że nie czułem się samotny.

- Świetnie!

Witt popadł w zamyślenie. Postanowił wypytać doktora Lieblina o szczegóły dotyczące Augusta. Przypadek wydawał się niezwykle interesujący.

Zrobiło mu się też jednak żal tego człowieka.

- Pomocy!

Panowie gwałtownie się obrócili. Jakiś chłopak za nimi biegał po ścieżce, wymachując rękami.

- Zaczekaj tu momencik, dobrze? - Witt poklepał Augusta po plecach - Zaraz wracam!

- Dobrze. Tylko ostrożnie!

- Obiecuję!

Średnia ocena: 4.0  Głosów: 4

Zaloguj się, aby ocenić

Komentarze (4)

  • Joanna Gebler rok temu
    Bardzo podoba mi się to opowiadanie. W sumie nigdy nie czytałam nic o podobnej tematyce, więc to miła odmiana :)
  • Klaudunia rok temu
    Bardzo dziękuję, miło mi to słyszeć : )
  • No, tym razem długość dobra. Sam temat opowiadania również i zaciekawił mnie. Będę czytał z równie wielką chęcią co "Milicjanta". Łap 5 :)
  • Klaudunia rok temu
    Wielkie dzięki!

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania