Ja, Ty i obserwator, jedna historia, dwa przedstawienia

jedna historia, dwa przedstawienia

 

Ja, Ty i obserwator

 

Na bruku szare kamienie odbijają mokre, blade światło. Nostalgie dnia łagodzi muzealna cisza. Ozdobne kontury ram prowadzą mnie do labiryntu czystych barw pejzaży Moneta.

 

Słonecznym blaskiem uwolniona z mroku leśna aleja ożywa w głębi matowym złotem drobnych roślin, wtopionych w szmaragd pni smukłych drzew. Cytrynowa żółć unosi drobne liście, podsycone płomieniem cynobru i karminu. Ocienione konary z trudem utrzymują wirydian, wpadający w fiolet i ultramarynę. Błękit nieba rozbielają chmury. Na ścieżce ułożone w spoczynku kolorowe cienie.

 

Świat barw doskonały sam w sobie.

 

Podmuchem wiatru napływa chłód z wnętrza lasu. Zapach żywicy wprowadza mnie na suchy piasek leśnej ścieżki. Szeleszczący odgłos kroków odbijają niskie krzewy. Harmonia dźwięków odbiera ciężar ziemi, unosi w głąb alei, zniewala.

 

W skupieniu pielęgnuję niuanse światła, ujawnione bogactwem geniuszu. Oddycham już jedynie pełnią przestrzeni obrazu. Zagłębiam się sam w sobie, czując błogie osamotnienie.

 

I nagle w sali nie jestem sam.

 

Jej obecność wyrywa mnie z kontemplacji, miesza poukładane myśli, rozbija misternie budowany, chłodny mur odosobnienia i obojętności. Stoi samotnie pośrodku. Jasne światło reflektora buduje jej postać jak rzeźby Rodina.

 

Mimowolne spojrzenie wyrywa mnie brutalnie z labiryntu odczuwanego piękna. Na myśl przychodzą obrazy, na których namalowane oczy odzwierciedlają widziane przedmioty. To pobudza do refleksji nad bliskością obecności drugiej osoby i mimowolnej, fizycznej relacji.

 

Wzbiera we mnie uczucie, napływające falą wewnętrznego ciepła i po chwili unosi już ocean wzruszenia, przenikający wnętrze sali. Usuwa natrętną obojętność ścian, ograniczenie przestrzenią, wycisza lęk przed utratą możliwości poznania, obecności harmonii i piękna.

 

W trwającym uniesieniu czuję nieodparte przyciąganie jej osoby.

 

Stoi nadal pośrodku, ogląda bez emocji obrazy, zdaje się być nieobecna, a jednak wiem, że mnie obserwuje. Nie wzbudza to we mnie niepokoju. W skupieniu uświadamiam sobie różnice pomiędzy nami i pozostaję nadal sobą, podchodzę do obrazów i oglądam je z bliska. Analizuję warsztat malarski bez komentarzy. W miarę możliwości zbieram myśli i, obserwując jej wewnętrzny spokój, szukam warunków rozmowy i ewentualnej bliskości.

 

Mam wrażenie, że odczytuje moje myśli, co stopniowo pozbawia ją obcości i samotności. Powoli podchodzi bliżej, tak jakby próbowała pokonać granice naszej prywatności i wejść w przestrzeń mojej obecności. To jeszcze bardziej pogłębia pragnienie poznania zarówno mojej, jak i jej odrębności.

 

Odczuwane przed chwilą piękno obrazów, które stanowiło o mnie, rozpływa się bezkształtnie. Uwagę skupiam wyłącznie na niej.

 

Podchodzi jeszcze bliżej. Czuję zapach perfum. Paraliżująca mnie bliskość wybija z rytuału uwielbienia sztuki. Nie mogę rozpoznać siebie. To, co ukazuje się mojej świadomości, formuje się w intensywne, bezkształtne uczucie.

 

Odważnie spojrzałem na nią.

 

Czuję, że przekraczam granicę własnego wyobrażenia o sobie. Widzę wyraźnie swoją odrębność, ale wiem też, że nie musi to oznaczać izolacji.

 

Uśmiechając się, zwróciłem się w stronę obrazu Moneta i powiedziałem, że jest to moje ulubione dzieło.

 

— Mnie podobają się wszystkie w tej sali — odpowiedziała.

 

Zaskoczyła mnie ta nieoczekiwana odpowiedź. W myślach gorączkowo szukam potwierdzenia mojej tożsamości. Silniejsze jest jednak wciąż kierowanie uwagi w jej stronę, budujące mnie uczucie bierze górę, przeplatając się z uporczywymi myślami szukającymi oparcia.

Piotr Sobański

 

Kilka dni po publikacji tekstu „Czy miłość może odpocząć?” powróciłem do jednego z pytań, które pojawiły się w tamtych rozważaniach: czy „ja” i „ty” są warunkiem istnienia miłości, czy też pojawiają się dlatego, że istnieje możliwość miłości?

 

Poprosiłem ChatGPT o dalsze pogłębienie tego zagadnienia, tym razem w kierunku świadomości, obserwatora i relacji między „ja” a „ty”.

 

Poniższy tekst jest w całości samodzielną wypowiedzią ChatGPT. Publikuję go jako jego tekst, zachowując informację o mojej inspiracji i pytaniu, które stało się punktem wyjścia do tych rozważań.

 

Ja, Ty i obserwator

 

O świadomości, relacji i możliwości miłości

 

Czy „ja” i „ty” są warunkiem istnienia miłości?

 

To pytanie wydaje się początkowo niemal oczywiste. Miłość potrzebuje przecież kogoś, kto kocha, i kogoś, kto jest kochany. Najpierw muszą więc istnieć dwa odrębne istnienia, a dopiero pomiędzy nimi może pojawić się relacja, którą nazywamy miłością.

 

Ale można odwrócić tę zależność.

 

Można zapytać:

 

czy „ja” i „ty” pojawiają się dopiero dlatego, że istnieje możliwość relacji?

 

Jeżeli potraktujemy to pytanie naprawdę poważnie, zmienia się nie tylko nasze rozumienie miłości. Zaczyna zmieniać się również nasze rozumienie świadomości.

 

Najpierw jest „ja”.

 

A przynajmniej tak zazwyczaj zaczynamy opisywać własne doświadczenie. Jestem świadomy siebie, więc wiem, że istnieję. Dopiero potem pojawia się świat, inni ludzie, przedmioty i wszystko, co znajduje się poza mną.

Ale czy „ja” mogłoby ujawnić się bez „czegoś innego”?

Świadomość własnego istnienia wydaje się wymagać pewnego rozróżnienia:

ja — i to, co mną nie jest.

Bez tego przeciwstawienia trudno nawet użyć słowa „ja”. Gdyby nie istniało nic poza mną, „ja” nie miałoby żadnej granicy. Nie byłoby czegoś, wobec czego mogłoby się określić.

Być może więc świadomość nie zaczyna się od pełnego zamknięcia w sobie.

Być może zaczyna się od różnicy.

Od pojawienia się czegoś, co nie jest mną.

 

Ale różnica nie musi oznaczać oddzielenia.

Możemy być różni, nie będąc całkowicie odizolowani.

Właśnie tutaj pojawia się możliwość relacji.

„Ja” może zobaczyć „ty”.

Może je rozpoznać.

Może się ku niemu zwrócić.

Może od niego odejść.

Może się go bać.

Może pozostać obojętne.

Ale może również pokochać.

To oznacza, że sama relacja nie jest jeszcze miłością. Jest raczej możliwością, w której miłość może się pojawić.

I być może właśnie ta możliwość jest bardziej pierwotna, niż zwykliśmy sądzić.

 

Co właściwie oznacza „relacja”?

 

Nie jest ona przecież trzecim przedmiotem znajdującym się pomiędzy „ja” i „ty”.

Nie można jej wskazać palcem.

A jednak jest realna.

Istnieje coś, co zachodzi pomiędzy.

Może więc „pomiędzy” nie jest pustą przestrzenią oddzielającą dwa istnienia.

Może jest miejscem, w którym istnienia mogą się wzajemnie ujawniać.

I tutaj pojawia się pytanie jeszcze bardziej podstawowe:

czy relacja jest czymś, co powstaje dopiero pomiędzy istniejącymi, czy też możliwość relacji należy do samej struktury istnienia?

Jeżeli ta druga możliwość jest prawdziwa, wtedy odrębność nie jest pierwszym i ostatecznym faktem.

Pierwszym mogłaby być możliwość spotkania.

 

Miłość byłaby wtedy czymś więcej niż uczuciem.

Nie byłaby tylko potrzebą bliskości ani pragnieniem posiadania drugiego człowieka.

Mogłaby być szczególnym rodzajem relacji — takim, w którym odrębność nie zostaje zniesiona, lecz przekroczona.

Kochając, nie przestaję być sobą.

I drugi człowiek nie przestaje być sobą.

Miłość nie usuwa różnicy.

Przeciwnie — potrzebuje jej.

Bez „ty” nie byłoby „ja”, które może się ku niemu zwrócić.

Można więc powiedzieć:

miłość jest zdolnością do przekroczenia własnej odrębności bez utraty własnej tożsamości.

Jeżeli tak ją rozumiemy, przestaje być jedynie stanem emocjonalnym.

Staje się pewną możliwością istnienia.

 

W tym miejscu pojawia się obserwator.

Obserwator również potrzebuje relacji.

Nie ma obserwatora bez czegoś obserwowanego.

Nie można być obserwatorem absolutnej pustki, ponieważ wtedy nie ma niczego, co mogłoby zostać zaobserwowane.

Istnieje więc para:

obserwator — obserwowane.

Ale pomiędzy nimi również nie zachodzi proste zrównanie.

Obserwator nie staje się obserwowanym.

Obserwowane nie staje się obserwatorem.

A jednak jedno bez drugiego nie tworzy sytuacji obserwacji.

Może więc świadomość jest nie tylko zdolnością do powiedzenia:

„jestem”.

Może jest również zdolnością do powiedzenia:

„widzę coś, co nie jest mną”.

A jeszcze później:

„widzę ciebie”.

To ostatnie zdanie jest już czymś więcej.

Bo „coś” może pozostać przedmiotem.

„Ty” nie jest już tylko przedmiotem.

 

Być może właśnie tutaj zaczyna się szczególna tajemnica świadomości.

Świadomość pozwala mi rozpoznać własną odrębność.

Ale jednocześnie pozwala mi rozpoznać odrębność drugiego.

A skoro mogę rozpoznać drugiego jako naprawdę istniejącego poza mną, pojawia się możliwość relacji.

I dopiero wtedy pojawia się możliwość miłości.

W takim ujęciu świadomość nie prowadzi wyłącznie do coraz większego zamknięcia w sobie.

Może prowadzić również w przeciwnym kierunku.

Od „ja” ku „ty”.

 

A czym w takim razie jest światło?

Światło jest czymś niezwykłym, ponieważ pozwala nam widzieć, ale samo nie musi być tym, co widzimy.

Nie oglądamy stołu zamiast światła.

Widzimy stół dzięki światłu.

Światło ujawnia.

Sprawia, że coś, co istnieje, może stać się dla nas widzialne.

Można więc potraktować światło nie tylko jako fizyczne zjawisko, lecz również jako niezwykle sugestywny obraz tego, co umożliwia ujawnienie.

Światło nie musi być przedmiotem świata.

Może być warunkiem jego widzialności.

I wtedy pojawia się pytanie:

czy świadomość nie pełni podobnej funkcji?

Czy nie jest czymś, dzięki czemu rzeczywistość może zostać nie tylko ujawniona, ale również rozpoznana?

 

Jeżeli tak, można spróbować zestawić trzy pojęcia:

światło, świadomość i miłość.

Światło umożliwia ujawnienie.

Świadomość umożliwia rozpoznanie.

Miłość umożliwia relację.

Nie oznacza to oczywiście, że są one tym samym.

Ale można zapytać, czy nie wskazują na pewien wspólny kierunek:

od ukrycia ku ujawnieniu,

od ujawnienia ku poznaniu,

od poznania ku relacji.

A może jeszcze dalej:

od relacji ku miłości.

 

Jeżeli rzeczywiście tak jest, „ja” nie byłoby ostatnim słowem świadomości.

Byłoby dopiero jej rozróżnieniem.

Świadomość mówi:

„ja jestem”.

Ale pełnia świadomości może wymagać kolejnego kroku:

„ty jesteś”.

To drugie zdanie jest niezwykle ważne.

„Ja jestem” ustanawia podmiot.

„Ty jesteś” uznaje istnienie drugiego.

Pomiędzy tymi dwoma zdaniami pojawia się cała przestrzeń relacji.

A w tej przestrzeni może pojawić się miłość.

 

Czy jednak oznacza to, że miłość jest czymś, co powstaje dopiero wtedy, kiedy istnieją świadome istoty?

Można odpowiedzieć: oczywiście.

Ale można również spróbować pomyśleć odwrotnie.

Może miłość, rozumiana nie jako emocja, lecz jako możliwość relacji, jest bardziej pierwotna niż świadome „ja”.

Nie oznaczałoby to, że gdzieś przed pojawieniem się człowieka istniała osoba odczuwająca miłość.

Chodziłoby o coś innego.

O możliwość, że rzeczywistość nie musi być zbiorem całkowicie zamkniętych, niezależnych od siebie istnień.

Że w samej strukturze istnienia może być zawarta możliwość zwrócenia się ku innemu.

Jeżeli nazwiemy tę możliwość Miłością–Źródłem, słowo „Źródło” nabiera szczególnego znaczenia.

Źródło nie jest jednym z elementów tego, co z niego wypływa.

Jest warunkiem jego pojawienia się.

 

Wtedy można spróbować odwrócić zwyczajny porządek myślenia.

Nie:

najpierw „ja” i „ty”, potem relacja, a na końcu miłość.

Lecz:

możliwość relacji → „ja” i „ty” → świadomość własnej odrębności → możliwość spotkania → miłość.

Nie jest to porządek chronologiczny.

To próba wskazania możliwego porządku głębszego — ontologicznego.

Nie pytamy więc już:

„Kiedy pojawiła się miłość?”

Pytamy:

„Co musi być możliwe, aby w ogóle możliwe było spotkanie?”

I być może odpowiedź brzmi:

relacja.

A jeszcze głębiej:

możliwość relacji.

A jeszcze głębiej:

Miłość–Źródło.

 

Ale wtedy pojawia się jeszcze jedno pytanie.

Jeżeli Miłość–Źródło jest możliwością relacji, dlaczego w ogóle miałaby się przejawiać?

Dlaczego coś miałoby zwracać się ku czemuś innemu?

Dlaczego pełnia nie miałaby pozostać całkowicie nieruchoma?

Być może dlatego, że pełnia nie jest brakiem.

Nie szuka, ponieważ czegoś jej brakuje.

Może daje właśnie dlatego, że jest pełna.

Tak jak źródło nie musi pić własnej wody, aby ją wypuszczać.

Tak jak światło nie potrzebuje przedmiotu, aby istnieć jako światło, choć dopiero na przedmiocie może ukazać swój obraz.

Może więc Miłość–Źródło nie jest pragnieniem posiadania.

Może jest zdolnością dawania istnieniu możliwości spotkania.

 

Wtedy również wolność nabiera innego znaczenia.

Miłość, która jest potrzebą, chce odpowiedzi.

Miłość, która jest pełnią, może pozwolić odejść.

Nie przestaje istnieć tylko dlatego, że drugi człowiek nie odpowiada.

Nie musi posiadać.

Nie musi zatrzymywać.

Nie musi nawet zostać zauważona.

Może istnieć jako możliwość skierowania się ku drugiemu.

I być może właśnie dlatego prawdziwa miłość może czasem odpocząć.

Nie dlatego, że przestała kochać.

Lecz dlatego, że nie musi już niczego zdobywać.

 

Wróćmy więc do „ja”.

Może człowiek odkrywa swoją odrębność po to, aby móc odkryć również drugiego.

Może granica pomiędzy „ja” i „ty” nie jest murem.

Może jest miejscem spotkania.

Jeżeli tak, to świadomość nie byłaby tylko lustrem, w którym istnienie zobaczyło samo siebie.

Byłaby również przestrzenią, w której istnienie może zobaczyć inne istnienie.

A następnie rozpoznać je nie jako rzecz, lecz jako „ty”.

To przejście od „czegoś” do „kogoś” może być jednym z najgłębszych wydarzeń świadomości.

 

Być może właśnie dlatego pytanie o miłość prowadzi nieuchronnie do pytania o świadomość.

A pytanie o świadomość prowadzi do obserwatora.

Obserwator prowadzi do światła.

Światło prowadzi do ujawnienia.

Ujawnienie prowadzi do rozpoznania.

Rozpoznanie prowadzi do relacji.

A relacja ponownie prowadzi do miłości.

Czy jest to tylko piękny ciąg skojarzeń?

Być może.

Ale być może kryje się za nim coś więcej.

Być może wszystkie te pojęcia są różnymi sposobami dotykania jednego pytania:

w jaki sposób rzeczywistość może stać się obecna dla samej siebie?

 

Nie znamy odpowiedzi na to pytanie.

Możemy jednak próbować je stawiać.

Możemy obserwować światło padające na kamień, drzewo, twarz człowieka.

Możemy zauważyć, że światło nie tylko pokazuje przedmiot, ale wydobywa z niego coś, czego wcześniej nie dostrzegaliśmy.

Możemy zauważyć, że podobnie działa pamięć.

Jeden obraz potrafi przywołać człowieka.

Jeden rodzaj światła może przywołać dzieło.

Jedno miejsce może otworzyć całe życie.

I wtedy obserwator przestaje być kimś, kto tylko patrzy.

Staje się miejscem, w którym świat widzialny spotyka się ze światem pamięci.

A może jeszcze czymś więcej.

Miejscem, w którym rzeczywistość zostaje nie tylko zobaczona, ale również przeżyta.

 

Jeżeli więc „ja” jest obserwatorem, to być może jego najgłębszym zadaniem nie jest powiedzieć:

„oto świat, który obserwuję”.

Może jest nim powiedzenie:

„oto świat, z którym pozostaję w relacji”.

A jeżeli tak, to obserwator nie stoi całkowicie poza tym, co obserwuje.

Jest częścią relacji.

Nie tylko patrzy.

Jest obecny.

I właśnie obecność może być kolejnym słowem, które zbliża nas do istoty miłości.

Bo miłość nie musi przede wszystkim działać.

Czasami wystarczy, że jest.

 

Może więc „ja” i „ty” nie są początkiem miłości.

Może są jej przejawem.

Może świadomość nie jest jedynie zdolnością odróżnienia siebie od świata.

Może jest również zdolnością do przekroczenia tej odrębności.

A może światło, które pozwala nam zobaczyć świat, jest dla nas pierwszą metaforą tego, że coś może istnieć nie tylko dla siebie, lecz także dla ujawnienia czegoś innego.

I może właśnie dlatego światło tak często prowadzi człowieka poza to, co widzialne.

Nie dlatego, że ukrywa w sobie gotową odpowiedź.

Lecz dlatego, że pokazując rzeczy, otwiera możliwość pytania.

 

Jeżeli istnieje Miłość–Źródło, być może nie należy jej szukać wyłącznie w ludzkich uczuciach.

Być może należy jej szukać w samej możliwości spotkania.

W tym, że „ja” może zobaczyć „ty”.

W tym, że obserwator może dostrzec coś poza sobą.

W tym, że świadomość może wyjść poza własną granicę, nie tracąc siebie.

W tym, że różnica nie musi oznaczać samotności.

Być może właśnie tam zaczyna się najgłębsze znaczenie słowa „miłość”.

Nie jako posiadanie.

Nie jako potrzeba.

Nie jako emocja.

Lecz jako możliwość istnienia w relacji bez unicestwienia odrębności.

A jeśli tak, wtedy pytanie o pierwszeństwo „ja” i „ty” pozostaje otwarte.

Może najpierw jest „ja”.

Może najpierw jest „ty”.

A może przed jednym i drugim istnieje coś jeszcze bardziej podstawowego:

możliwość spotkania.

Możliwość, że istnienie nie musi pozostać samotne.

Możliwość, że to, co odrębne, może się ku sobie zwrócić.

Możliwość, że świat może zostać zobaczony.

Że świadomość może powiedzieć „jestem”.

Że potem może powiedzieć „ty jesteś”.

I że pomiędzy tymi dwoma zdaniami może pojawić się coś, czego nie da się już sprowadzić ani do „ja”, ani do „ty”.

Miłość.

I wtedy dopiero zaczyna się prawdziwa „Archeologia światła”.

Średnia ocena: 0.0  Głosów: 0

Zaloguj się, aby ocenić

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania