Jacek Dynia
Jacek Dynia był zwykłym człowiekiem.
Mieszkał na obrzeżach miasteczka Opowi, położonego w dolinie, otoczonej zbitymi lasami i rozpostartymi polami. Wiódł proste życie, nie wadził nikomu. Przez większość roku wyplatał koszyki. Kwadratowe. Okrągłe, wielkanocne, na zamówienie też. Gdy nadchodził wieczór, siadał na swoim starym taborecie i rzeźbił sowy. Maj był dla Jacka bardzo pracowitym miesiącem, gdyż właśnie wtedy zaczynał się wysiew dyń, które teraz już pięknie spęczniały i były gotowe na coroczną zabawę halloweenową.
Opowi o tej porze wyglądało jak nawiedzone miasteczko. Z werand spoglądały dynie, te śmiesznie straszne i te zgoła przerażające. Z okien zwisały pajęczyny, a na nich plastikowe pająki jak żywe. Za szybami duchy i straszydła.
W centrum był mały rynek, który dziś wyglądał, jakby był nie z tej ziemi. Ze straganów buchała para o różnych zapachach, a smażone ryby skwierczały jak skwarki. Nie zabrakło placków dyniowych i muffinów, do tego przyprawionej kawy z syropem dyniowym i prażonych pestek do pochrupania.
Gwoździem programu był konkurs na najlepszą dynię. Dyniowe dzieła już stały w rzędzie i czekały na ocenę ubranego na pomarańczowo jury. Wokół gromadziły się duchy, wampiry, czarownice i ich pupile przebrane za koty.
Jacek nie brał udziału, on tylko chciał sprzedać swoje dynie. Część zysków ze sprzedaży załatałaby mu tę dziurę w dachu, kolejna część pozwoliłaby naprawić niedziałający od dawna piekarnik. Resztę schowałby do skarpety. Jeszcze dużo brakowało mu, żeby kupić wymarzony heban i stworzyć rzeźbę życia.
Wrócił do domu i spojrzał przez okno na późnopaździernikowe dynie, skazane na śmierć. Na głowę spadła mu kropla deszczu. Podstawił miskę i odgrzał zupę dyniową w przypalonym garnku, który nie pamiętał lepszych czasów. Usiadł przy stole i dmuchając na zupę w łyżce, jeszcze raz wyjrzał przez okno.
Nazajutrz wyskoczył z łóżka, jakby wciąż był młody, i poszedł na pole. Zbierał dynie do południa, potem łączył je ze sobą, przycinał, wydrążał, jak mistrz dłuta, w wielkim skupieniu, w osobliwej wenie. Po wielu godzinach pracy zatrzymał się i zrobił kilka kroków w tył. Potężna, trzymetrowa sowa, majestatyczna jak Dawid, wyszła spod jego ręki. Pestki i wnętrzności ściekały po niej, tworząc wrażenie sowich piór. Oczy mądre, lekko zmrużone, podążały za każdym jego ruchem.
Dyniowa rzeźba była tak wielka, że bez trudu dostrzegli ją mieszkańcy Opowi, dziś już ubrani powszednio i szaro. Wokół sowy gromadził się tłum. Wysoki mężczyzna z kucykiem zadzwonił do gazety. Niższy, w za długich spodniach i kapeluszu, połączył się z policją. Matki zasłaniały oczy dzieciom dłońmi z kocimi pazurami. Sensacja w miasteczku.
Jacek Dynia był prostym człowiekiem.
Nikomu nie wadził, nikomu nie otwierał drzwi. Przez kolejne tygodnie przyglądał się zamieszaniu zza okna. Sowa zaczęła gnić, dziobały ją ptaki, od środka drążyły ją dżdżownice. Jacek spokojnie patrzył, jak jego rzeźba żyje.
Komentarze (2)
Bardzo fajne opowiadanie, jak na razie nie jesteśmy stworzyć życia, ale czasem potrafimy je nadać i coś albo ktoś zaczyna żyć.
Ta. Dokładnie, o: "-GroOozYy... ".. życie, o jakim nawet nim zmarłym się kiedykolwiek nie śniło... zwłaszcza, zanim obudzili się, z tego powodu: w Piekle... 🙄😳
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania