Jack Maynard Daniels

Trzecia w nocy, noc listopadowa, mokry jak nocnik

Z baru wytaczam się niczym ciężkie działo

Głowa cięższa niż grzech ciężki, nogi z waty (cukrowej) oblane słodkimi drinkami

Kobiet, tych kobiet, klubowych kobiet

Papieros w ustach, Pan Tadeusz w torbie obok Pana Tadeusza

Stawiam kilka kroków na jedną kartę, a następnie upadam po raz pierwszy - już nie wstaję, nie chcę skończyć jak Jezus

Nad sobą widzę jedynie ciemne pochmurne niebo, o tej porze roku nie widuje się gwiazd

W zasadzie rzadko je widuję na żywo, może dwa razy widziałem jakiegoś aktora z M jak Mydło

Lub piosenkarza, w płynie na moje konto

Kasa, przy której stanę i kupię kolejne piwo

Obracam globus w lewo, ręczny granat dźwięcznie uderza w północną półkulę

mózgową

Oczy rejestrują samochód, a z niego wysiada bateria z sześcioma główkami od zapałek milicyjnych

Radio-wóz nadaje sygnał NASAn Domingo

Z baru wychodzi jakaś młoda laleczka Voodoo

Z serca wystają jej szpilki wbite przez facetów

Tych facetów, agresywnych niczym czerniak, gruboskórnych, obskurnych

A na jej stopach procentowych szpilki wyższe niż kurs funta brytyjskiego

To nie pora na herbatę

To pora na metan, etan-ol, propan, butan... Gazu!

Krzyczy ktoś za rogiem, a radio-wóz

Pędzi bimber. Cukier z drinków spływa z moich nogawek

Do nastawu nastawionego na szybką konsumpcję

Szybki i wściekły trunek keynesistowski

Radio-wóz napędzany popytem, popędem

Porażką

Średnia ocena: 4.0  Głosów: 1

Zaloguj się, aby ocenić

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania