Jak alkohol zrobił ze mnie karykaturę faceta.
Odwaliłem w przeszłości wiele głupich i pojebanych akcji pod wpływem alkoholu. Pewnego razu na przykład otworzyłem okno na oścież, stanąłem na parapecie i sikałem z drugiego piętra bloku. Innym razem zaprosiłem kilku kolegów na oglądanie meczu przy piwku. Kiedy dwie godziny później wychodzili ode mnie, zbiłem z każdym pionę, no poza ostatnim… W momencie kiedy chciał mi podać rękę, wskazałem palcem na wyjście i powiedziałem: „Tam są drzwi”. Taki żarcik powiedziany na serio. Śmiertelnie się na mnie obraził i mam wrażenie, że zapamiętał sobie to już na zawsze. Od tamtego wydarzenia nasza relacja zaczęła wygasać, aż w końcu przestała w ogóle istnieć. Obie akcje odstawiłem jeszcze za czasów, kiedy mieszkałem z rodzicami. Oprócz tego, raz zupełnie bez powodu wylałem piwo na głowę kolegi na jednej z imprez. Łatwo się domyślić, jak był zajebiście „zachwycony” moim zachowaniem. Po żadnej z tych sytuacji nie wiedziałem, co mi wtedy odjebało. Nie dziwi więc fakt, że niektórzy znajomi mieli mnie serdecznie dosyć. Nawet jeśli nigdy nikt mi tego wprost nie powiedział.
Nie będę przytaczał tutaj wszystkich swoich wątpliwej jakości występów, bo przez lata picia trochę się ich uzbierało. Na sto procent też nie jestem odosobnionym przypadkiem. Chociaż pewnie znajdą się i tacy, którzy twierdzą, że nic nie odpierdalają po alko. Bo umieją pić 🙂 Po prostu zdarza się, że nic się później nie pamięta. Nawet jak ktoś nam o tym opowie na drugi dzień. A kiedy zobaczysz nagranie, to zracjonalizujesz, że przecież byłeś najebany i nie wiedziałeś, co robisz. I jebał to pies. Po sprawie, nie? Jedziemy dalej od nowa przy kolejnej okazji. Miewałem za czasów picia czasami takie poranki po libacjach, kiedy budząc się na kacu, zdawałem sobie nagle sprawę, że nie mam pojęcia, jak trafiłem do łóżka czy jak w ogóle doszedłem do domu. Zwyczajnie nie pamiętałem ostatniej części poprzedniego dnia. Kiedy była dziewczyna odwracała mi kieliszek do góry nogami, a obecna żona mówiła, że dość i wystarczy, myślałem coś w stylu: „A co mi będzie tu pierdolić i mówić, co mam robić, sam decyduję, ile wypiję, kiedy i jak”. Zawsze wtedy się myliłem, a one miały rację. Powinienem wtedy raczej myśleć coś w stylu: „Robi to z troski o ciebie, a nie na złość, głąbie. Ty głupio mądry ignorancie i pseudo macho”. Odwagą nie jest powiedzenie partnerce, żeby przestała się czepiać i marudzić, tylko przyznanie racji i zaprzestanie picia. Ale wtedy wyszedłbym na pizdę w towarzystwie innych facetów, prawda? Albo co gorsza – został pizdą we własnych oczach. To już najgorzej.
Uparte durnie, które wiedzą wszystko najlepiej. A potem kłócą się z kobietami na tematy, które nie powinny istnieć. Jako faceci utrudniamy sobie maksymalnie życie. Nadęci pseudo dumą. Wolimy walczyć z wiatrakami o rację, której nie mamy. Zamiast prawdziwie po męsku spojrzeć prawdzie w oczy. Gorzko? Wiem, bo tak powinno być. Jak masz jaja, to przyjmiesz na klatę fakty, szczególnie te niewygodne. Ile to już pokoleń ciągnie się taka farsa? Możemy odrzucić ten trend. Każde pokolenie chlało, ale żadne nie musiało. To wybór, nie wina czegokolwiek czy kogokolwiek z zewnątrz.
Nie kojarzę też żadnego pozytywnego, twórczego czy chociażby mądrego zachowania pod wpływem. Dziwne, co nie? Pamiętam z kolei doskonale jedną sytuację sprzed kilku lat. Jak moja kilkumiesięczna wtedy córka spadła z ławki w ogrodzie i uderzyła głową o betonową wylewkę. A ja siedziałem na tej samej ławce z otwartym browarem. Kiedy podniosłem malutką i trzymałem na rękach, widziałem, jak jej oczka powoli gasną. Odpływała, a ja w rozpaczy prosiłem na głos: „Proszę, nie!”. To był najgorszy moment w moim dotychczasowym życiu. Zamiast dopilnować swojego skarbu o wątłym jeszcze ciele, dałem zwyczajnie dupy. Zawiodłem. Jakbym ją zawiózł do szpitala w razie potrzeby? Porobiony lekko mógłbym co najwyżej nas zabić na drodze lub kogoś innego. Musiałbym biernie czekać na przyjazd karetki albo prosić sąsiada o pomoc. Jakim byłem ojcem dla dziecka, które tak bardzo kocham? Być może na trzeźwo też bym temu upadkowi nie zapobiegł, ale tego nie wiem i się już nigdy nie dowiem. Jestem jednak przekonany, że byłbym wtedy bardziej czujny i uważny. Zamiast gdybania pozostał żal, że nie byłem wtedy w odpowiednim stanie, i równocześnie ogromna wdzięczność za fakt, że Lilce nic poważnego się wtedy nie stało. Obserwowaliśmy, jak powoli wraca do siebie. To wydarzenie stało się dla mnie ostatecznym impulsem do zaprzestania picia alkoholu. Nie będę kłamał, mówiąc, że nigdy więcej po tym się już nie napiłem. Nie skończyłem z procentami w jednej chwili, mimo całego wewnętrznego dramatu. Ale postanowiłem tamtego dnia, płacząc w łazience, że nie odpuszczę, dopóki nie wyplewię tego gówna z mojego życia. Bo są wokół mnie ludzie, którzy są dla mnie bezcenni – to moja rodzina. Chcę być dla nich dostępny zawsze, kiedy tylko to możliwe. Z jasnością w myśleniu i czujnymi zmysłami, które nie są otępiałe od trucizny, którą na dodatek sam sobie wpompowałem. W tamtym okresie proces uświadamiania w mojej głowie już trwał, już jakiś czas wcześniej zaczęło do mnie docierać, że alkohol jest problemem.
W moim przypadku tytoń, maryśka i alkohol zakłócały normalne myślenie. Pozbycie się nałogów jest jednym z kroków do wolności. Jeśli ktoś mówi, że pić to trzeba umieć, czy że musi palić lub jarać dla odstresowania – to zwyczajnie pierdoli od rzeczy. Zauważam u niektórych pozytywny trend odrzucania tej gównianej wersji. Wczoraj trafiłem na shortsa na YouTube, na którym facet uciekał przed morską falą w stronę lądu. Woda go jednak dogania i przewraca. Filmik był opisany mniej więcej w ten sposób: „Ja, kiedy próbuję uciec przed weekendowym alkoholem”. Miało być śmiesznie, ale to dobre może dla nastolatków czy maksymalnie ludzi po dwudziestce. Pod filmikiem pojawiło się dużo komentarzy osób, które mówiły, że rzuciły w końcu picie i uwolniły się po latach. To jest prawda – wolność bez nałogu. Jednak do tego trzeba dojrzeć, wyrosnąć ponad utarte schematy społeczne i przekaz z mediów, który jedynie nakręca spiralę chlania. Nie ma zdrowej ilości ani odpowiedniego użytkowania alkoholu. Nie potrzebujesz go wcale, ani fajek, ani maryśki, czy gier. To są przeszkody, które zakłócają prowadzenie normalnego życia. Im szybciej to zrozumiesz, tym szybciej zajmiesz się prawdziwym życiem. Przestaniesz uciekać przed własnymi lękami, brakiem wiary w siebie i niskim poczuciem własnej wartości.
Osobiście nie palę i nie jaram zioła od ośmiu lat. Skończyłem na dobre z hazardem jakieś pięć lat temu. Nie piję alkoholu od ponad roku. Nie jestem bogaty dzięki temu, ale wolny. Nie wydaję pieniędzy na głupoty, bo nie jestem więźniem konsumpcji. Nie sterują mną władze ani wielkie koncerny. Nie mam potrzeby sięgnięcia po cokolwiek w gorszej chwili. Wolę spacer, który pozwala wyregulować emocje znacznie lepiej niż używki. Można też po prostu odczekać kilka minut, żeby się uspokoić, bez nakręcania się myślami, że świat i ludzie są źli, że wszystko jest do dupy i gówno warte, a Ty jesteś ofiarą. Wiem, że łatwiej jest poddać się chwili, kiedy stres, frustracja, gniew, złość czy smutek podsuwają wyuczone przez lata sposoby na zagłuszanie problemów: piwko, winko, flaszeczka, fajeczka, skręcik czy bongo, granie w gry, oglądanie porno, rolek czy skrolowanie stron zakupowych. Wszystko, byle przegonić chmury nad głową, byle nie stanąć oko w oko z demonami. Ileż tak można?
Łatwiej nazwać kogoś miękką fają robionym czy pantoflem, kiedy odmawia picia. A teraz czas na hejt w komentarzach od tych, których prawda najbardziej kłuje podczas czytania tego tekstu. Zacznie się festiwal projekcji, wyparcia i niezrozumienia podstawowych kwestii. Ale to nie mój problem, jeśli ktoś mający problem z alkoholem czy innymi używkami nie chce się do tego otwarcie, szczerze i uczciwie przed sobą przyznać..
Komentarze (4)
Na szczęście dzieci już odchowane!
★★★★★
NO!
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania