Jak wilk
Valerius uciekał przez zawalające się podziemia twierdzy.
Ściany po obu stronach pękały od pomarańczowych, ognistych żył. Rozlewały się po kamieniu jak rozżarzone korzenie, syczały, pluły iskrami i rzygały ogniem przez szczeliny w murze. Co kilka oddechów coś eksplodowało za jego plecami. Kamień pękał z hukiem, a odłamki świstały mu przy głowie.
Nie oglądał się. Nad sobą widział już wyjście: prostokąt bladego światła i biel zimowej aury, obietnicę powietrza, obietnicę życia. Pokonywał po cztery, pięć stopni naraz. Biegł z szybkością, której jeszcze kilka tygodni temu nie miał prawa posiadać; z niemal elfią lekkością i z wilczym strachem wbitym między żebra.
Wypadł na dziedziniec.
Za nim korytarz zapadł się z łoskotem. Gorący kurz uderzył go w plecy i twarz, wdarł się do ust, oczu i nosa. Valerius zatoczył się, zakaszlał, splunął czarną śliną na śnieg i dopiero wtedy rozejrzał się wokół.
Dziedziniec nie był już dziedzińcem. Był rzeźnią.
Ciała ludzi i koni leżały rozszarpane, poskręcane, wymieszane ze sobą tak, jakby jakaś ogromna ręka chwyciła je wszystkie naraz i cisnęła o kamień. Wnętrzności parowały na mrozie. Połamane drzewce włóczni sterczały ze śniegu. Ktoś wisiał przewieszony przez bok wozu. Ktoś inny leżał bez twarzy, z palcami wciąż zaciśniętymi na kuszy.
Metaliczny smród krwi wypełniał cały dziedziniec. Śnieżna biel zrobiła się różowa, delikatna, niemal piękna - jak zachodzące zimowe słońce, które zapowiada mróz na kolejny dzień.
Wtedy zobaczył ruch.
Spod jednego z przewróconych, dogasających wozów wygramoliła się cienista postać. Czarny kapturnik kuśtykał, trzymając się za bok. Potykał się o ciała, jęczał z bólu i strachu, ale szedł dalej, ku wyrwie w murze, ku miejscu, gdzie wcześniej stała solidna dębowa brama, zamknięta na cztery spusty. Teraz bramy nie było. Zostały tylko drzazgi, powyginane okucia i ślady pazurów głęboko wyżłobione w drewnie.
Kapturnik zobaczył wyrwę i przyspieszył. W kierunku wolności. W kierunku lasu. W kierunku życia.
Valerius dobył miecza. Klinga wysunęła się z pochwy z suchym, metalicznym świstem.
Kapturnik podskoczył na ten dźwięk. Odwrócił głowę i przez ułamek chwili Valerius zobaczył pod kapturem bladą twarz, szeroko otwarte usta i oczy człowieka, który nie modlił się już do żadnego boga. Potem kapturnik rzucił się do ucieczki.
Nie zdążył.
Z jednego z krużganków bezszelestnie oderwał się olbrzymi cień. Wielki, włochaty, potworny, a jednak w tej masie było coś przerażająco sprawnego. Trzy susy. Jeden trzask desek. Jeden głuchy odgłos uderzenia.
Wilkołak dopadł kapturnika tuż przed wyrwą.
Krzyk urwał się niemal natychmiast. Został tylko dźwięk - mokry, głuchy, podbity chrzęstem kości i stawów wyrywanych olbrzymią paszczą.
Valerius znieruchomiał.
Cień zniknął po chwili pod jednym z filarów krużganka. Przez kilka oddechów na dziedzińcu słychać było tylko trzask ognia i odległe, głębokie grzmoty walącej się twierdzy.
Valerius ruszył w stronę filaru.
Najpierw zobaczył łapę. Ogromną, ciemną, zakończoną pazurami. Spoczywała na śniegu nieruchomo, ale palce co jakiś czas drgały, jakby bestia wciąż gotowa była zerwać się do kolejnego skoku.
Potem zobaczył resztę.
Pustelnik siedział w cieniu krużganka, oparty plecami o kamień. Głowę miał lekko opuszczoną, ale uszy nadal pracowały. Nasłuchiwał. Czuwał. Jak ogar pilnujący owiec, choć wszystkie wilki już dawno leżały martwe.
- Pustelniku? - odezwał się Valerius, podchodząc szybciej.
Żółte ślepia uniosły się powoli.
Dopiero wtedy przyszło zrozumienie. Zimne, ciche, bez litości.
Z piersi wilkołaka wystawały tylko pióropusze bełtów. Same drzewce zniknęły głęboko w ciele. Bok, rozorany od pachy po biodro, otwierał się przy każdym oddechu i straszył bielą żeber. Sierść na ramieniu była sklejona krwią i czymś czarnym, gęstym, przypalonym. Cała łapa wisiała dziwnie, nienaturalnie, trzymając się ciała chyba tylko na resztkach mięśni i ścięgien.
Valerius poczuł, jak serce zaciska mu się w piersi.
Wilkołak poruszył pyskiem. Przez chwilę nie wydobył z siebie żadnego dźwięku.
- Żyjesz - wychrypiał w końcu.
Valerius uklęknął przy nim, ale zaraz poderwał się z powrotem, jakby samo klęczenie było stratą czasu.
- Wychodzimy stąd. Wstawaj.
Pustelnik wydał z siebie coś pomiędzy kaszlem a śmiechem.
Valerius wsunął ramię pod zdrową łapę Pustelnika i pomógł mu podnieść się na nogi. Dopiero wtedy poczuł, jak absurdalnie wielki i ciężki był naprawdę - nie jako cień, nie jako potwór z lasu, nie jako bestia, która przed chwilą roztrzaskała bramę twierdzy, lecz jako ciało. Mięso, kości, krew i oddech.
Ciężar niemal wbił Valeriusa w śnieg, ale utrzymał go. Zacisnął zęby, przerzucił zdrową łapę Pustelnika przez swoje ramię i ruszył.
Brnęli noga za nogą przez głęboki śnieg, z dala od traktu, ku czerni lasu. Nie wybierali kierunku. Nie musieli. Dla obu to było teraz naturalne schronienie.
Za nimi twierdza nadal wydobywała z siebie grzmoty zniszczenia. Runęła jedna z wieżyczek. Gdzieś wysoko pękły belki i kaskadą posypały się gliniane dachówki. Ziemia drżała pod ogromną, nienaturalną siłą, jakby coś pod fundamentami próbowało wyrwać się na powierzchnię.
- Tym razem to ja cię wyleczę - wydyszał Valerius. - Dług jeszcze urośnie.
Pustelnik wydał z siebie warkliwy odgłos. Równie dobrze mogło to być kpiące parsknięcie, jak i ostrzegawczy ryk.
- Czas… mało - wychrypiał.
Nie. Nie wychrypiał. Wywarczał.
Valerius sam dziwił się, że go rozumie.
Pustelnik przymknął oczy. Na moment niemal osunął się całym ciężarem na Valeriusa. Ten zachwiał się, wbił buty głębiej w śnieg i przytrzymał go z całej siły.
- Jeszcze kawałek - syknął. - Jeszcze trochę.
Żółte ślepia otworzyły się znowu.
Szli dalej. Wchodzili między czarne, nagie drzewa coraz głębiej. Wspinali się coraz wyżej, aż odgłosy twierdzy zaczęły brzmieć jak dalekie grzmoty burzy, która przechodziła gdzieś za górami.
Wtedy Pustelnik odepchnął Valeriusa.
Za mocno.
Valerius ledwie utrzymał się na nogach. Cofnął się o krok, drugi, zapadł piętą w śnieg i dopiero wtedy odzyskał równowagę. Wilkołak ciężko osunął się przy pniu drzewa.
- Dość - wywarczał. - Wystarczy.
Valerius zrozumiał, ale nie przyjął tego. Rozejrzał się rozpaczliwie wokół, jakby las miał nagle ustąpić. Jakby spośród czarnych pni mieli wyjechać Strażnicy. Jakby z mgły mieli wyjść najlepsi medycy Aelorii. Jakby Giddeon miał stanąć między drzewami, z tą swoją siwą szczeciną, zmęczonym spojrzeniem i spokojem człowieka, który zawsze wiedział, co robić.
Giddeon na czele oddziału ratunkowego.
Giddeon, który by pomógł. Giddeon, który by ocalił. Giddeon, który powiedziałby, że jeszcze nie wszystko stracone.
Ale między drzewami był tylko śnieg, ciemność i oddech Pustelnika, coraz płytszy, coraz cięższy.
Oczy Valeriusa zaszły mgłą łez.
- Nie - powiedział.
Brzmiało to słabo. Dziecinnie. Jak prośba, nie rozkaz.
Pustelnik przechylił łeb i spojrzał na niego spod ciężkich powiek. W tych żółtych ślepiach nie było już furii, nie było polowania, nie było nawet bólu, choć ból musiał pożerać go od środka. Było zmęczenie. I coś jeszcze. Coś, czego Valerius nie potrafił od razu nazwać, bo nigdy wcześniej nie szukał tego w oczach bestii.
Spokój.
- Tym razem ja - powiedział Valerius. - Słyszysz? Tym razem ja się tobą zajmę. Wyleczę cię.
Pustelnik znów wyszczerzył kły. Nie był to uśmiech. A jednak Valerius zrozumiał.
- Tych ran… - wywarczał. - Słaby. Stary.
Odetchnął ciężko. Z boku wypłynęła nowa fala ciemnej krwi i wsiąkła w śnieg.
- Wycieka….
- Przestań.
- Wiesz to.
- Zamknij pysk.
Pustelnik zamknął oczy na chwilę. Kiedy otworzył je znowu, patrzył już nie na Valeriusa, lecz ponad nim, na nagie gałęzie - czarne, cienkie, kołyszące się lekko na zimowym wietrze.
Wyciągnął zdrową łapę, zgarnął garść śniegu i przycisnął ją do pyska. Nie jadł. Nie pił naprawdę. Tylko pozwalał, by zimna wilgoć rozpływała mu się na języku. Potem węszył głęboko i powoli, jakby chciał wciągnąć w siebie cały zimowy las: zapach śniegu, zamarzniętej ziemi, kory, krwi, dymu z dalekiej twierdzy i nocy, która dopiero miała nadejść.
Jakby chciał zabrać wspomnienie tego wszystkiego tam, dokąd żaden śmiertelnik nie trafiał za życia.
Valerius stał nad nim jak wtedy, nad wodospadem. Tylko wtedy w żółtych ślepiach widział strach, starość, bezradność i rozpacz.
Teraz nie było strachu.
Była wdzięczność.
Ufność.
Ulga.
Valerius poczuł, jak coś w nim pęka. Nie kość, nie mięsień, nie rana. Coś gorszego. Coś, czego żaden Dar już nie zasklepi.
Pustelnik poruszył zdrową łapą. Powoli, z trudem, wyciągnął ją w kierunku Valeriusa.
Valerius zrozumiał. Podszedł bliżej i chwycił go za przedramię. Nie za dłoń. Za przedramię, tak jak chwytają się wojownicy. Jak równi.
Uścisk Pustelnika był słaby, ale wciąż ciężki. Wciąż prawdziwy. Pazury drgnęły przy ramieniu Valeriusa, lecz nie zraniły go.
To nie był gest pożegnania.
To było uznanie. Przysięga, która nie potrzebowała przyszłości.
Pustelnik patrzył mu prosto w oczy.
- Czarny Wilku.
Valerius próbował odpowiedzieć od razu, ale głos ugrzązł mu w gardle. Ścisnął mocniej przedramię bestii.
- Stary Wilku.
Pustelnik znów wyszczerzył kły.
Tym razem Valerius wiedział. To był uśmiech. Brzydki, potworny, niepodobny do niczego ludzkiego.
I piękny.
Wilkołak odetchnął głęboko. Raz. Drugi.
Trzeci oddech już nie przyszedł.
Żółte oczy przez chwilę patrzyły jeszcze na Valeriusa, ale światło w nich odpływało powoli, jak dzień gasnący za zimowym lasem.
Potem zgasło.
Valerius długo nie puszczał jego przedramienia. Śnieg padał cicho na czarną sierść, na krew i na jego własne dłonie.
Gdzieś daleko twierdza runęła po raz ostatni. Grzmot przetoczył się przez las, odbił od wzgórz i umilkł.
Valerius został sam. Nie z człowiekiem i nie z bestią, ale z kimś, kto umarł przy nim jak wojownik. Jak wilk.
Jak przyjaciel.
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania