Jake i tajemnicze sny. - Rozdział 4. - Podróż.
-Dobra, a więc o co chodzi? -Zapytał Jake, po czym rozłożył się na ławce w parku.
-No to tak. -Zaczął Mike.-Dzisiaj rano poszedłem po Maryśkę, wiesz mieliśmy iść na plażę trochę posurfować.-Uśmiechnął się na myśl o słonych, niebezpiecznych falach.
-Wszedł do mnie do domu, ale jego torba z rzeczami została przed drzwiami. -Przerwała mu Marie.-No a w torbie miał..-Urwała wypowiedź, jakby sama nie wiedziała o co chodzi.
-Kamień..-Zgadując Jake, osunął się na ziemię. -Ktoś go zabrał, prawda? -Zrozpaczony pytał z chrypą w głosie.
-Nie wiemy kto to może być. Ten ktoś musiał wiedzieć co mam w torbie, bo przecież sama ona kosztuje może dwadzieścia dolarów. -Odwrócił się w stronę parku, plecami do przyjaciół. -Obiecuję, że znajdę tę osobę. -Zacisnął kilka małych patyczków w dłoni, które wziął z ławki i szybko zgniecione wyleciały z jego dłoni.
-Nie wiadomo czy była to jedna osoba. -Zaczęła kombinować Marie.
-Racja, nie możemy nastawiać się, że okradła Cię tylko jedna osoba. Może to była jakaś grupa. Nie wiem. Może ludzie którzy Cię nienawidzą postanowili zrobić żart? I nie wiedząc co masz w torbie po prostu ją zabrali. -Jake sam nie wierzył w to co właśnie powiedział, ale chciał, żeby tak było. Bo jeśli ten ktoś, kto ukradł torbę Mike'a, wie o kamieniu i o jego mocy..To aż strach pomyśleć co mogłoby się stać..
-Chodźmy stąd. -Skupiona na jednym punkcie Marie odezwała się.
-Dlaczego? Musimy znaleźć złodzieja. -Wściekły Mike wstał i oschle spojrzał w stronę Marie.
-Coś mi się zdaje, że oni chyba nas nie lubią. -Marie skinęła głową w stronę kilku podejrzanych typków, siedzących dokładnie pięć ławek przed nimi. -To raczej nie jest miłe towarzystwo.
-Dobra pójdziemy stąd, ale pewnie i tak nic nam nie zrobią. Znają Shanelle, a gdyby tylko mnie ruszyli, Shanelle nasłałaby na nic Drake'a.-Odetchnął Jake, po czym wstając z ławki zamarł.-On ma broń..-Wymamrotał i wstał nie wierząc we własne oczy.
-O jezu.. Idziemy stąd, szybko! -Marie wzięła pod ramię Jake'a i puścili się biegiem. Mike szybko ich dogonił i biegł równo z nimi. Grupka dresów. Podejrzanych typków z parku. Oszołomów. Wariatów. Biegła sto metrów za nimi.
-Dogonią nas. Są zbyt szybcy. Nie mamy szans. -Nerwowo obracał się Mike, który ze zmęczenia i strachu biegł coraz wolniej.
-Zaraz, stójcie. -Gwałtownie zatrzymała się Marie po czym odwróciła w stronę chłopaków. Jake już wiedział, że Marie i Mike zatrzymali się, bo i tak nie mieliby z nimi szans. Widział przed oczyma najgorsze scenariusze. Ale nic się nie stało. Jake odwrócił się powoli w stronę, gdzie przed chwilą stała grupka niebezpiecznych nastolatków. A może to nie byli nastolatkowie. Nie ważne. Nie ma ich, zniknęli. Jakby wyparowali w powietrzu, jakby za sprawą jakiegoś życzenia zrobili puff.
-Gdzie oni są? -Spytał oszołomiony Jake.
-Nie wiem i nie chcę wiedzieć.-Wymamrotał Mike.-Wracamy do domu. Do Marie, tam ostatnio widziałem swoją torbę i tam musi być jakiś znak, poszlaka czy coś w tym rodzaju. -Łudził się Mike.
-Racja, lepiej nie czekajmy na tych typków zanim znowu tu wrócą i tym razem będą strzelać. -Ze spokojem w głosie odpowiedział Jake i wolnym truchtem Mike,Jake i Marie ruszyli w stronę domu dziewczyny.
Ci chłopacy nie schowali się za drzewami. Nie zawrócili. Nie uciekli do sklepu. Ani do domu. Oni zniknęli. Takiego daru Jake nie znał, poza tym wszystkie czary działały tylko w jego snach. Nie tutaj. Nie w tym gorszym świecie. To nie zrobił Jake. On kontrolował sny. Ani Mike. On potrafił hipnotyzować. To zrobiła ich najlepsza przyjaciółka. Ich jedyna przyjaciółka. Marie. Znikła grupkę wandali i nie wiadomo gdzie teraz są. Albo lepiej. Kiedy teraz są.
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania