Jakub

Siadała na placu zabaw, wpatrywała się w maleńkie szczęścia, uśmiechała do walk o grabki i łopatki, tyle wystarczyło, żeby zatańczyła jedna łza i powoli opadła na dłoń.

Nie wycierała, nie chowała szybko sprzed oczu zatroskanych mam czy zaniepokojonych babć widokiem smutnej kobiety w czerni.

Rozumiała ich strach, tylu wariatów chodzi po ulicach, że nawet czyjś płacz można postawić na równi z psychicznymi zaburzeniami.

– Może dziecko jej umarło i jest w żałobie? – szeptała jedna, druga patrzyła z wyraźną niechęcią i wydawała opinię, że na pewno usunęła i to niejedno, a teraz żal jej dupę ściska.

W każdym razie uznały ją w końcu za nieszkodliwą wariatkę, a z czasem odbierały jako element folkloru, niechętny, ale stały. A ona przychodziła codziennie, siadała na godzinę albo pół i wracała, nie spiesząc się, do własnych spraw, do życia, które gdzieś tam miała wśród śmiechu i złośliwości otoczenia.

 

Był początek jesieni, dzień, gdy lato walczyło jeszcze o prawa do słońca, ale w powietrzu czuć już było zmiany. Dzisiaj wyszła na ''swój plac'' późnym popołudniem, usiadła na znajomej ławce, spoglądała z zainteresowaniem na mamy, które wyciągały dzieci z piaskownicy, zdejmowały z huśtawek i prowadziły w stronę domów.

 

Usłyszała za sobą cichy płacz, jakby wyrzucony szczeniak kwilił resztką sił, błagając o pomoc. Weszła w zarośla... na trawie leżała kobieta, nieprzytomna czy po prostu spała, obok niej, przyczepiony do jej pleców leżał chłopczyk, malutki, może dwuletni. Wyczerpane dziecko czekało na jakiś znak od mamy.

 

Podeszła cicho, żeby nie przestraszyć i tak zagubionego malucha. Na trawie leżały butelki i puszki po piwie. Na twarzy dziecka widać było zadrapania i siniaki.

Matka była młoda, może dwudziestoletnia, ale ubiór i zapach zdradzał osobę z tzw. nizin.

Pogłaskała chłopca po włosach, spojrzał i przylgnął do jej ręki jak kociak. Był bardzo brudny, bardzo głodny i bardzo słaby. Wyjęła z torebki wodę, maluch pił zachłannie, po czym spojrzał na nią wzrokiem ptaka, który spadł na chodnik i wie, że za chwilę albo ktoś go podepcze, albo obojętnie minie.

 

Wzięła go za rękę, nie mógł iść, podniosła go więc i poszła z nim w kierunku domu. Najpierw go umyła, zawinęła w ręcznik, posadziła przy stole, szykując lane kluseczki. Wiedziała, że dzieci to lubią. Jadł zachłannie. Ona w tym czasie zamawiała dziecięce ubranka, jeszcze dzisiaj sklep obiecał dostarczyć.

 

Maluch tymczasem najedzony, zasnął.

 

Po godzinie usłyszała domofon, machinalnie nacisnęła blokadę, pewna, że to dostawa ze sklepu. Policjanci wpadli z odbezpieczoną bronią, zakuli ją w kajdanki. Już mieli wyprowadzać, kiedy kurier przyniósł zamówienie. Wytłumaczyła spokojnie, że to rzeczy dla dziecka, bo wyrzuciła śmierdzące do śmietnika. Prosiła, żeby go ubrać.

 

Na drugi dzień nie wyszła na plac zabaw, dopiero po tygodniu. Poszła jednak nie na ''swoją'' ławkę, ale pierwsze kroki skierowała tam, gdzie siedziały czujne babcie. Jedna z nich błyskawicznie zbladła na jej widok.

– Stara jędzo! Sama masz wnuka, którego pilnujesz tutaj jak oka w głowie, a dla dzieciaka w krzakach nie miałaś litości? Nie dzwoniłaś na policję, że matka pijana jak świnia, a dziecko pobite, głodne i pozbawione opieki?

Nie pamiętała już, co jeszcze krzyczała. Wściekłość za krzywdę malucha, przysłoniła wszystko. Jedyne, co dobrze pamięta, to przerażone oczy osiedlowej plotkary. Ma nadzieję, że przerażenie zostało z tą bezduszną kreaturą na zawsze.

 

A ona... przeprowadziła się na inne osiedle. Mały Kubuś trafił do bidula. Wciąż lgnie do jej ręki, kiedy zawozi tam ubrania, zabawki i słodycze.

Jego matka nadal leży często w osiedlowych krzakach... i bez pamięci o Kubusiu.

Średnia ocena: 3.2  Głosów: 5

Zaloguj się, aby ocenić

Komentarze (1)

  • Grisza

    Traumatyczne. Niestety taka jest codzienność. Skala krzywd dzieci jest w naszym cywilizowanym kraju jest dużo większa, niż można sobie wyobrazić. To, co opisują i podają nam media, to wierzchołek góry lodowej.

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania