Jeden więcej

Wóz nie mógł przejechać. Podwórko było zbyt wąskie. Deski należało zrzucić i ponosić do drewutni. Tylko kto miał to zrobić? Okazało się, że chętnych do pomocy nie brakowało.

Nosił deska za deską dziadek. Nosił ojciec. Nosiłem ja.

Po chwili zaczęły gromadzić się pierwsze dzieciaki. Odkładały swoje rowerki, opierały je o płot i podchodziły.

— Czy możemy? — pytały zaintrygowane.

Okazywało się, że mogły.

I już po chwili nosił deski dziadek. Nosił ojciec. Nosiłem ja. Nosili też Łotoccy, których było trzech.

Czasem ktoś przerywał pracę, czasem ktoś zaklął, bo weszła mu drzazga. Ale z reguły zaciskał zęby i po chwili nosił jak poprzednio.

Dziwne tylko, że deski, które przynosiliśmy, stawały się coraz cięższe. Niektóre ciążyły tak, jakby przybito do nich coś niewidzialnego. A kiedy odwracałem się, żeby sprawdzić, czy ojciec nadal idzie za mną, słyszałem za plecami jeszcze jeden krok. Zawsze o jeden więcej, niż powinno być.

Nosił ojciec, nosił dziadek, nosili też Łotoccy. Miało to swój urok, bo robota nie dość, że się posuwała, to jeszcze posuwała się gęsiego. Dla dzieciaka takiego jak ja była to dodatkowa atrakcja.

W pewnej chwili mama powiedziała:

— No, dość już tych pomagierów, bo się nie wypłacimy.

Taka to była pomoc, że trzeba było za nią płacić.

Tymczasem gromadziły się kolejne dzieciaki. Odkładały swoje rowerki, opierały je o płot i podchodziły. Niektóre nawet nie pytały, czy mogą pomagać. Pomagały same z siebie.

Najdziwniejsze było to, że kiedy policzyłem nas wszystkich, wyszło mi o jednego za dużo. Pomyślałem, że się pomyliłem, więc policzyłem jeszcze raz. Dziadek, ojciec, ja, trzech Łotockich i ten najmniejszy, którego nikt nie znał.

Miał za duże buty i niósł deskę, która zdawała się być od niego dwa razy dłuższa. Nie odezwał się ani słowem. Kiedy spojrzałem na niego po raz drugi, stał już przy drewutni.

A przecież nie mógł dojść tak szybko.

A desek w drewutni wciąż przybywało i przybywało. A na kupie tuż przed domem wciąż ubywało i ubywało. I o to chodziło, by ubywało, by robota się posuwała.

Nie podobało mi się tylko, że jeden z drugim chwytał za deskę samowolnie, że bez pytania przyłączał się do całej tej imprezy. To mi się bardzo, ale to bardzo nie podobało. Już wtedy myślałem, że niektórzy ludzie to jednak wkręty, że wkręcają się na bezczelnego.

Nastawał koniec. Gwar milkł pomału. Z drewutni dochodził jeszcze szelest, jakby ktoś wciąż przesuwał deski, choć wszyscy stali już przed domem. Nikt nie chciał sprawdzać, kto został w środku.

Zresztą babcia miała już przygotowane pieniądze, a przy wypłacie nie należało się spóźniać. Nawet wtedy, kiedy z ciemności dobiegał cichy stukot.

Raz.

Drugi.

Trzeci.

Babcia wręczyła każdemu symboliczną złotówkę. Wszyscy uważali, że mamy pieniądze — dużo pieniędzy. Jakież było więc zaskoczenie, kiedy babcia wręczyła każdemu po piątaku.

Pamiętam, że ten, który przyłączył się samowolnie — nie lubiłem go — syknął przez zaciśnięte zęby:

— Tak mało?

I poszedł. A jednak coś zostało. Coś w drewutni.

Średnia ocena: 0.0  Głosów: 0

Zaloguj się, aby ocenić

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania