Uwaga, utwór może zawierać treści przeznaczone tylko dla osób pełnoletnich!

Jeden z wielu

Poranek stoi nieruchomo, jakby bał się oddychać,

koń parska pod zbroją, żelazo chce mnie połykać.

 

W ustach mam gorąco — czy to ślina, czy strach?

 

Mdłości rwą mi gardło, serce tańczy wśród łach.

 

Chcę żyć.

 

Chcę zabijać.

 

Bóg milczy — jak zawsze, gdy trzeba Go wzywać.

 

Nagle — lekka jazda rusza, burza prochu i potu,

Litwini i Tatarzy spadają w dół, w środek kłopotu.

 

Na piechotę Zakonu, na działa co ryczą dwa razy,

jakby same wiedziały: dziś nie one są władzy.

 

Dym szczypie w oczy, krzyk grzęźnie w gardłach,

krew pryska na chrapy, na pyski, na tarczach.

 

Jeszcze nie walczę — jeszcze patrzę w rozpad,

jak świat traci kształty, jak pęka nam czas.

 

Potem uderzenie.

 

Ciężar na ciężar.

 

Ciało w ciało

 

żelazo w żelazo

 

bez imion, bez twarzy.

 

Nie ma boków, nie ma stron,

tylko hełmy, kopie i trzask kości.

 

Dwa wiry śmierci kręcą się w błocie:

 

pod Stębarkiem Litwini,

 

tu Polacy w łomocie.

 

Godzina ciągnie się jak wiek,

czas gęstnieje jak skrzep.

 

Krew już nie zalewa — krew jest powietrzem,

metaliczna, ciepła, gęsta, bezmiernie.

 

Lepka jak modlitwa, co nie zna odpowiedzi,

pluję ją w ziemię — wraca, nic się nie zmieni.

 

Wciągam oddech: kurz, pot i cudze konanie,

płuca palą jak piec, jak ostatnie wezwanie.

 

Oddycham szarpnięciem, jak koń przed upadkiem,

serce bije jak bicz, rozdziera mnie spadkiem.

 

Raz.

 

Drugi.

 

Trzeci.

 

Krew pcha się w żyłach, za szybko, za wiele,

minuta po minucie ginę w tym ciele.

 

Nie walczę już o znak,

nie o króla, co patrzy z wzgórza — suchy i tak,

nie o Boga, co milczy w bitewnym pyle,

tylko o oddech — jeszcze chwilę.

 

Potykam się.

 

Nie o kamień — o ciało.

 

Mój towarzysz przed chwilą krzyczał,

teraz milczy bezpamiętnie,

miękki jak błoto, jakby go tu wlało.

 

Ktoś wpada we mnie, ktoś ciągnie dalej,

idę, bo stanąć — to z nim tu zostanie.

 

Wszędzie błoto, nie ziemia — krwawa breja,

kałuże czerwone, śliskie jak zdrada i nadzieja.

 

Nogi grzęzną po łydki, pole mnie połyka,

krew chlapie o zbroję, w rany wnika.

 

Uderzam.

 

Nie wiem kogo.

 

Twarz znika w rozbryzgu krwi i prochu.

 

Ciepło na policzkach, w ustach i w gardle,

połykam ją, duszę się, idę nadal.

 

Nie ma już myśli — jest tylko ruch.

 

Cios.

 

Cios.

 

Krzyk cudzych ust.

 

Koń łamie komuś kręgosłup na miazgę,

ziemia drży w kolanach, czas pęka na drzazgi.

 

Krew mnie zalewa — z zewnątrz, od środka,

świat zwęża się do klingi, do jednego kroku.

 

Idę.

 

Bo idą inni.

 

Bo stanąć — to zniknąć w tej glinie.

 

Nagle krzyk.

 

Fala.

 

„Zwycięstwo!”

 

Nie wiem, kto woła — może pole, może wszystko.

 

Chwytam oddech.

 

Za późno.

 

Strzała.

 

Prawe oko gaśnie jak świeca.

 

Mrugam lewym.

 

Raz.

 

Dwa.

 

Upadam w błoto zmieszane z krwią,

ciepłe, gęste, ciągnące w dół.

 

Tonę.

 

Nie w wodzie — w bitwie.

 

Nie bohater.

 

Nie zwycięzca.

 

Umieram

jako jeden z wielu.

 

...

 

...

 

...

 

...

 

Notatka historyczna – Bitwa pod Grunwaldem

Bitwa pod Grunwaldem, została stoczona 15 lipca 1410 roku. Naprzeciw siebie stanęły wojska Królestwa Polskiego i Wielkiego Księstwa Litewskiego, wspierane przez oddziały ruskie i tatarskie, oraz armia Zakonu Krzyżackiego.

Była to jedna z największych bitew średniowiecznej Europy. Starcie miało charakter wyniszczający i chaotyczny — walczono w upale, pyle i błocie, w zwarciu, często bez możliwości rozpoznania przeciwnika. Zginęły tysiące ludzi, w większości anonimowych żołnierzy.

Choć zwycięstwo strony polsko-litewskiej miało ogromne znaczenie polityczne i militarne, dla uczestników bitwy Grunwald był przede wszystkim doświadczeniem skrajnego zmęczenia, strachu i walki o przetrwanie.

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 1

Zaloguj się, aby ocenić

Komentarze (3)

  • najmniejsza 2 godz. temu
    ,,Spowiedź Jacka Soplicy ".
    Tak mi się przypomniało.
    Polacy walczyli z Bogurodzicą na ustach i dlatego zwyciężyli.🙂🙏❤️🌹🔥
  • najmniejsza 2 godz. temu
    https://youtu.be/8m8xNz0Ihyk?si=cWM29yHl0hkj-4R9
  • najmniejsza 2 godz. temu
    Robak, nim zaczął mówić, w Klucznika oblicze

    Wzrok utkwił i milczenie chował tajemnicze.

    A jako chirurg naprzód miękką rękę składa

    Na ciele chorującym, nim ostrzem raz zada:

    Tak Robak wyraz bystrych oczu swych złagodził,

    Długo nimi po oczach Gerwazego wodził,

    Na koniec, jakby ślepym chciał uderzyć ciosem,

    Zasłonił oczy ręką i rzekł mocnym głosem:

    «Jam jest Jacek Soplica…»

    Klucznik na to słowo

    Pobladnął, pochylił się i, ciała połową

    Wygięty naprzód, stanął, zwisł na jednej nodze,

    Jak głaz lecący z góry, zatrzymany w drodze.

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania