Jedna wielka pierdolona niepewność.

Nigdzie nie ma gwarancji, ani na etacie, ani na samozatrudnieniu. Nie ma sytuacji, która nie mogła by się spieprzyć. Dlatego niepewność nie jest czymś do zwalczenia, a stawianie oporu jedynie pogłębia brak poczucia kontroli. Kontroli, którą można zdobyć zwiększaniem własnych szans na rezultaty. Do tego niezbędne jest podejmowanie regularnych działań, choćby najmniejszych. I nie cierpię tego, bo jestem strasznie niecierpliwy, ale nie mam innej opcji, jeśli chcę zbudować inną przyszłość dla siebie. Przecież już słyszałem o tym i rozumiałem, że nie można być pewnym niczego. Działanie niezależnie od efektów jest pewnie największym wyzwaniem w samorealizacji. To wymaga przekroczenia samego siebie, nie tylko zewnętrznych okoliczności. Czynnikiem kluczowym jest właśnie podejście do sprawy, bez cukierkowego liczenia na szybkie, wielkie sukcesy. Takie rzeczy może się zdarzają, ale zapewne znacznie rzadziej niż sukcesy osiągnięte w wyniku długotrwałego wysiłku. Okupionego nie jedną wątpliwością, cierpieniem i przebywaniem w stanie niepewności. Krok, którego nie sposób pominąć. Jakie jest rozwiązanie?

 

Można odpuścić, tylko że wtedy wszystko czego pragniesz nigdy się nie wydarzy. Nie jestem w stanie przełknąć aż tak gorzkiej pigułki. Chyba muszę sobie właśnie to zdanie przypominać w każdej kryzysowej chwili. Przecież "pisanie jest moim sposobem wyjścia z obecnej sytuacji" . Sam zauważyłem niejednokrotnie brak innych opcji dla siebie. Co znajdę na etacie, jeśli etatu w ogóle nie chcę? I jak polegać na zarabianiu w sposób tak zależny od innych czynników jak Uber Eats? Czas wyjść poza iluzoryczne poczucie kontroli i pewności. Jeszcze raz: nie ma gwarancji w niczym. Zdanie przewodnie, wykuć na pamięć i wyryć w głowie na zawsze. Jeszcze jeden ciężki etap do pokonania, ale warto, mam nadzieję, że warto. I nadzieja też będzie się mieszać z negatywnymi uczuciami. Sam powtarzasz w swoich tekstach Kamil, że bez względu na wszystko trzeba kontynuować. Takich ludzi podziwiam, takie historię lubię czytać, i tego sam muszę się trzymać. Być sobą i trwać przy swoich wartościach, ideałach i planach. Cokolwiek po drodze ma mnie spotkać, nie mogę się zatrzymać, odwrócić i po prostu wrócić. Tam już nic na mnie nie czeka, poza wszystkim czego nie chcę. Perspektywa zacna, jak strzelanie do własnej stopy. To mnie już nie interesuje, więc naprzód teraz. Lekcją z dzisiejszych zmagań niech będzie wiara w siebie, we własne przekonania, i pielęgnowanie praktykowania wytrwałości. Nieważne, co będzie za miesiąc, dwa czy rok. Jeśli dzisiaj, jutro, pojutrze i codziennie nie będę pisał, to nigdy się tego nie dowiem, co mogłoby być. Mogę zrobić tyle, na ile stać mnie dzisiaj, więc głowa do góry. Nikt nie odbierze mi próbowania dopóki jestem sprawny fizycznie. Nie mogę też sam sobie odmawiać szansy. Nie wybaczyłbym sobie.

 

Liczyłem naiwnie do tej pory, że samorealizacja będzie czymś łatwym. Tylko dlatego, że będę zajmował się czymś co lubię, co mi odpowiada i co mi daje poczucie spełnienia. Jednak świat i życie nie są linearne, przez to właśnie nie doświadczę prostej drogi. Albo wytrwam, albo nie mam po co wracać. Żadna alternatywa. Nie mogę dłużej znieść pustki robienia nieważnych rzeczy. Niech proces kieruje mnie tam, gdzie potrzebuję popracować. Na pewno nad cierpliwością i wiarą, że realizowanie potencjału jest nagrodą samą w sobie, więc to nie efekty są wyznacznikiem tego, czy robię co właściwe..

Średnia ocena: 4.7  Głosów: 3

Zaloguj się, aby ocenić

Komentarze (1)

  • Grisza 4 miesiące temu
    Podpisuję się pod tym tekstem nawet, jeżeli nie ze wszystkim się tu utożsamiam i nie we wszystkim odnajduję, bo dotyczy on, kto wie, czy nie większości populacji. Ale jest pewien czynnik, który tę, uogólniając - samorealizację, ułatwia. Jest nim wsparcie. Najtrudniej walczy się samemu. Dobrze jest mieć obok siebie kogoś, kto walczy o to samo, albo pomaga, albo przynajmniej rozumie i wspiera w jakikolwiek sposób. Choćby mentalny. Wszystko zależy od okoliczności. To może być rodzina (z nią przecież nie "tylko na zdjęciu"), współmałżonek/ka (czasem nawet były/a!), przyjaciel, albo uczciwy wspólnik (zdarzają się tacy).
    Jesteśmy istotami społecznymi, choć powszechna dezintegracja przełomu XX i XXI wieku zdaje się temu zaprzeczać.
    W stadzie raźniej! I tego się trzymajmy! Głowa do góry!
    Osobiście, tak na szybko, przychodzą mi na myśl dwa przykłady z mojego otoczenia.
    Jeden gość (niestety już nie żyje, ale to nie ma nić wspólnego z działalnością) rozkręcił z żoną interes (legalny!) i nawet w najtrudniejszych latach dla branży powtarzał: "Idzie, panie Grzegorzu, idzie! Żre, jak cholera!". Wdowa do dzisiaj z powodzeniem ciągnie ten wózek.
    Drugi z kolei ma uczciwego wspólnika. Jeden zajmuje się stroną techniczną, drugi organizacyjną. Wzajemnie się uzupełniają. I choć próbują ostatnio przejść na emeryturę i wygasić firmę, to nie mogą - brodzą w zleceniach...
    W obu przypadkach kluczowa była współpraca, wsparcie, jedność celu.
    To co prawda przykłady osób szczególnie przedsiębiorczych. Większość z nas operuje na poziomie walki o (zaledwie) plasterek szyneczki do tego przydziałowego chlebka. Ale i tu w grupie, a choćby w duecie, łatwiej i raźniej.

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania