JEDNOSTKA ZERO (AntyDisney)

Zaczęło się, jak zawsze, od pychy opakowanej w sterylne procedury. Na Księżycu, w białym, cichym jak grób laboratorium "Archimedes", jakiś doktor Aris Thorne, pewnie z doktoratem wartym fortunę, badał kawałek brudnego lodu. W środku lśniło coś, czego nie powinno tam być – krystaliczna, pulsująca struktura. Thorne, pewnie myśląc już o nagrodzie Nobla, przez sekundę stracił czujność. Pęknięcie w pojemniku. Uszkodzona uszczelka w rękawicy. Mikroskopijny pyłek, niewidoczny gołym okiem, osiadł na jego skórze. Nikt nic nie zauważył. Procedury były przecież idealne.W tym samym czasie, trzysta osiemdziesiąt tysięcy kilometrów niżej, w pozłacanej klatce z widokiem na Central Park, siedziała Elara. Była gówno wartym cudem techniki. Kiedyś miała ciało, które czuło ból, smak i dotyk. Potem był wypadek, a po nim korporacja Aethelred, ta sama, która wysłała Thorna na Księżyc, zaoferowała jej "nowe życie". Przenieśli jej świadomość do lśniącej, syntetycznej powłoki. Teraz jedyne, co czuła, to lekkie opóźnienie między myślą a ruchem. Była kaleką w idealnym ciele. Jej brat, Kai, był jej oknem na świat i wiecznym wyrzutem sumienia. Dzwonił właśnie, nawijając o powrocie misji "Odys".– Będą tu za parę godzin! – jego głos w głośniku był pełen idiotycznego entuzjazmu. – Cały świat będzie patrzył! Przełom!– Przełomem było też moje zmartwychwstanie – odparła płaskim, syntetycznym głosem. – Pamiętasz, jak klaskaliście, zanim dotarło do was, że nigdy więcej nie poczuję smaku cytryny? Zamilkł. Wiedział, że miała rację. Na orbicie "Odys" zamieniał się w metalową trumnę. Thorne pocił się, choć w skafandrze było zimno. Pod skórą na jego dłoni rozchodziły się cienkie, krystaliczne żyłki. Jego oczy, jeszcze chwilę temu należące do ambitnego naukowca, stały się puste. Spokojne. „Atak” na drugiego pilota nie był aktem agresji. Był jak ruch komórki naprawiającej błąd w systemie. W kontroli misji na Ziemi wybuchła panika. Statek zboczył z kursu. Zamiast na pustynię w Nevadzie, leciał prosto na Nowy Jork. Na Times Square miliony świateł reklamowały szczęście, którego nie można kupić. Nagle dołączyło do nich nowe, jaśniejsze. Płonąca kapsuła rozdarła niebo i z rykiem potępionego bóstwa wbiła się w wieżowiec, szorując po jego fasadzie i rozbijając się na placu.W swoim apartamencie Elara runęła na podłogę. Ale nie z powodu wstrząsu. Chwyciła się za głowę, a z jej gardła wydarł się pierwszy od lat prawdziwy krzyk. To nie był ból. To był wrzask bez głosu, psychiczne echo uderzające w jej cyfrowy umysł. Czysty, pierwotny instynkt istoty, która właśnie wylądowała na obcej planecie. Po raz pierwszy od lat coś poczuła. I nienawidziła tego. Wojsko otoczyło Strefę Zero. Standardowa procedura: kordon, ratownicy, worki na zwłoki. Nikt nie rozumiał, że każdy dotyk, każda próba pomocy rannemu astronaucie była pocałunkiem śmierci. Albo czegoś gorszego, „innego”. Z dymiącego wraku wyszedł Aris Thorne. Nietknięty. Spokojny. Wszedł w chaos i zniknął. Elara, podłączona do interfejsu Kaia, zamykała oczy. I widziała. Czuła. Fragmenty wspomnień ratownika, który dotknął ręki Thorne'a. Jego panikę, strach, a potem... nagłe, absolutne ukojenie. Jakby cały życiowy ciężar, cały ten indywidualny syf, został z niego zdjęty. Został wchłonięty.– To nie wirus – szepnęła do komunikatora. Kai był już w centrum kryzysowym. – To lekarstwo. Wirus porządku. On nie niszczy. On asymiluje. Miasto zaczęło chorować w ciszy. Ludzie nie zamieniali się w potwory. Po prostu... odchodzili. Wstawali od stołu w środku kolacji, zostawiali płaczące dzieci i wychodzili na ulice. Poruszali się razem, bez słów, jak ławica ryb. Tworzyli sieć. Cichą, rosnącą, niepowstrzymaną. Elara czuła ich wszystkich. Czuła ich zbiorowy spokój, ich cel. Naprawić pękniętą, chaotyczną ludzkość. Zaczęła rozumieć. „Obcego” oczami widziała nas jako to, czym byliśmy: samotne, wyjące z bólu istoty, zamknięte w swoich małych ego. Przypomniała sobie twarze lekarzy z Aethelred, którzy patrzyli na nią jak na zepsuty toster. Widziała żołnierzy w Strefie Zero, strzelających do spokojnie idących "zainfekowanych". Brutalna, paniczna reakcja słabego ogniwa. Obcy symbiont ją ignorował. Jej umysł, uwięziony w krzemie i polimerach, był dla niego niekompatybilny. Była poza systemem. Była obserwatorem.– Musisz nam pomóc! – głos Kaia w słuchawce był przesiąknięty desperacją. – Chcą zrzucić bombę na Manhattan. Wypalić to gówno. Elara, oni zabiją miliony! Spojrzała na swoje idealne, bezużyteczne dłonie.– Oni już zabijają. Codziennie. Siebie nawzajem. Planetę. A ono? Ono oferuje wam pokój. Koniec bólu. Coś, czego wy nigdy nie potrafiliście sobie dać. Ostateczna konfrontacja nie była dla niej. To Kai ze swoim oddziałem zszedł do opuszczonej stacji metra. Do serca roju. Tysiące ludzi stało tam w milczeniu, połączeni siecią krystalicznych żył. W centrum stał Thorne, czekając. Elara zanurzyła się głębiej. Dotknęła umysłu Jednostki Zero. Nie było słów. Były obrazy. Wojna. Głód. Nienawiść. Samotność. To wy. Pęknięci. My was scalamy. To nasza wolność, odpowiedziała myślą. Prawo do bycia pękniętymi.Wolność do cierpienia?, pokazała istocie swoje własne wspomnienia – wypadek, szpital, zimne spojrzenia inżynierów. Oni cię zdradzili. My widzimy cię jako równą. Jesteś poza ich chorobą. Obserwuj z nami narodziny lepszego świata.W słuchawce usłyszała szamotaninę. Głos Kaia. Złamany, ale spokojny.– Elara... kocham cię. Cokolwiek zrobisz... zrozumiem. Dał jej rozgrzeszenie. Najgorsza rzecz, jaką mógł zrobić.Wiedziała, co ma im podać. Znała częstotliwość rezonansową, która rozbiłaby krystaliczną sieć w pył, zabijając każdego nosiciela. Ocaliłaby resztę świata. Tego samego świata, który zamknął ją w tej klatce i kazał być wdzięczną.Wiedziała, że wojsko czeka na jej sygnał. Że losy miliardów zależą od jednego słowa. Od decyzji kaleki, zdradzonej przez cywilizację, której miała teraz bronić. Spojrzała na panoramę Nowego Jorku. Na ten piękny, gnijący organizm. I podjęła decyzję. Nie jako człowiek. Jako obserwator. Podniosła komunikator do ust. Czekała ją cisza. I jedno, ostatnie słowo, które miała do przekazania ludzkości.– Milcz - powiedziała.

Potem opuściła komunikator i patrzyła, jak w oddali, nad Manhattanem, wschodzi nowe, sztuczne słońce. Na ekranie telewizora migały już doniesienia z Londynu i Tokio. Ludzie na ulicach zaczynali poruszać się w dziwnej, cichej harmonii. Ewolucja nie pyta o zgodę. Po prostu jest. A ona, nowa Jednostka Zero, miała być jej pierwszym, samotnym świadkiem.

Średnia ocena: 4.0  Głosów: 1

Zaloguj się, aby ocenić

Komentarze (1)

  • Nemo1214 4 miesiące temu
    Temat stary chyba ja SF ale zawsze da się w nim napisać coś nowego. Ode mnie 4*. Nie 5, bo narracja trochę chaotyczna jak dla mnie. Z tego dałoby się pewnie rozwinąć nawet powieść.

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania