Uwaga, utwór może zawierać treści przeznaczone tylko dla osób pełnoletnich!

JEDYNE OBLICZE PRADAWNYCH. (opowiadanie grozy/o duchach)

JEDYNE OBLICZE PRADAWNYCH.

(opowiadanie grozy/o duchach)

 

Z Dedykacją dla Użytkownika Opowi.pl o nicku: ~ Notopech , który Obliczem: wprowadza w strach świadomość.

 

Najczęściej, na widok nowo poznanej osoby, odczuwamy nie tyle dyskomfort, co strach przed nieznanym, zwykle: rozwiewany w kilka minut trwania owej znajomości. Niekiedy jednak: owe kilka minut stanowi tak nieświadomą wieczność, iż jej kres: dotyczy końca życia. Jak w Twoim przypadku?.. Przeczytaj Osobiście:

 

Oczekiwanie wprawiało ją w tak zasadniczo złowrogą irytację, iż mamrotliwa wiązanka siarczystych przekleństw, zaczęła się przedkładać na frustrację poszukiwań usilnie zapomnianej wewnątrz jej przepastnie eleganckiej, wizytowej torebki: paczki papierosów. Uznając to za ironiczne, cała chorobliwość niniejszej sytuacji, skłoniła ją, aby sobie o niej przypomnieć... po pół roku!: właśnie teraz. Napotkawszy ją niekrytą ulgą, ujęła w dłoń, z delikatnie długimi palcami, zdobnymi majestatem tkwiących za ich kostkami, finezyjnie lutowanymi w złocie, pierścionków, co pomimo naturalnie długich paznokci, malowanych na stonowany róż, nie stanowiło dla niej problemu. Moment zawahania, napawał ją wstrętem, gdy próbując powstrzymać odruch wymiotny, wraz z własnymi płucami, skrytymi w klatce żeber wewnątrz jej piersi, wzniosłej sporym biustem, seksownie wypełniającym klapy jej eleganckiej garsonki, wyładowała całą irytację naciśnięciem przycisku opuszczenia szyby od strony kierowcy. Jak na Trabanta: ten gruchot jednak miał zasadniczo wiele do powiedzenia: zarówno czterolitrowym, rzędowym silnikiem, jak i wyposażeniem, przenoszącym go w inną epokę: elektronicznego analogu antracytowego połysku lakieru. Wraz z nią, jak obecnie: pod kutą w żelazie, niechlujnie oczyszczoną z rdzy bramę wjazdową, jej przyszłego nabytku. Napawając się jego złowieszczą aparycją, odczuła nadwyraz dotkliwie, bezwiedny łyk tytoniowego dymu, krzywiąc z grymasem torsyjnej boleści urocze, wilgotne usta: aby jej wzrok spoczął na parszywie dymiącej grudce ciemnopomarańczowego żaru. Nie miała ochoty dłużej go tolerować, zwracając z odrazą dłoń w kierunku szczeliny szyby samochodu.

 

- Japierdolę!.. - wykrzyknęła na wdechu, wzdrygnąwszy się w fotelu, mimowolnie ciskając niedopałek nieopodal drzwi, dzielących ją od tkwiącej w nią wzrok przez szybę postaci.

 

Pomimo szarzyzny zachmurzenia towarzyszącej podmuchom zimnego szkwału, milczący mężczyzna, zdawał się nie przykładać do nich uwagi. Odziany w schludny, czarny garnitur i krawat spoczywający w kołnierzyku jego kulturalnej, białej koszuli, będąc niemniej łysy, jak w momencie własnych narodzin, jakby kpiną z braku promieni słonecznych, nosił czarne okulary. Zszokowana Monika, usiłując zrozumieć całą sytuację, odgarnęła niesforny, lokowany pukiel kruczoczarnych włosów, ze swojego śniadego policzka. Mimowolne uczucie przerażenia, unosiło jej pokaźne piersi, jakby zachęcając dzikie zwierze, do pożarcia jej żywcem, podczas wydawania z nich ostatniego tchnienia. Spojrzenie szeroko rozwartych, przerażonych oczu, nie przestając spoczywać na postaci, oczekującej za hartowaną taflą, która, wyciągając kościście szczupłą dłon, zapukała jej kostkami w szybę. Trzykrotnie... jakby upewniając się, że każde z jej uczuć, dogorywa sumiennie, wraz z wybrzmiewem w jej świadomości, każdego z nich, powodując jedynie, iż drżącą dłonią złapała za klamkę, sekwencją metalicznych reakcji mechanizmu, pozwalając uchylić się drzwiom.

 

- Oczekuje mnie Pani. - oznajmił mężczyzna, gentlemańskim gestem kościstej dłoni, wskazując w stronę posiadłości.

 

- Yyy... t-ta..k. - westchnęła, szukając możliwości, aby wyzwalając wysoką, elegancką szpilkę z nad pedału sprzęgła, móc ją postawić na zewnątrz, bez uprzedniego zdzielenia go drzwiami.

 

- Cóż... - rozpoczęła oziębłym tonem postać, złowieszczo się do niej uśmiechając - zapraszam zatem... - co stwierdziwszy, oddalił się w kierunku bramy wjazdowej, odnajdując w kieszeni marynarki kuty zdobieniami w żelazie, klucz.

 

Całokształt sytuacji, zniszczył jej stan emocjonalny w takim stopniu, iż nie zwracała uwagi na mankiet spódnicy, kusząco opinający zaledwie połowę jej smukłych ud, gdy irytacją szarpnięcia, zamknęła drzwi ponownie, podświadomie przekręcając kluczyk w stacyjce, aby gniewnym rykiem ogromnego silnika, oznajmić bezwiedne zmierzanie przez otwartą przed nią parą przeciągłych skrzypnięć zawiasów bramy wjazdowej, nieznaną doczesność, zdającą się pochłaniać ją bezpowrotnie.

 

Przekroczywszy rzeźbiony w dębie próg drzwi wejściowych, uznała, że jest niemniej przerażający, od usiłującego zbyć go, wraz z całą posiadłością, człowieka. Rozległe płaskorzeźby ryte na ciężkich, dwuskrzydłowych drzwiach, przedstawiały tak dziwaczną scenę, iż zapamiętała z niej tylko... jakby pozbawione cielesności postacie, spiralnie brnące wirem Zaświatów, będąc... pozbawionymi oczu. Pomimo zasadniczej detaliczności, każda z nich, bez wątpienia z czystą premedytacją: została uwieczniona jako nie posiadająca tęczówek, wraz ze źrenicami. Szczupły, blady człowiek, nieśmiąc zwrócić z niej swych nieprzenikliwych okularów, westchnął jedynie, akompaniując kulturalnym gestem dłoni, zbliżywszy się o krok:

 

- Wierzono... - rozpoczął - iż spotkanie Lejaka, oznacza ucieczkę z Zaświatów... - przybierając smutny wyraz twarzy, zdał się pogrążyć w nostalgicznym zamyśleniu, tłumacząc, jakby dla własnej świadomości - uznawano także, iż... oni przychodzą po każdą z dusz, nienależnie stąpającą po ziemskim padole... dlatego: pozwalano im ujrzeć ich własne oblicze, aby... będąc przekonani, iż jest się jednym z nich... nie przemierzali domostwa... - co zauważając, ponownie skierował wzrok na Monikę, której mimowolnie opadła dolna szczęka, rozwierając urocze usta, uwydatniła figlarnie seksowny kolczyk, przeszywający jej wilgotny język, schnący pośród równych rzędów arktycznie białych zębów. - czyy... - westchnął z rezygnacją - mogę Panią... o coś, niezmiernie ważnego... spytać?.. - dodał po kilku sekundach.

 

Zdająca się zostać pozbawioną odczuwania czegokolwiek Czterdziestolatka, zdołała jedynie zdobyć się na bezwiedne potwierdzenie skinieniem głowy, co spowodowało przybranie na sile złowrogości złowieszczego uśmiechu mężczyzny.

 

- Zatem... - zdawał się cedzić jakby przez zaciśnięte zęby, zupełnie bez poruszania szczęką - kiedy... ostatni raz... odniosła Pani wrażenie, iż... - przełknął znacząco ślinę - jakby, rozumie Pani... - wskazał ją oskarżycielskim gestem kościstego palca - była Pani... ujmijmy to:.. " jedną nogą w grobie "..

 

Śmiertelne przerażenie odczuciem niedorzeczności sytuacji, stuknęło obcasem jej szpilki, o zabytkowy gres, zupełnie podświadomie. Łapiąc się na tym, zapragnęła zakończyć tą farsę, przybierając stanowczy, beznamiętny wyraz twarzy:

 

- Nigdy. - oznajmiła, spuszczając wzrok po boku swojej obcisłej spódnicy.

 

- A może... - chrypliwy głos postaci w czarnych okularach, zdawał jej się impetem boleśnie szargać jej wnętrzności, zaciśniętymi szpinami najszczerszego przerażenia - może wówczas... gdy przedawkowując amfetaminę... obudziła się Pani na łóżku... czując bezpieczna... pośród oddziału... intensywnej terapii... - jego koścista dłoń, spoczęła tymi słowami na trupiobladej kości policzkowej.

 

Przerażenie wzroku kobiety, zdawało się zawładnąć jej umysłem. Czuła się roztrzęsiona w takim stopniu, iż drżącym głosem, zdołała jedynie usiłować spytać:

 

- S... skąd... o tym wiesz... - co w jej ustach, przybrało wyraz bezbronnie bezsilnego rwania szeptu.

 

Postać zaśmiała się, niskim, odbitym echem holu parsknięciem, zaciskając kościste palce, na jednym z zauszników, utrzymujących na jego spiczastym nosie, czarne, nieprzenikliwe okulary. Ściągając je powolnym, konsternacyjnym ruchem, zdawał się nie przykładać uwagi do rozlegającego się przerażeniem wrzeszczącego z płuc krzyku: seksownej nabywczyni, na widok ziejących pustką oczodołów, krytych uprzednio za okopconym szkłem.

 

- Chcesz... pójść ze mną... z powrotem?.. - spytał, jakby nie oczekując odpowiedzi, przynajmniej innej, od stuku, zwiastującego kontakt z gresem seksownej linii cielesności, zapłakanymi oczami, usiłując zaprzeczyć szaleńczym potrząsaniem głową, zmieniającym kierunek łez, płynących po jej policzkach.

 

- NoToPech... - syknął, gdy jej dusza, opuszczając zwysuszane zanikiem życia ciało, zaczęła wrzaskiem odbitym w Zaświatach, znikać w jego ziejących czernią oczodołach...

Średnia ocena: 0.0  Głosów: 0

Zaloguj się, aby ocenić

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania