Uwaga, utwór może zawierać treści przeznaczone tylko dla osób pełnoletnich!

Jestem w dupie!

10 lipca 1985

Jestem w dupie!

Dosłownie!

Beata jest w ciąży!

Tak, ta Beata, która miesiąc temu, po dyskotece, odebrała mi dziewictwo. Los chyba sobie ze mnie żartuje — zapłodniłem swoją pierwszą dziewczynę! Mam wrażenie, że moje życie się skończyło. Nie mam jeszcze nawet osiemnastu lat, a już mam brać ślub.

Beata nie chce nawet słyszeć o usunięciu.

To naprawdę fajna dziewczyna — ładna, a mimo to można z nią normalnie pogadać. Ale żeby od razu ślub?! Jestem jej wdzięczny, że mnie „wprowadziła w temat”, jasne, ale miałem zamiar z tą nowo zdobytą wiedzą ruszyć na podbój świata. Albo przynajmniej połowy liceum... A teraz? Teraz wyjdę na totalnego idiotę.

Może jeszcze da się ją namówić, ale wciąż gada o „naszym maleństwie” i jak bardzo nie może się doczekać tych jego malutkich stópek…

Minęło parę dni, ale dopiero dziś zebrałem się, żeby to wszystko przelać na papier. Kiedy teraz to czytam, zaczynam naprawdę wierzyć, że to się dzieje.

Panie Boże na wysokościach! Jestem w czarnej dupie!

 

11 lipca 1985

Piąta rano!

W nocy było duszno, komary mnie gryzły jak szalone, a po głównej ulicy przetaczały się radzieckie ciężarówki.

Całą noc kisiłem się w depresji.

Czy to naprawdę ma być koniec mojego życia?

Przed południem zobaczę się z Beatą. Chce mnie przedstawić rodzicom.

Chyba myśli, że jesteśmy parą, ale na litość boską — ja tylko chciałem... spróbować!

Dziesiąta wieczorem.

Na dworze ciemno jak w worku.

Ruscy jeżdżą tam i z powrotem od rana do nocy.

Chyba jakieś manewry — przez Poznań przejeżdża chyba cała Armia Czerwona.

Gdy patrzę na te ciężarówki i transportery, zaczyna mi w głowie zgrzytać szczur paniki: za rok idę do wojska.

Słyszałem o nim straszne rzeczy.

Taki „inteligencik” jak ja dostanie tam niezły wycisk.

Czekają mnie dwa lata upokorzeń i poniżenia.

Już teraz wiem, że tego nie przeżyję.

Ale do rzeczy: Rodzice Beaty sprawiają wrażenie porządnych ludzi.

Mama mnie przytuliła i trajkotała, jak bardzo cieszy się na wnuka.

Ojciec co prawda powiedział, że jesteśmy stuknięci, ale że zrobi dla nas wszystko, co w jego mocy.

Mieszkają w budowanej willi na obrzeżach miasta. Podobno jak mu pomogę przy budowie, to jesienią będziemy mogli się tam wprowadzić.

Czuję się jak chomik w labiryncie.

Wszystko dzieje się samo, popychane jakąś siłą, a nikt nawet nie spytał mnie o zdanie.

 

12 lipca 1985

Dziś powiedziałem o wszystkim Jackowi.

O mało się nie posikał ze śmiechu, kretyn.

Na końcu klepał mnie po plecach i mówił, że przynajmniej częściowo uniknę wojska — że podobno żonaci służą tylko pięć miesięcy.

Dzięki, stary, ale spodziewałem się od ciebie trochę więcej wsparcia.

Chciałem zadzwonić do siostry, ale w ostatniej chwili odłożyłem słuchawkę.

To straszna papla — w godzinę wiedziałaby o tym cała rodzina.

A rodzicom…

Na razie nie potrafię tego powiedzieć.

Nie mam jaj.

 

13 lipca 1985

Wciąż nie mam jaj.

Ojciec cały dzień przyklejony do Radia Głos Ameryki, pije i klnie na Ruskich, bo zajęli Główną Aleję i musi z ciężarówką robić objazdy.

Mama lata po sklepach i narzeka, że wszystko wykupione.

Oboje są napięci jak struny, jakby jutro miała wybuchnąć trzecia wojna światowa.

Poczekam do jutra.

 

14 lipca 1985

Poczekam do weekendu.

 

15 lipca 1985

Podjąłem ostatnią, desperacką próbę, żeby przekonać Beatę.

Myślę, że mówiłem z sensem:

Znamy się krótko, nie mamy nic — ani mieszkania, ani pracy. Jesteśmy młodzi jak diabli. Przecież oboje chcieliśmy iść na studia. Czy naprawdę ma to wszystko wyrzucić przez okno przez jeden mały błąd?

Zmiotła mnie jak huragan:

„„Znamy się ze szkoły od dwóch lat! Moja mama też miała mnie w dziewiętnastce! Studia zrobię zaocznie! A nasze dziecko to błąd? Chyba cię pogięło!”

Okej, przyznaję — dwa lata się w nią gapiłem.

Ale do tej przeklętej dyskoteki wymieniliśmy ledwie parę zdań.

I to przecież cholernie mało!

Zostanę ojcem.

Zostaje tylko jedno pytanie:

Jak ja się w tym wszystkim odnajdę?

 

17 lipca 1985

Niedzielny wieczór.

W weekend byliśmy z Beatą na działce.

Gdyby przynajmniej nie była taka ładna!

Przez dwa dni ruchaliśmy się jak króliki.

Jestem jej drugim facetem, ale dopiero ze mną naprawdę to polubiła (tak mówi).

Seks to absolutnie wzniosła czynność.

Dlaczego nie robimy tego częściej?

Nie mówię tylko o nas dwojgu — chodzi mi o całą ludzkość.

Gdyby ludzie cały dzień się ruchali, świat byłby o wiele przyjemniejszym miejscem.

Zero zbrojeń, żadnych atomówek, żadnego pierdolonego politycznego ucisku.

W ten weekend prawie zapomniałem o katastrofie, która rozpieprzyła mi życie.

Robimy rzeczy, które wcześniej widywałem tylko na starannie schowanych kasetach ojca.

Z Beatą odkrywamy nowe pozycje, wygłupiamy się, próbujemy wszystkiego.

To wyzwalające — wyrzucić wszystkie zahamowania i po prostu tarzać się nago z dziewczyną w łóżku.

Nie chcę już nigdy robić nic innego.

 

22 lipca 1985

Piątkowy wieczór. Za chwilę im to powiem. Jestem strasznie zdenerwowany.

No to jazda!

Załatwione.

Powiedziałem to przy kolacji. Ojciec zaczął się dławić chlebem, mamie łzy napłynęły do oczu.

Jak w końcu wypluł ten przeżuty kluch, zapytał: *Jak to się, do cholery, mogło stać?!*

A co miałem niby powiedzieć?

Mama już całkiem się rozkleiła i zaczęła mnie przytulać.

Powiedziała, że Beata wygląda na porządną dziewczynę.

Ojciec się zapytał, czy to pewne. Tak, potwierdzone przez lekarza. Beata dostała nawet jakąś broszurkę dla ciężarnych.

Mama dalej mnie ściskała i powtarzała, że nam pomogą.

Ojciec otworzył piwo i stwierdził, że jesteśmy popierdoleni.

I co będzie, jak wybuchnie wojna?

Ojciec zawsze trochę przesadzał.

 

23 lipca 1985

Została ostatnia decyzja.

Ożenić się z Beatą?

Albo spieprzyć i płacić alimenty?

Jacek radzi, żebym się z nią ożenił, przetrwał te pięć miesięcy w wojsku, a potem ewentualnie dał nogę. Jasne, świetna rada… Tyle że nie jestem aż takim skurwysynem.

Spróbuję się zachować jak facet. (Jak to teraz czytam, brzmi to idiotycznie. Ale w końcu… nikt inny tego nie przeczyta.)

Walczę sam ze sobą. Nie chcę jej zostawić z tym wszystkim samej.

Ten mały niczemu nie zawinił – nie powinien dorastać bez ojca.

Z drugiej strony, znam Beatę właściwie tylko powierzchownie. No dobra, jej ciało znam prawie na pamięć…

A tak przy okazji – dziś pierwszy raz ją polizałem. I doszła!

Niesamowite przeżycie!

Ale wracając do tematu: lubię ją, na swój sposób.

Przestałem gapić się na inne dziewczyny, cieszę się, gdy mam ją zobaczyć, i nawet przestałem podkradać ojcu kasety z porno.

Ale czy to wystarczy, żeby z nią żyć?

Czy będę się cieszył na jej widok, kiedy będzie wykończoną mamusią?

Kiedy z pracy będzie mnie witać wrzask niemowlaka?

Jacek i chłopaki będą jeździć nad morze, a ja będę liczył każdy grosz, żeby wystarczyło na mleko w proszku…

Czy ja naprawdę chcę takiego życia?

 

24 lipca 1985

Dzisiaj usłyszałem wiadomości w Radiu Głos Ameryki.

Wygląda na to, że Gorbaczow został odsunięty od władzy, a w Rosji rządzi twarde skrzydło.

W telewizji oczywiście ani słowa o tym nie padło.

Główna ulica jest dalej zamknięta, ludzie wpadają w panikę i robią zapasy.

Tata, który jeździ po mięso z zakładu mięsnego, ciągnie do domu salami, kiełbasy i konserwy.

Mamy tego tyle, że moglibyśmy otworzyć własny sklep mięsny.

Według niego Amerykanie z Rusami nie zaczną prawdziwej wojny, przynajmniej nie na poważnie,

ale sklepy są puste bardziej niż zwykle i zajmie trochę czasu, zanim znów się zapełnią.

Kilka razy dziennie nad nami przelatują myśliwce, a fale uderzeniowe trzęsą szybami.

Gorąco tak, że można się udusić.

Wracamy z Beatą na działkę.

Przez tydzień będziemy nadzy jak Adam i Ewa, kiedy zjedli to jabłko.

Obiecała mi, że mnie wykuruje.

Mówi, że aż do samego końca, tak jak dziewczyny w porno.

Nie będę kłamał – już sama ta myśl sprawia, że mam fiuta...

 

26 lipca 1985

W nocy obudził nas odległy grzmot.

Beata zasnęła z powrotem.

Wczoraj wypiliśmy butelkę wina, głowa mnie łupie.

Chciałbym się tutaj rozpisać o przeżyciach ostatnich godzin, czyli tego, co pamiętam. Może później, jak trochę wytrzeźwieję.

Jest dziesiąta rano. Wracamy do domu.

Las płonie. W wiosce wyją syreny jak na alarm.

 

29 lipca 1985

Zrobili to!

Te świnie to zrobiły!!!

Wszyscy nie żyją. Zostaliśmy sami.

 

Epilog

Nazywam się Andrzej Nowak i byłem nauczycielem. Nie wiem, który dziś jest dzień, ale powiedziałbym, że minął około rok od początku wojny. Komuniści przechwalali się w radiu, że ją wygrali i że polska armia razem z sowiecką zmierza na Paryż. Tyle że radio od kilku miesięcy milczy, a ci, którzy przeżyli, stali się łowcami i zbieraczami.

Nie będę pisał o sobie ani o tym, dlaczego wciąż żyję i co musiałem dla tego zrobić. Powiem tylko, że zmierzam do Afryki. Oczywiście nigdy tam nie dotrę, ale przynajmniej mam jakiś cel.

Przeszukiwałem tę chatę i znalazłem dziennik. Z całym szacunkiem pozwalam sobie dopisać do niego epilog.

Mimo obaw chłopca musiał stać się troskliwym ojcem. Na pewno wymagało to ogromnego wysiłku i poświęcenia, by przetrwać tutaj tak długo w takich mrozach. Chciałbym wierzyć, że do końca nie opuszczała ich miłość.

Znalazłem go w szopie, zmarł prawdopodobnie kilka miesięcy wcześniej.

Dziewczyna leży w łóżku z dzieckiem na piersi. Są przemarznięci na kość i wyglądają, jakby spali.

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 3

Zaloguj się, aby ocenić

Komentarze (4)

  • Nemo1214 7 miesięcy temu
    Chłopie, to jest ekstra! Daje 5*. Jest w tym wszystko co lubię czytać. Dobry pomysł, ciekawa forma i na koniec coś co każe się zastanawiać: A co jeśli byłaby to prawda...
  • LittleDiana 7 miesięcy temu
    Na początku myślałam że będą to jedynie zapiski nastoletniego ojca, ale nie,bo było o wiele mroczniej. Bardzo mi ich szkoda, że nie przetrwali...
  • Starszy Woźny 7 miesięcy temu
    A ja pomyślałem, po przeczytaniu pierwszych dni wyznań, że zaraz dojdzie
    do aborcji. Ale nie! Ale nie!
    Super. 5.NO!
  • raymondburell 7 miesięcy temu
    Dzięki! Mój debiut!

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania